Laureaci nagrody 25-lecia "Gazety Polskiej". O dwóch takich, co ukradli Polskę postkomunie

Ukradli nam Polskę – ta fraza powraca w lamentach upadających elit III RP. Ale z całym krajem nie jest tak prosto jak z Księżycem, który bliźniaki ukradły, by go sprzedać i nie musieć pracować. To skok życia, wymagający nie tylko pracy i uporu, lecz także prawdziwego rozmachu. Za ten właśnie rozmach Nagrodę 25-lecia „Gazety Polskiej” przyznaliśmy Lechowi i Jarosławowi Kaczyńskim.

Gazeta Polska

Długodystansowe myślenie, planowanie nie na lata, lecz dziesięciolecia – to najważniejsza cecha polityki rosyjskiej. Cel moskiewskiej strategii to niszczenie wolności i wtrącanie do więzień ludzi i narodów. Zbrodnia i ludobójstwo to dla Rosji równie oczywiste środki do tego celu jak przekupstwo, agentura i propaganda.

Bracia Kaczyńscy dowiedli, że w zdegradowanej przez komunizm i niewolę Europie Środkowo-Wschodniej jest jeszcze ktoś inny, kto potrafi myśleć długodystansowo i pracować dla celów osiągalnych, choć zdaniem większości niemożliwych. Służąc niepodległości i wolności, tworzyć fakty nieodwracalne, które będą trwały także wtedy, gdy na scenie politycznej nie będzie już ich inspiratorów. 

W czym atakujący Jarosława Kaczyńskiego mają rację 

Paradoksalnie, autorzy medialnych napaści na Jarosława Kaczyńskiego oraz wspomnianych lamentacji z ostatnich dwóch lat w kilku sprawach mają rację. Tak, to, co się dzisiaj dzieje, to nie jest zwyczajne przejęcie władzy przez kolejną partię polityczną. To zmiana sięgająca mentalności, kultury, społecznych hierarchii. Krótko mówiąc – koniec pewnego świata.

Dwa spośród owych najcięższych zarzutów są w niemałym stopniu prawdziwe. Pewien redaktor naczelny zarzucił Jarosławowi Kaczyńskiemu, że jego cel to nie oddać władzy nigdy. Jest coś na rzeczy. Rzeczywiście chodzi o to, by nie oddać władzy nigdy – im! O to, by wesprzeć naturalny proces wyczerpywania się potencjału elit rodem z komuny i transformacji. I kształtować nowe elity – niepodległościowe. Chodzi o wyeliminowanie obozu targowicy, podmycie fundamentów, na których się opierała jej siła. O to, by ograniczyć poparcie dla targowicy do tej części Polaków, która ma w jej wspieraniu interes, natomiast odebrać jej oszukiwanych i manipulowanych. Nikt nie wie, jak w przyszłości kształtować się będzie polska scena polityczna, jakie ugrupowania będą wygrywać wybory, ale targowica musi być z niej wyeliminowana bezpowrotnie.

Z kolei pewna pani reżyser stwierdziła, że Kaczyński chce wychować nowych Polaków odmiennych od tych, którzy zamieszkiwali w III RP. I w tym stwierdzeniu jest wiele prawdy, ale także ono wymaga doprecyzowania. Nieprecyzyjne jest określenie „nowi”. Chodzi o odrodzenie w Polakach tradycyjnej polskości, a ściślej tego, co było w niej najbardziej wartościowe, co budowało polskiego ducha, polską kulturę, polski potencjał, wreszcie – daj Bóg – polską potęgę. O otworzenie przed żyjącymi już i przychodzącymi na świat Polakami nowej perspektywy.

Romantyzm i sinusoida

„Gdyby w Polsce nie było romantyzmu, to prawdopodobnie dziś nadal siedzielibyśmy w Pałacu Namiestnikowskim. Pod tą szerokością geograficzną i w takich czasach, w jakich żyjemy, romantyzm sprawdza się znacznie lepiej niż pozytywizm”

– mówił prezydent Lech Kaczyński w rozmowie z „Gazetą Polską” 14 maja 2008 r.

Dotychczasowa historia losów dzieła braci Kaczyńskich to sinusoida, ale wyraźnie wznosząca się w górę. Zarówno jej dolna, jak i górna amplituda, pojawiają się coraz wyżej. Upadki są coraz mniej głębokie, a realizowane cele coraz ambitniejsze, ostatnio sięgające owego „skoku życia”.

Mowa o losach dzieła, a nie o losach ludzi, bo w przypadku mężów stanu to nie to samo. Gdyby Lech Kaczyński nie potrafił być najpierw wyjątkowym szefem NIK, a potem skutecznym ministrem sprawiedliwości, PiS mogłoby nie być, a miejsce obozu niepodległościowego jeszcze przez lata zajmować mogłaby jakaś jego atrapa.

A potem śmierć prezydenta wydała owoce w postaci odrodzenia się polskości na skalę wcześniej niemożliwą. Słowa Marszałka Piłsudskiego, iż „w sercach szlachetnych nieszczęście i poniżenie kraju jest zawsze źródłem patriotyzmu” się spełniły.

Gracze i granice ich gry

Zanim pokażemy wspomnianą sinusoidę, powiedzmy o tym, jak rolę braci Kaczyńskich w III RP ocenić można z dzisiejszej perspektywy. Byli tacy, którzy mieli mniej od Kaczyńskich co do III RP złudzeń, a ich głośno wypowiadane radykalne oceny III RP były bliższe prawdy. Te wypowiedzi były niezwykle ważne, bez tego drogowskazu, busoli, wskazywania przez bohaterów Solidarności z 1980 r. gdzie dobro, a gdzie zło, pogubilibyśmy się nieporównanie bardziej.

Bracia Kaczyńscy odegrali inną rolę. Owszem, też opisywali III RP jako jej analitycy, tym bardziej pożyteczni, że znający szczegóły. Byli bowiem przy Okrągłym Stole, zawierali i zrywali sojusze, jednym słowem: prowadzili gry. To bywało krytykowane przez tych radykalnych, którzy czasem wskazywali: Kaczyńscy prowadzą gry – tak jak inni.

Z dzisiejszej perspektywy jasne jest, że prowadzili te gry w interesie Polski. Odrodzenie się Niepodległej wymagało nie tylko istnienia busoli, lecz także mocnych graczy politycznych, którzy będą wyszarpywać dla tej sprawy, ile się da. 

Kaczyńscy byli graczami, ale w przeciwieństwie do innych mieli rozumnie zakreślone ramy owej gry.

Wiedzieli, kiedy trzeba przestać grać, spasować, pogodzić się z przegraną. Bo dalej grałoby się w grę cudzą. Rozumieli, podjęcie jakiej gry oznacza zdegradowanie samych siebie, zejście na poziom, z którego już nigdy nie będzie można podjąć gry o niepodległość.

Jeśli w ciągu ostatnich lat wszyscy zaangażowani zwolennicy obozu niepodległościowego mieli wrażenie, że Jarosław Kaczyński i Antoni Macierewicz górują nad owym obozem i nie mają potencjalnych następców, to wynikało to z tego, że aspirujący do sukcesji po nich obecni czterdziestoparolatkowie nie potrafili zakreślić równie trafnie granic owej gry. To bywał warsztat rzemieślnika bez szerszych wizji, często głupio dumnego z tego, że coś tak odległego jak wizja nie ogranicza jego pragmatycznych ruchów. 

Trzy obrazki

By coś powiedzieć o czasach sprzed tej politycznej sinusoidy, o rodowodzie braci Kaczyńskich, posłużmy się trzema obrazkami – cytatami z wywiadów ich Mamy, Jadwigi Kaczyńskiej.

Pierwszy:

„Jeszcze jako uczennica szkoły powszechnej zdobyłam krzyż harcerski. W Starachowicach kończyłam kurs sanitarny. My, dziewczyny, miałyśmy za zadanie ratować chłopców z lasu. Do dziś pamiętam robactwo, jakie wyciągałyśmy z ich ran. Straszne. Miałam 16 lat, kiedy zaczęły się przygotowania do akcji »Burza«. Mój przyszły mąż walczył wtedy w AK, w »Baszcie«, w I kompanii”.

Drugi:

„Pani Gajcy – matka znanego poety, najlepsza akuszerka na świecie (…). Tak naprawdę uratowała mi synów. Dziesięć dni przed porodem (…) powiedziała mojej mamie, że będą bliźnięta. Mama zachowała to przede mną w tajemnicy. Nie wiedziałam do końca. Gdy zobaczyłam drugie dziecko, byłam zupełnie zaskoczona”.

I trzeci:

„Uważałam, że [synowie] mają za mało wolności, a byłam na tyle młoda, że rozumiałam tę potrzebę. Używali więc sobie na wakacjach, a mnie traktowali trochę jak koleżankę. »Mama, zrobimy tratwę«. Dziś myślę, że byłam bezmyślna, że im pozwoliłam”.

Przeciw komunie

Są to sprawy znane i opisane, ale przytoczmy je dla porządku. Początkowa część wspomnianej politycznej sinusoidy jest taka jak reszty antykomunistycznej opozycji z podobnych Kaczyńskim kręgów. W latach 70. Biuro Interwencji KSS KOR (obaj), Wolne Związki Zawodowe (Lech), redakcja „Głosu” (Jarosław), „Robotnika Wybrzeża” (Lech). Czyli osamotniona opozycja z czasów Gierka.

Potem sinusoida idzie w górę, czyli wybuch Solidarności, Lech delegatem gdańskiego NSZZ „Solidarność” na I Zjazd Krajowy Delegatów, Jarosław szefem sekcji prawnej Ośrodka Badań Społecznych przy Regionie Mazowsze, współzałożycielem Klubów Służby Niepodległości.

Później sinusoida spada – stan wojenny, Lech internowany, Jarosław nie, co dziś wyśmiewają przeciwnicy. Po wyjściu na wolność Lech konspiruje w gdańskiej kolebce Solidarności, w jej organach kierowniczych, w otoczeniu Lecha Wałęsy. Jarosław konspiruje w Warszawie, w reaktywowanym „Głosie”, współpracując z Komitetem Helsińskim, z Tymczasową Komisją Koordynacyjną, wreszcie zostaje sekretarzem Krajowej Komisji Wykonawczej.

Pierwsze koty za płoty

Potem Okrągły Stół i sinusoida idzie w górę – bracia Kaczyńscy mają ambicję przyspieszenia zmian.

Jest pierwsza pomyślnie przeprowadzona przez nich operacja: zawiązanie koalicji Solidarności z ZSL i SD, w wyniku której powstał rząd Mazowieckiego, a nie Kiszczaka.

Potem – tryumf wymyślonej przez Jarosława kandydatury Wałęsy w wyborach prezydenckich. Jarosław szefem Kancelarii Prezydenta, Lech ministrem nadzorującym prace BBN. Ale Kaczyńscy odchodzą, bo Wałęsa wybiera Wachowskiego i ludzi dawnej komunistycznej bezpieki.

To obóz polityczny braci Kaczyńskich pierwszy zgłosił na początku lat 90. koncepcję członkostwa Polski w NATO i z determinacją do niej przekonywał. 

Ale po wspomnianym spadku sinusoida znów idzie w górę. Są – dopiero w 1991 r. – pierwsze demokratyczne wybory i budowa koalicji wokół rządu Jana Olszewskiego. Tryumf krótki i przecięty obaleniem rządu Olszewskiego nie tylko za lustrację, lecz także za sprzeciw wobec tworzenia rosyjskich spółek w miejscach stacjonowania Armii Czerwonej.

Czas przebijania opon

I sinusoida idzie ostro w dół – miała to być trwała polityczna marginalizacja. Niszczenie obozu Kaczyńskich przy użyciu byłych esbeków z grupy Lesiaka, góry kłamstw w mediach, ze sfałszowaną lojalką Jarosława Kaczyńskiego włącznie. Wybory z 1993 r., w wyniku których PC znajduje się poza parlamentem. 

Ale to nie była tylko marginalizacja à la III RP. Dziś z perspektywy posmoleńskiej nie pamięta się o tym, że w latach 90. wobec braci Kaczyńskich stosowano najgorsze metody komunistycznej bezpieki. W 1993 r. nakłuć na oponach samochodu Jarosława Kaczyńskiego dokonano specjalnym narzędziem. Z wielką precyzją. W każdym kole po dziesięć. W taki sposób, żeby przy większej prędkości musiały pęknąć. W 1996 r. Jarosław Kaczyński o mało nie zginął. Jechał w okolicach Mławy swym oplem vectrą z dużą prędkością. Samochód wyleciał na pobocze, wyrwał drzewo z korzeniami. Jak się okazało, ktoś lekko poluzował zawór w kole, by powietrze powoli uchodziło.

Lata 2005–2007, czyli jeszcze za słabi

Dopiero Lech Kaczyński, zostając ministrem sprawiedliwości w rządzie Jerzego Buzka, umożliwił bratu stworzenie nowej politycznej formacji, która miała wygrać wybory w 2005 r.

O wyborze Lecha Kaczyńskiego na prezydenta ostatecznie zdecydowała sekwencja zdarzeń z kilku miesięcy 2005 r. 2 kwietnia tego roku odszedł Jan Paweł II. Polacy poszli do kościołów i wyszli na ulice, zaczęli myśleć o Panu Bogu i o swojej historii. 23 października wybrali na swojego prezydenta Lecha Kaczyńskiego, twórcę Muzeum Powstania Warszawskiego.

Nie miejsce tu na szczegółową analizę rządów PiS z lat 2005–2007, potrzeby tworzenia koszmarnej koalicji i skutecznego oporu establishmentu III RP przeciwko budowie niepodległej Polski. Ani sukcesów tego czasu: likwidacji WSI, autodemaskacji broniącej się postkomuny, kiełkującej wolności słowa, wreszcie, być może najważniejszej, polityki historycznej, która obudziła narodową dumę Polaków na tyle, że nigdy nie udało się jej stłumić. Wszystko to spowodowało, że gdy sinusoida znowu poszła w dół, w 2007 r. zatrzymała się już na zupełnie innym niż wcześniej poziomie – PiS stał się główną partią opozycyjną.

Lech bardziej radykalny od Jarosława

Niezbędne jest jednak przypomnieć, że Polska w tamtych latach po raz pierwszy stała się, głównie za sprawą prezydenta Lecha Kaczyńskiego, podmiotem na arenie międzynarodowej. W 2008 r. prezydent mówił w Gruzji, w imieniu przywódców czterech państw, iż „świetnie wiemy, że dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze państwa bałtyckie, a później może i czas na mój kraj, na Polskę”.

1 września 2009 r., w 70. rocznicę wybuchu II wojny światowej, na Westerplatte prezydent, nawiązując do agresji na Gruzję, powiedział w obecności Władimira Putina: „Naruszenie integralności terytorialnej, które jest zawsze złem, było wtedy, jest i dzisiaj. (…) Z Monachium trzeba wyciągnąć wnioski, które sięgają czasu współczesnego, imperializmowi nie wolno ustępować. Nie wolno ustępować imperializmowi ani nawet skłonnościom neoimperialnym (…). To wielka nauka dla całej współczesnej Europy, dla całego świata”. Donald Tusk chował twarz w dłoniach ze wstydu.

Jak z ciur obozowych staliśmy się żołnierzami

10 kwietnia 2010 r. był ze strony Rosji demonstracją dla całego regionu, że jego aspiracje niepodległościowe są na wyrost. Odpowiedź Rosji brzmiała: jesteście tylko postkolonialnymi byłymi demoludami, skoro prezydenta Polski, która miała aspiracje wam przewodzić, można bezkarnie zabić. I zarówno jego naród, jak i zachodni sojusznicy, nie ruszą w tej sprawie palcem. 

A na polskiej scenie tym, o co Moskwa zabiegała najmocniej, było, by po 10 kwietnia 2010 r. nie odrodził się prawdziwy polski obóz niepodległościowy, nawiązujący do całego dziedzictwa historycznego, kulturalnego i militarnego Polski. Od powstań przez romantyczną literaturę, katolicyzm, po zwycięską wojnę polsko-bolszewicką. Lech Kaczyński był tej tradycji pełnoprawnym kontynuatorem.

Wspierane przez Rosję próby powołania w Polsce jakiegoś „skarlałego” obozu niepodległościowego, z wyciętą z niego skalpelem tradycją Kościuszki, Traugutta, Piłsudskiego, Pileckiego i Lecha Kaczyńskiego – nie powiodły się. Zarówno w wersji „soft”, jak i w wersji radykalnej w retoryce i prorosyjskiej w treści.

Śmierć Lecha Kaczyńskiego zmieniła obóz niepodległościowy w zupełnie innym kierunku. Dołączyły do niego tłumy „przebudzonych”, którzy poczuli potrzebę zaangażowania się w życie publiczne.

Często ludzi wyjątkowo wartościowych, z olbrzymim potencjałem. 

Ale jeszcze ważniejsza była przemiana nas samych, zaangażowanych już wcześniej. Mówiąc po wojskowemu: wiele „ciur obozowych” stało się wartościowymi żołnierzami. Bardzo ważny był okres kilku miesięcy tuż po 10 kwietnia, gdy wielu z nas zrywało znajomości, poczuło nienawiść do wszystkiego, co w życiu Polaków jest dziedzictwem niewoli. To wielkie odsłonięcie, zerwanie zasłon, bezkompromisowa diagnoza sytuacji była kluczem do zwycięstwa.

Ona wyparła myślenie wewnątrzsystemowe, sprzed 10 kwietnia. W 2012 r. w tekście „Salon. Przedpokój. Ulica” napisałem w kontekście Smoleńska: „To, co nazywano polskimi elitami intelektualnymi, jest wynarodowioną elitą posowiecką. To osoby, których nie obchodzą losy Polski i Polaków, lecz tylko własne kariery. Dopóki nie zdegradujemy ich, brutalnie nie upokorzymy ich tak, by poczuli, że są tu elementem obcym, produktem kolaboracji mniejszości narodu, Polska nie będzie niepodległa”. Wówczas słowa te oprotestowali bracia Karnowscy. Dziś już nie protestowaliby, bo przebieg wydarzeń przyznał rację mojemu rozumowaniu.

10 kwietnia 2010 r. elity PRL i III RP podpisały na siebie wyrok – uwolnienia ich od statusu i obowiązków elity, którym nie były w stanie podołać.

Koszmar poststalinowców

W opozycji Jarosław Kaczyński przetrwał wszystkie porażki i wygrał wszystkie gry, których stawką była znów podmiana obozu niepodległościowego na atrapę. Medialne hierarchie sprzed 10 kwietnia 2010 r. legły w gruzach, gwiazdy spadły. Wzrosła rola mediów niepodległościowych, ich myślenie zdominowało media społecznościowe.

Obóz Kaczyńskiego nie tylko wybrał, lecz także zrealizował skutecznie plan, by zostać wyrazicielem aspiracji wszystkich tych, których komunizm i oligarchiczna III RP zdegradowały. Szybko okazało się, że obóz niepodległościowy i „doły” łączy znacznie więcej niż sam tylko „deal” z 500 plus. Także uznanie dla polskich tradycji patriotycznych, negatywna ocena złodziejstwa czy sceptycyzm wobec politycznej poprawności.

Dziś elitom przywiezionym na sowieckich bagnetach, którym bracia Kaczyńscy ukradli zagrabiony niegdyś przez nich Polakom kraj, pozostaje lament, bredzenie o sojuszu inteligenta z Żoliborza z Edkiem z Mrożka, o nieestetycznych Polakach z piwem Tatra na plażach, „wózkowych” i wiejskich społecznościach, których nie obchodzi Trybunał Konstytucyjny.

Rzecz jasna, środowisku poststalinowców wizja odebrania im Polski na zawsze oraz wychowania nowych Polaków kojarzy się z budowaniem nowego ustroju w pierwszych latach PRL. Nic w tym dziwnego – takie są ich rodzinne i środowiskowe horyzonty.

W rzeczywistości chodzi właśnie o bezpowrotne anulowanie tego wszystkiego, czego w latach 40. i 50. dokonano. Wtedy misja braci Kaczyńskich zostanie ostatecznie i do końca spełniona.

 

 

 



Źródło: Gazeta Polska

#III RP #Polska #postkomunizm #Lech Kaczyński #Jarosław Kaczyński

Piotr Lisiewicz
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo