Sąd wydał wyrok w sprawie twitterowego wpisu znanego pisarza Jacka Piekary, który był odpowiedzią na zaangażowanie Doroty Wellman w "Czarny Protest". Jak się okazuje celebrytka TVN poczuła się urażona i skierowała sprawę do sądu, który przyznał jej rację. Zgodnie z wyrokiem Piekara ma zapłacić prawie pół miliona zł, chociaż wyrok ten... wydano zaocznie.

CZYTAJ WIĘCEJ: To się dzieje w sądach. Przegrał proces z Wellman, o którym nie wiedział

O okolicznościach tej sprawy porozmawialiśmy z Jackiem Piekarą, który ujawnia, że o wyroku dowiedział się od... komornika.

- O wyroku dowiedziałem się od komornika, bo wszystkie pisma sądowe były wysyłane pod adres, pod którym nie mieszkam. Nie miałem więc żadnego z tych pism w ręku i dopiero komornik, któremu - jak widać - w przeciwieństwie do sądów i powoda udało się złapać mnie w jeden dzień, wszystko wytłumaczył mi w rozmowie telefonicznej, przysłał mi pisma pocztą elektroniczną, a potem wszystkie te materiały pocztą tradycyjną. Wtedy zaczął się cały korowód prawny, czyli złożenie pism procesowych przez kancelarię adwokacką. Wszystkie moje wnioski sąd odrzucił - jak twierdzi adwokat w kolejnym piśmie – łamiąc przy tym prawo

– podkreślił Jacek Piekara

- W tej chwili do sądu wpłynęło kolejne zażalenie, które będzie rozpatrywane przez sąd apelacyjny. W tym zażaleniu nie chodzi o sprawy merytoryczne. Chodzi tylko o to, by proces się odbył. Jedynym moim życzeniem jest to, by odbył się normalny proces, w którym to procesie będę reprezentowany. Proces zaoczny który się odbył wyglądał tak, że sąd przychylił się automatycznie do wszystkich żądań Doroty Wellman. Sąd nie zadał sobie żadnej fatygi, żeby sprawdzić jaka jest rzeczywista suma wnioskowanych obciążeń

– dodał.

Jak tłumaczy Jacek Piekara, o ile kwota 25 tys. złotych wpłaty na rzecz fundacji, o którą wnosiła Wellman, można uznać za standard w procesach o ochronę dóbr osobistych, o tyle problem pojawia się przy kosztach publikacji reklam, bardzo dokładnie opisanych w pozwie.

- Kancelaria adwokacka skontaktowała się z biurem reklamy Agory, sprawdziła i ma na piśmie wyliczenia i wychodzi na to, że publikacja reklam kosztowałaby 427 tys. złotych

– mówi nam Jacek Piekara. 

Pisarz przytacza wywiad z pełnomocnikiem Doroty Wellman w „Wyborczej”, w którym mówi, że Wellman „nie żądała niczego dla siebie, tylko 25 tys. złotych na fundację, a reszta to jedynie przeprosiny”. 

- Przeprosiny, które kosztują ponad 400 tysięcy. Uważam, że Dorota Wellman jako pracownik mediów doskonale zdawała sobie sprawę, jakie są koszty reklam. Kiedy sam pracowałem w mediach doskonale wiedziałem, mimo że nie dotyczyło mnie to osobiście, jakie są ceny w pismach wydawanych przez koncern medialny. Dorota Wellman znakomicie zdawała sobie sprawę z tego, czego żąda. Teraz jej kancelaria usiłuje, mówiąc nieładnie, rżnąć głupa i udawać, że o niczym nie miała pojęcia. Jeszcze radczyni reprezentująca Wellman mówi, że „nie było naszą intencją zaszkodzenie finansowe panu Piekarze"

 - dodaje nasz rozmówca.

Zapytany o to, czy ewentualne uprawomocnienie się takiego wyroku nie będzie bodźcem do walki z wolnością opinii, Jacek Piekara odpowiedział:

- Wolność słowa rozumiana jako wolność do szyderstwa, ironii jest cechą charakterystyczną wolnych państw. Jeśli państwo jest zniewolone, to może przejawiać się to zarówno przez autorytaryzm polityczny, jak i przez pewne nieformalne struktury działające na rzecz tego, by pewnych rzeczy nie ujawniać, by pewnych osób nie atakować. Ludzi nie trzeba blokować karabinem czy kratkami, można ich blokować za pomocą zaszczucia finansowego, co w niektórych systemach prawnych jest znacznie prostsze.

- Twitter czy Facebook służą nie tylko wymianie informacji, ale pełnią też rolę loży szyderców, kabaretu, są  tam dowcipy kpiny, roasty - tak popularne w krajach Zachodu i normalnie tam przyjmowane. Osoby zaangażowane w działalność polityczną i społeczną muszą mieć twardą skórę. Mówił o tym wielokrotnie trybunał w Strasburgu, mówił o tym Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar, który też wskazywał, że takie jest życie celebryty, trzeba być na to przygotowanym, że będzie się krytykowanym. Są tylko dwie granice których nie można przekraczać - tymi granicami są: fałszywe oskarżanie o czyny przestępcze lub groźby

– podkreślił Jacek Piekara.

Pisarz uznał, że osobiście nie reaguje nawet na wulgarne słowa pod swoim adresem.

- Ja nie reaguję nigdy na nic, a też czasami dostaję stosy wulgaryzmów czy inwektyw. Zwłaszcza po takiej sprawie jak z Dorotą Wellman, kiedy jej zwolennicy bardzo się zaktywizowali. Nawet pozbierałem sobie niektóre tweety i walili tam we mnie równo. A mnie nawet do głowy nie przyszło, by kogokolwiek pozywać przed sąd.

Jacek Piekara przytoczył również przykład szyderczych działań kabaretów.

- Obejrzałem sobie skecz Roberta Górskiego, jak jeszcze za rządów Donalda Tuska przydzielają medale. Jest tam m.in. Agnieszka Holland, którą gra najbrzydszy członek kabaretu i wszystkie jej kwestie i kwestie jej dotyczące są kpiną z jej wyglądu, braku kobiecości. Kabaret może się posługiwać czymś takim, a przecież Twitter czy Facebook pełnią również rolę kabaretów, czy loży szyderców. Wiele przykładów ostrego traktowania osób publicznych znajdujemy zarówno po prawej, jak i po lewej stronie. Taka jest cena demokracji, taka jest cena bycia celebrytą zwłaszcza zaangażowanym w kontrowersyjną działalność natury politycznej i społecznej

– powiedział pisarz.

- Dorota Wellman to nie jest miła pani z okienka, z telewizji. To bardzo agresywna, twarda, momentami wulgarna osoba, uwielbiająca pouczać innych, epatująca wulgaryzmami i zaangażowana jednocześnie w działalność polityczną i społeczną – popieranie aborcji i popieranie określonej opcji politycznej – dodał - takie osoby nie mogą udawać "zranionych dziewic" kiedy spotykają się z kontratakiem.

O komentarz do sprawy Jacka Piekary poprosiliśmy prawnika - posła Sebastiana Kaletę, który już wcześniej odniósł się do tej dość nietypowej sytuacji na Twitterze. 

- Zdarzają się sytuacje, że doręczając pozwy sąd nie może namierzyć osoby, której dotyczy powództwo i zachodzi sytuacja tzw. domniemania doręczenia. Natomiast ta sytuacja jest wyjątkowa dlatego, że pozew dotyczy gigantycznego zadośćuczynienia za jeden wpis na Twitterze. Za jeden wpis pan Piekara miałby ponieść odpowiedzialność - zapłatę pół miliona złotych, co jest niespotykane

- mówił Sebastian Kaleta w rozmowie z portalem niezalezna.pl.

-  Ta sprawa pokazuje, że nie przepisy są złe, ale zawodzi czasem w sądach czynnik ludzki. Na przykładzie tej sprawy widzimy, że zmiany w ramach reformy sądownictwa powinny zajść jak najszybciej

- dodał.

Sebastian Kaleta odniósł się również do tego, czy sprawa ta - przy utrzymaniu obecnego orzeczenia w mocy - nie będzie stanowiła pewnego precedensu prowadzącego do prób "kneblowania" określonych opinii w przyszłości.

- Wyobraźmy sobie, że napisaliśmy coś na Facebooku, co może spowodować, że ktoś poczuł się dotknięty. Następnego dnia ta osoba kieruje przeciwko nam pozew, domagając się miliona złotych zadośćuczynienia. Jednocześnie my na dwa miesiące udajemy się na urlop, delegację, ogółem nie ma nas w domu - przez ten czas sąd może wydać wyrok, może się uprawomocnić i musimy zapłacić milion złotych. Takie sytuacje są nieakceptowalne. Pierwszy raz w tak istotnej sprawie spotykam się z takim orzeczeniem. Mam nadzieję, ze ta sprawa zakończy się w inny sposób, że w tej sprawie dojdzie do procesu lub po uchyleniu orzeczenia, strony polubownie uzgodnią rozwiązanie sprawy bez prowadzenia rozpraw

- stwierdził Kaleta.