Prokurator Janeczek po przekazaniu w październiku 2012 r. śledztwa w sprawie Amber Gold z Prokuratury Okręgowej w Gdańsku do Prokuratury Okręgowej w Łodzi była jednym z referentów tej sprawy. Dziś już od kilku godzin zeznaje w charakterze świadka przed sejmową komisją śledczą badającą sprawę tej spółki.

W trakcie składania zeznań pojawił się niezwykle intrygujący wątek. Wiceprzewodniczący komisji Jarosław Krajewski z PiS zapytał, czy szef Amber Gold Marcin P. oraz jego żona Katarzyna P. posiadali środki na rozpoczęcie działalności spółki. Okazuje się, że nie mieli oni wówczas żadnego kapitału.

- Nie posiadali środków. Stan konta w momencie, kiedy rozpoczęli działalność gospodarczą, a dla nas był to moment, kiedy została przyjęta pierwsza wpłata na lokatę w metale szlachetne, czyli 19 października 2009 r., to stan ten był zerowy. Państwo P. nie mieli żadnego kapitału. Państwo P. pozyskali ten kapitał na podstawie pieniędzy, które zostały wpłacone następnie przez pokrzywdzonych. Spółka, jak ustaliliśmy, nigdy nie korzystała z żadnego rodzaju dotacji, subwencji, kredytów, pożyczek. Pożyczek udzielała samodzielnie, ale ze środków, które były wpłacane przez klientów spółki

– zeznała prok. Janeczek.

Poseł Krajewski dopytywał, czy łódzka prokuratura ustaliła, „z czyjej inicjatywy i jaki był cel, że Marcin P. przelewał środki klientów Amber Gold na darowizny dla ZOO w Gdańsku lub na produkcję filmu fabularnego o Lechu Wałęsie”. Chodzi o wydatki odpowiednio 3 mln zł na realizację filmu i 1,62 mln zł na domki dla gibonów i wybieg dla lwów.

- Świadkowie wskazywali, iż Marcin P. samodzielnie wyraził inicjatywę przekazania tych pieniędzy. Jak sobie przypominam, z gdańskim ZOO było tak, że państwo P. sami się zgłosili, żeby finansować te klatki dla gibonów (...). Myślę, że dla P. wszelkiego rodzaju kwestie, które pozytywnie wpłyną na wizerunek - zwłaszcza tak działającej firmy - były niezwykle istotne

– dodała w trakcie zeznań prok. Janeczek.

Z kolei przewodnicząca komisji Małgorzata Wassermann zwróciła uwagę na jeszcze jeden intrygujący wątek. W swoich zeznaniach Marcin P. twierdził, że „sugerowano mu, jak ma płacić i gdzie ma płacić, żeby uzyskać przychylność urzędników gdańskich (...) a po przelaniu tych pieniędzy zaczęli się wypowiadać o nim pozytywnie”.

- Trzeba pamiętać, że wyjaśnienia, które w prokuraturze składał P., i materiały, które były wyłączone na podstawie tych wyjaśnień, zawsze kończyły się umorzeniem postępowania

- odpowiedziała prok. Janeczek.