Przypomnijmy, że 4 lutego w markecie w Wałbrzychu sędzia W., wspólnie z żoną Ewą, dokonali kradzieży dwóch głośników, dwóch pendrivów oraz kabla. Łączna wartość skradzionego mienia wynosi 2,1 tys. zł. Zarzuty kradzieży ogłoszono już żonie sędziego, która nie przyznała się do zarzucanego jej czynu

6 lutego 2017 roku w markecie tej samej sieci we Wrocławiu sędzia W. dokonał kradzieży dwóch głośników, 13 pendrive'ów, dwóch kart Micro SD i słuchawek. Łączna wartość skradzionego mienia wynosi 2,4 tys. zł. W. twierdził wtedy, że przedmioty te kupił wcześniej – ale nie okazał dowodu zapłaty. Tłumaczył, że te rzeczy wniósł, bo „nie było nikogo przy wejściu, by to zgłosić” – czemu zaprzeczyli świadkowie z marketu.

Dowodami w sprawie są min. zeznania pracowników wrocławskiego marketu i pracowników ochrony oraz zapisy monitoringu ze sklepu. Dzięki niemu pracownicy obserwowali, jak sędzia wkłada do koszyka różnego rodzaju akcesoria i przy pomocy cążek i nożyka przełamuje ich zabezpieczenia przed kradzieżą. Puste opakowania sędzia odkładał na półki, a znajdujący się w nich wcześniej sprzęt wkładał do kieszeni płaszcza. W. zatrzymano za linią kas. Skradzione akcesoria, cążki i nożyk miał w kieszeni płaszcza.

We wrześniu 2017 roku Sąd Apelacyjny w Warszawie zezwolił na pociągnięcie sędziego do odpowiedzialności, ale sędzia nie zgodził się z taką decyzją i 3 października poskarżył się do Sądu Najwyższego. 

Do dzisiaj nie zostaliśmy poinformowani, kiedy ma się odbyć posiedzenie sądu w tej sprawie. Gdy tylko Sąd Najwyższy podtrzyma decyzję Sądu Apelacyjnego, niezwłocznie postawimy W. zarzuty

– tłumaczy tabloidowi Arkadiusz Jaraszek z biura prasowego Prokuratury Krajowej.

Jednak Sąd Najwyższy nie widzi w tym nic nadzwyczajnego.

Ta sprawa czeka w kolejce. Nie ma w tym nic niezwykłego. Ale możliwe, że jeszcze w styczniu wyznaczony zostanie termin posiedzenia, na którym zapadną decyzje dotyczące sędziego W.

– stwierdził Krzysztof Michałowski z biura prasowego Sądu Najwyższego.

Przypomnijmy, że w maju 2017 sędziemu obniżono wynagrodzenie o 50 procent. Oznacza to jednak, że wciąż pobiera całkiem pokaźną sumkę – ok. 8 tys. zł.