Ja, kibol

  

Ostatnio w rozmowie ze Sławkiem Cenckiewiczem, który akurat wyruszał z kibicowską pielgrzymką na Jasną Górę, uświadomiłem sobie, że prawdziwych kibiców łączy niechęć do piłki nożnej. Brzmi to paradoksalnie, ale tak właśnie jest. Wielkie widowiska piłkarskie, którymi każą nam się zachwycać media, prawie wcale nas nie interesują. Mamy gdzieś dryblingi Messiego, Euro 2012 i ogólnie „piękno futbolu”. Piłka nożna jako taka nas nudzi. Jeśli śledzimy międzynarodowe rozgrywki, to wyłącznie przez analogię do naszych ukochanych klubów. Z autorem „Długiego ramienia Moskwy” łączy mnie 30-letni staż kibicowski. Wprawdzie on chodzi na Lechię, a ja na Arkę, ale zgadzamy się co do jednego: gdyby nie miłość do klubowych barw, nie widzielibyśmy w sporcie nic ciekawego. Jestem pewien, że również kolega Lisiewicz, jako kibic Lecha, wie, o czym mowa.

A przecież każdy z nas obejrzał na żywo kilkadziesiąt czy kilkaset meczów. Co, jeśli nie „piękno futbolu”, przyciąga na stadiony takich jak my fanatyków? Pamiętam jakby to było wczoraj. Wiosna 1982 r. Nieistniejący dziś stadion Arki przy ul. Ejsmonda, żółto-niebieskie flagi, wypełniona kibicami górka pod lasem, morze wyłaniające się zza otwartej trybuny. I to poczucie wolności, kiedy po strzelonym golu zrywamy się i krzyczymy „Jeeeest!”. Ta jedna chwila unicestwia codzienność stanu wojennego. Nagle wszyscy odnajdujemy się w jądrze mitu, bo ukochany klub to nie tylko kopanie piłki. To przede wszystkim tradycja, doświadczenie wierności, honoru, nonkonformizmu i solidarności, jednym zdaniem – szkoła charakteru. Kibicowanie w swoim najgłębszym sensie opiera się na tych samych zasadach co patriotyzm, generuje podobne emocje, jest formą, która w warunkach pokoju zastępuje prawdziwą walkę o niepodległość.

Każdy klub ma indywidualny charakter, nadany w momencie swojego powstania i kształtowany przez historię. Arka, założona w 1929 r. w modernistycznej, dynamicznie rozwijającej się Gdyni, to „klub marzeń miasta z morza”. Ale równie ważnym źródłem jej mitologii jest lądowa obrona Wybrzeża we wrześniu 1939 r. Przez dziewiętnaście dni oddziały dowodzone przez płk. Stanisława Dąbka zaciekle broniły Gdyni przed niemieckimi wojskami, wyprowadzając brawurowe kontrataki. Obrońcy wiedzieli, że nie mogą liczyć na pomoc z głębi Polski, a jednak wzięli na siebie ciężar walk. Po przerwaniu przez Niemców linii obrony w Redłowie płk Dąbek wycofał swoich żołnierzy na Kępę Oksywską, gdzie rozegrało się ostatnie starcie z przeważającymi siłami wroga. Dowódca nie dał się wziąć do niewoli. Wierny przysiędze: „Pokażę wam, jak Polak walczy i umiera”, odebrał sobie życie strzałem z pistoletu.

Kto uważa, że ta lekcja historii w kontekście futbolowym jest nie na miejscu, nigdy nie zrozumie duszy prawdziwego kibica, który skandując nazwę swojej drużyny, czuje się dokładnie tak samo, jakby krzyczał: „Jeszcze Polska nie zginęła!”. Jako kibic Arki jestem w stanie głęboko utożsamić się z ludźmi wygnanymi z Kresów, dzięki doświadczeniu utraty stadionu przy Ejsmonda, gdzie biło serce klubu. Wieloletnia tułaczka po II i III lidze przypomina mi zgrzebną rzeczywistość PRL, a powrót do ekstraklasy w 2005 r. w kontekście korupcji jest jak odzyskanie niepodległości po 1989 r. w cieniu układu między opozycją a komunistami. Bez kibicowskiej inicjacji znacznie trudniej byłoby mi się orientować w realiach III RP.

Decyzją Donalda Tuska prawdziwi kibice znaleźli się w grupie Polaków, dla których nie jest przewidziane miejsce we współczesnej kulturze. Czy tego chcą, czy nie, dzielą los z moherami. Oczywiście, nie każdy kibic jednoznacznie wiąże swoją pasję z patriotyzmem. Są i tacy, którzy w dążeniach do konsolidacji ruchu kibicowskiego wokół wartości „Bóg – Honor – Ojczyzna” wietrzą polityczny podstęp. Szczególnie naiwni sądzą, że bez tego uda się im powstrzymać proces przerabiania stadionów w komercyjne parki rozrywki. Anglicy też wierzyli w swoją krzepę, a dziś grzecznie wcinają popcorn podczas futbolowych pikników albo nudzą się w domach. W gruncie rzeczy patriotyczne zaangażowanie kibiców jest potrzebne nie tylko Polsce. Jeszcze bardziej potrzebują go ci, którzy chcą obronić swoją kibicowską tożsamość.             
Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze


Wczytuję komentarze...

MOCNE! „Korzenie sitw akademickich sięgają stalinizmu. Do dziś wrogów eliminują bezwzględnie”

kadr z programu "Wywiad z chuliganem" Piotra Lisiewicza / fot. Telewizja Republika

  

Tak mocno o akademickich sitwach nie mówił jeszcze nikt! – Na uniwersytetach nie było mowy o rozliczeniu z komunizmem. Odwrotnie, u progu transformacji uniwersytety oczyszczono z nonkonformistów. Nowe kadry rekrutowane są od bardzo wielu lat na bazie „ustawianych” konkursów. I ta rekrutacja dokonuje się nie z powodów merytorycznych, a genetycznych i towarzyskich – mówi dr Józef Wieczorek, autor bloga akademickiego nonkonformisty. ZOBACZ ROZMOWĘ, KTÓRA OTWIERA OCZY! (FILM).

Ta rozmowa powinna wstrząsnąć wszystkimi, którzy decydują o stanie polskiej nauki. Dr Józef Wieczorek, geolog wyrzucony w 1986 r. Uniwersytetu Jagiellońskiego z powodu „negatywnego oddziaływania na młodzież akademicką”, wie o patologiach na polskich uczelniach więcej niż ktokolwiek inny w Polsce. Jest on autorem bloga akademickiego nonkonformisty, a także blogów poświęconych mobbingowi na uczelniach oraz lustracji – „Lustro nauki”.

Sprawa zawieszenia prof. Aleksandra Nalaskowskiego przez władze Uniwersytetu Toruńskiego za felieton o LGBT, to wierzchołek góry lodowej. Wcześniej rektor Uniwersytetu Poznańskiego Andrzej Lesicki oficjalnie potępił abp Marka Jędraszewskiego, b. wykładowcę tej uczelni. Co najbardziej szokujące, poparcie dla stanowiska Lesickiego ogłosiła Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich. Jej prezydium decyzję podjęło JEDNOGŁOŚNIE.

Kto naprawdę rządzi na polskich uniwersytetach?

Dlaczego mówi się o czystce na uczelniach w stanie wojennym, a milczy się o ważniejszej czystce z roku 1986, która stworzyła podwaliny pod obecny akademicki establishment?

Jak dyktatura tego establishmentu szkodzi krytyce naukowej, przez co polskie uczelnie zajmują katastrofalne miejsca w światowych rankingach?

Dlaczego uniwersytety budują setki olbrzymich budynków, a w żaden sposób nie przekłada się na poziom polskiej nauki?

Jak ustawia się konkursy na uczelniane stanowiska?

Jak niszczeni są ci, którzy ujawniają plagiaty ważnych osób?

Jak mobbingowani są doktoranci?

Jak to możliwe, że w 2019 r. historycy boją się pisać nawet o czasach stalinowskich, jeśli dotyczy to osób zatrudnionych na ich uniwersytecie?

Cała rozmowa w programie Piotra Lisiewicza „Wywiad z chuliganem” poniżej:
 

 

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl, Telewizja Republika, Radio Poznań

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl