Macierewicz: przekonywałem Wałęsę, by się przyznał. A on w łazience trzymał Wachowskiego, który słuchał tej rozmowy

/ Radio Poznań, print screen

  

- Chciałem przekonać Wałęsę, by się przyznał i zrzucił z siebie ten balast. Przeprowadziłem z nim kilka rozmów. Część, jak się później okazało, przy tajnej obecności pana Wachowskiego. Bo Wałęsa trzymał go w łazience, żeby przysłuchiwał się naszym rozmowom przeprowadzanym w salonie. Przypadkiem zajrzałem tam i okazało się, że tam siedzi Wachowski – ujawnił Antoni Macierewicz w programie Piotra Lisiewicza „Wywiad z chuliganem”. Cały głośny już wywiad obejrzeć mogą Państwo poniżej!

To wywiad z Antonim Macierewiczem jakiego jeszcze nie było – pełen anegdot, opowieści z trudnego dzieciństwa (palenie przyszły polityk rzucił w wieku… 7 lat), burzliwej młodości, czasu fascynacji Indianami Keczua, ucieczek przed SB (w tym kobiecym przebraniu), a wreszcie nieznanych kulis polityki w III RP. Program będący koprodukcją Radia Poznań i Telewizji Republika cytują dziś niemal wszystkie media.

Wszystkie anegdoty przebija jednak opowieść o tym, jak w 1993 r. minister Macierewicz próbował przekonać prezydenta Wałęsę, by ten przyznał się do współpracy z SB.

- Żeby dokonać dekomunizacji, trzeba było rozwiązać problem Lecha Wałęsy. Było jasne, że to on jest fundamentem ładu postkomunistycznego. I bez rozwiązania kwestii jego współpracy z komunistami, jego zdrady, nie da się tego w ogóle ruszyć. Powie ktoś, że to było naiwne z mojej strony, może byłem człowiekiem mniej doświadczonym i mniej rozumiałem mentalność agentury. Nawet jeśli tak, to nie było innego wyjścia – powiedział Macierewicz w „Wywiadzie z chuliganem”.

Tymczasem o intencjach i zamiarach Wałęsy wszystko mówi fakt, kto przysłuchiwał się tej rozmowie. W toalecie ukrył on… Mieczysława Wachowskiego, swojego kierowcę i jak określają historycy, łącznika między Wałęsą a SB. Możliwość, by prezydent mający takiego powiernika stanął w prawdzie, była więc iluzją…
 

Obejrzyj głośną rozmowę w „Wywiadzie z chuliganem” poniżej:

 

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl, Radio Poznań

Tagi

Wczytuję komentarze...

Szokujące ustalenia. Tu tradycyjne media nic nie znaczą! Liczy się tylko internet i wojna na fake newsy

zdjęcie ilustracyjne / rawpixel; pixabay.com / Creative Commons CC0

  

Nie jest żadną tajemnicą, że w Indiach, zwłaszcza wśród młodych ludzi media elektroniczne i całe kampanie fake newsów, stały się politycznym narzędziem skuteczniejszym niż tradycyjne media. W czasie indyjskich wyborów tysiące internetowych wolontariuszy, ale również profesjonalne firmy, zajmują się produkowaniem fałszywych informacji. Jak działa mechanizm manipulacji prowadzonej na tak szeroką skalę? Ustalenia w tej sprawie są doprawdy wstrząsające!

Z małego okna widać płaskie dachy sąsiednich budynków. W klimatyzowanym pokoju przed monitorami komputerów i nad rozłożonymi laptopami siedzi czterech jego kolegów.

To jest nasze małe centrum dowodzenia. Jesteśmy żołnierzami, a to są nasze karabiny.
- mówi cytowany przez Polską Agencję Prasową Rajan, jeden z internetowych trolli pracujący w Gurgaon, mieście satelickim Delhi.

Arun, wysoki 27-latek, wstaje i przypina żółtą karteczkę do tablicy, następnie bierze drugą z sąsiedniej kolumny.

Jesteśmy raczej najemnikami na tej wojnie.
- mówi krzywiąc się i wraca do swojego laptopa.

32-letni Ranjan przyznaje, że nie są wolontariuszami, ale profesjonalistami pracującymi na zlecenie. Jego zespół zajmuje się produkcją memów i filmów wideo na potrzeby kampanii jednej z partii startującej w indyjskich wyborach.

Trochę pomaga, jeśli człowiek ma te same poglądy co klient, ale wielu z nas robi to po prostu dla pieniędzy. Mamy płacone od liczby polubień, od zasięgu, jaki złapie nasz materiał. Czasami wystarczy znaleźć zdjęcie w internecie i podpisać je, a ludzie sami załapią. Innym razem musimy się napracować, zwłaszcza jeśli atakujemy kogoś konkretnego.
- mówi, nawet przez chwilę nie kryjąc tego, że na zlecenie produkuje dezinformację.

Młody mężczyzna pracował wcześniej w mieście Puna w centralnych Indiach. Jego mała firma przeprowadzała telefoniczne badania opinii dla zachodnich firm. Był podwykonawcą. Szybko odkrył, że żeby wypełnić kontrakt, łatwiej zgarnąć obcokrajowca, Europejczyka lub Amerykanina z ulicy i zapłacić mu za udawaną rozmowę według podsuniętego scenariusza.

Przed wyborami w 2014 r. Ranjan zorientował się, że równie dobrze płatnym zleceniem jest internetowe trollowanie na rzecz konkretnej partii.

Można zapytać, po co płacić trollom, jeśli w internecie jest wielu wolontariuszy? To proste, my jesteśmy lepiej zorganizowani, mamy konkretne zadania i cele do wykonania. I nie zawsze robimy miłe dla sumienia rzeczy.
- tłumaczy.

W 2019 r. w wyborach do izby niższej parlamentu mogło głosować 900 mln osób uprawnionych. Dzięki rewolucji taniego internetu w Indiach, który przyniosła firma Jio, a także dostępności tanich chińskich smartfonów liczba użytkowników sieci wzrosła do poziomu 500 mln ludzi. Z tego 84 mln głosowało po raz pierwszy w życiu w tych wyborach.

Obecnie młodzi Indusi masowo korzystają z mediów społecznościowych, w tym z komunikatorów typu Whatsapp - używa ich ok. ćwierć miliarda Indusów. Te narzędzia zastąpiły im tradycyjne media, telewizję i gazety.

Zmiany pierwsi zauważyli stratedzy polityczni Indyjskiej Partii Ludowej (BJP) podczas kampanii wyborczej w 2014 r. Ponad 60-letni Narendra Modi, lider BJP, szybko stał się również liderem internetu. Obecnie ma ponad 40 mln fanów na Facebooku i Twitterze. Jego największy przeciwnik, Rahul Gandhi, założył konto na Twitterze dopiero w połowie 2015 r. i ma ponad 9,5 mln fanów.

My tego raczej nie robimy, ale dezinformacja może być prawdziwą bronią w realnym świecie.
- podkreśla Ranjan.

Tłumaczy, jak plotka rozsiewana przez komunikatory może doprowadzić do zamieszek w Indiach. Takie przypadki, gdzie ginęli ludzie, zdarzały się w Zachodnim Bengalu, Biharze i Uttar Pradeś.

Można też zaatakować innych użytkowników Twittera i donieść policji, jeśli uważamy, że wpis atakuje religię, armię czy państwo. Są na to przepisy.
- tłumaczy.

Przed wyborami w 2014 r. i tuż po nich zaczęły powstawać portale i strony Facebookowe zajmujące się dezinformacją, takie jak Dainik Bharat i Postcard News skierowane przeciwko opozycji. Przed wyborami w 2019 r. rodziły się strony takie jak „Viral in India”, które z kolei atakowały BJP i premiera Modiego.

Właścicielem „Viral in India” był Abishek Mishra, który początkowo tworzył filmy popierające Narendrę Modiego. Jego firma rozrosła się i wkrótce zatrudniał kilkanaście osób w nowoczesnym biurze.

Przed wyborami w 2019 r. Mishra jednak zmienił front. Na jego stronie pojawił się zmanipulowany film, przedstawiający Yogiego Adityanatha, śmiejącego się na uroczystości upamiętniającej funkcjonariuszy sił porządkowych, którzy zginęli 14 lutego br. w ataku samobójczym w Kaszmirze. W rzeczywistości wideo nakręcono podczas innej uroczystości i wyolbrzymiono zachowanie polityka prawicy. Wkrótce Mishra został aresztowany pod zarzutem obrazy wizerunku i religii (Yogi Adityanath jest również kapłanem hinduskim).

Około 70 proc. informacji w indyjskich mediach społecznościowych jest fałszywych i pochodzi od profesjonalnych trolli i aktywistów. I ludzie chcą w te informacje wierzyć, więc tak naprawdę, co w tym złego?.
- zastanawia się internetowy troll z Indii.

 

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl, PAP

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl