Schulz w wywiadzie dla dzisiejszego "Bilda" powiedział, że przy następnych wieloletnich perspektywach budżetowych UE Niemcy nie mogą po prostu nadal wpłacać do budżetu zwykłych sum, jeżeli kraje będące biorcami funduszy, jak Węgry czy Polska, nie przyczynią się do przyjęcia uchodźców.

CZYTAJ WIĘCEJ: Schulz grozi, że Berlin nie da kasy, bo Polska i Węgry nie chcą przyjąć imigrantów

Buńczuczną wypowiedź szefa SPD szybko skomentowali polscy i węgierscy politycy. 

To nie jest tak, że sumy, które wpłacają Niemcy wynikają z wielkoduszności czy dobrej woli Niemiec, tylko wynikają po prostu z regulacji europejskich. To, że Niemcy są płatnikami netto, wynika z przepisów europejskich
– powiedział prof. Zdzisław Krasnodębski, eurodeputowany,

Jego zdaniem stwierdzenia, jakie padły z ust Schulza, są mylące i sprawiają wrażenie, że to do Niemiec należy decyzja, ile wpłacają do budżetu i ile inne kraje z tego budżetu otrzymują. Przyznał, że Niemcy jako kraj członkowski mogą współkształtować budżet, ale są jednym z 27 państw, które będą to robić.

Te wypowiedzi świadczą tylko o takich tendencjach, zapędach do dyktowania innym krajom postępowania, czyli nietraktowania Unii poważnie
– zaznaczył polityki PiS. Uwagę na taką postawę Niemiec zwracał niedawno nawet bawarski polityk, szef CSU, Horst Seehofer.

CZYTAJ WIĘCEJ: Niemiecki polityk oburzony nagonką na Polskę

Krasnodębski zauważył, że niedługo rozpoczną się negocjacje budżetowe (Komisja Europejska już pracuje na projektem wieloletnich ram finansowych na okres po 2020 r.), a polski rząd będzie starał się jak najskuteczniej obronić nasze interesy.

To nie jest tak, że te fundusze, które napływały do Polski, służyły tylko Polsce, bo jak wiemy, znaczna część tych pieniędzy z powrotem wracała do firm zachodnich, w tym niemieckich. Nie mówiąc o tym, że poprawianie infrastruktury służy też inwestorom zagranicznym w Polsce
– podkreślił eurodeputowany.

Dlatego jego zdaniem tego rodzaju oceny, jak gdyby fundusze z UE były rodzajem jałmużny, świadczą jedynie o "zatrutej atmosferze w UE"

Szef węgierskiej dyplomacji, Peter Szijjarto, uznał, że "Martin Schulz nie jest świadom podstawowych faktów i stale podstawia nogę Węgrom, które bronią także niemieckich obywateli". Minister powiedział agencji MTI, że rząd Węgier miał nadzieję, iż Schulz odzyska poczucie rzeczywistości po powrocie „z brukselskiej bańki mydlanej do niemieckiej rzeczywistości”. Schulz był do 17 stycznia 2017 r. przewodniczącym Parlamentu Europejskiego.

Okazało się jednak definitywnie, że nadzieja ta była bezpodstawna. Martin Schulz nie jest nawet świadom podstawowych faktów. Znajduje się przy tym w wygodnej sytuacji, jest bowiem obywatelem kraju czerpiącego korzyści z tego, że Węgry za cenę dużych wysiłków, stosując prawo europejskie, bronią zewnętrznych granic strefy Schengen
– oświadczył Szijjarto.

Dodał, że Węgry wydały dotąd na ochronę granic zewnętrznych Unii Europejskiej i strefy Schengen miliard euro.

Komisja Europejska odmówiła nawet częściowego pokrycia tej sumy, chociaż węgierska ochrona granicy służy też ochronie Niemiec i całej Unii Europejskiej. Brakiem solidarności wykazują się zatem nie Węgry, tylko Unia Europejska
– oznajmił.

Według Szijjarto Węgry nigdy nie uległy pokusie, by „fetować chaos prawny i anarchię” i zawsze „respektowały prawo europejskie”.

Jednocześnie zwracamy uwagę, że kraje środkowoeuropejskie, w tym nasza ojczyzna, odrzucają snute przez Martina Schulza plany budowy imperium i nadal opowiadają się za Unią Europejską opierającą się o silne, wolne narody europejskie
– oświadczył.