Już kilkanaście krajów członkowskich UE, a także Kanada i USA zdecydowało się na wydalenie rosyjskich dyplomatów w odpowiedzi na atak w brytyjskim Salisbury.

O ocenę tej sytuacji portal Niezalezna.pl poprosił eurodeputowanego Jacka Saryusz-Wolskiego.

Wydalanie dyplomatów należy do klasyki sankcjonowania kraju popełniającego godne potępienia czyny, w kategorii: waga lekka. Z zasady spotyka się to z symetryczną odpowiedzią, co jest zresztą z góry wkalkulowane przez obie strony. Oznacza to, na ogół czasowe, oziębienie relacji. Ma znaczenie symboliczne, polityczne i medialne. Dotkliwość tego środka jest niewielka, w porównaniu prawdziwymi sankcjami gospodarczymi, typu np. embargo – powiedział portalowi Niezalezna.pl Saryusz-Wolski.

W ocenie eurodeputowanego "w tym przypadku skoordynowane wydalenie dyplomatów rosyjskich przez, na dziś, dużą liczbę 17 krajów UE i NATO, ma dodatkową wymowę politycznego, szerokiego i politycznie skoordynowanego potępienia oraz szczególny rys, bowiem dotyczy agentów wywiadu pracujących pod przykrywką dyplomatyczną".

Wzmacnia to  ponadto wymowę tego aktu, wbrew pierwotnej pokusie wyrażonej przez ministra spraw zagranicznych Niemiec, by uznać Salisbury za sprawę bilateralną brytyjsko-rosyjską – wskazał europoseł.

Zdaniem Jacka Saryusz-Wolskiego "środek ten, jako publicznie spektakularny i zarazem gospodarczo bezkosztowy, często zawiera przesłanie: potępiam czyny, ale >>business as usual<<, nie chcę płacić ceny gospodarczej za prawdziwe i dolegliwe ekonomicznie sankcje, takie jak np. wydalenie Rosji z systemu rozliczeń finansowych SWIFT, czy zablokowanie budowy gazociągu Nord Stream 2".