Reprezentantka Kenii w narciarstwie alpejskim urodziła się w tym afrykańskim kraju, lecz jej rodzina przeniosła się do Austrii. Większość życia Sabrina spędziła w Europie, ale wciąż identyfikuje się z Kenią. Pierwszy raz jeździła na nartach w wieku trzech lat, a obecnie wyruszyła na igrzyska olimpijskie. Podczas uroczystości otwarcia zawodów z dumą dzierżyła w dłoni kenijską flagę.

Droga na igrzyska nie była usłana różami. Simader miała problem z uzyskaniem funduszy na start w igrzyskach od Kenijskiego Komitetu Olimpijskiego. W Afryce nie zakładano nawet, że ktoś mógłby chcieć próbować swoich sił w zimowych igrzyskach, wszak Kenia znana jest raczej z doskonałych biegaczy, ale nie na nartach, a na bieżni podczas zawodów lekkoatletycznych.

Wtedy 19-latka postanowiła założyć akcję crowdfundingową. Skrupulatnie wyliczyła, ile potrzeba jej na wszystkie wydatki związane z wyjazdem na igrzyska - łącznie było to ponad 11 tys. euro na wydatki związane z przelotem kenijskiej ekipy do Pjongczangu, koszty utrzymania w Korei czy też wypożyczenie sprzętu treningowego podczas igrzysk. Wtedy jeszcze nie była w stu procentach pewna wyjazdu do Pjongczangu, ale podczas mistrzostw świata w St. Moritz przypieczętowała kwalifikację olimpijską. Zajęła 24. miejsce w slalomie gigancie.

Fundusze na start udało się zebrać, a Kenijka już 12 lutego zaprezentuje się na olimpijskich trasach. Jak mówi serwisowi businessinsider.com, jest dumna z tego, że reprezentuje Afrykę na igrzyskach.

Wspaniale jest nie być samotną zawodniczką z Afryki. Cieszę się, że inni koledzy będą rywalizować i pokazywać światu co potrafią Afrykanie.

- kończy Kenijka.