Pierwsze bombardowanie w Gori 14-letnia Eka przeżyła w mieszkaniu cioci. Siedziały właśnie z mamą przy stole, gdy rosyjski ładunek wstrząsnął budynkiem, pokrywając szyby bezbarwnym pyłem.

Na szczęście bomba, choć spadła opodal bloku, nie wyrządziła nikomu krzywdy.

Drugie bombardowanie ‒ paręnaście godzin później ‒ rozpoczęło się, gdy dziewczynka była u sąsiadki. Eka usłyszała tylko ogłuszający huk; sekundę później matka położyła ją na podłodze i osłoniła instynktownie własnym ciałem. Nie ucierpiały, choć w zmasowanym rosyjskim nalocie na Gori zginęło wówczas kilkanaście osób. Pociski trafiły m.in. w szkołę i budynki mieszkalne.

Nazajutrz, 10 sierpnia, około 80 proc. mieszkańców uciekło z miasta przed zbliżającymi się wojskami rosyjskimi. 

Dwa dni później w Gori, gdzie znajdowała się już tylko garstka cywili, miało miejsce trzecie bombardowanie. Tym razem, przy użyciu bomb kasetowych, które eksplodują w powietrzu nad celem, uwalniając dziesiątki mniejszych ładunków. Tamtego dnia śmierć poniosło przynajmniej osiem osób, w tym holenderski reporter Stan Storimans, który stał się pierwowzorem jednego z bohaterów głośnego filmu „5 dni wojny”. 12 sierpnia 2008 r. do krwawej rozprawy z ludnością Rosjanie użyli także helikopterów, prowadzących ostrzał z broni maszynowej. Młody lekarz Goga Abramiszwili, próbujący schronić się w szpitalu, nad którym powiewała flaga Czerwonego Krzyża, został zabity długą, mierzoną serią. Kule rozerwały mu połowę czaszki. Ale w czasie tego polowania na cywili Eki Beruaszwili i jej mamy nie było już w mieście. Zabrał je stamtąd samochodem ojciec koleżanki. Z drogi do Tbilisi Ekaterine pamięta jedynie czarne sznury aut i pieszych uchodźców, krążące nad głowami rosyjskie śmigłowce oraz rozpacz przyjaciółki, która w mieszkaniu w Gori zostawiła ukochaną papugę.

Polska na Placu Wolności

Eredwi, gdzie urodziła się Eka, to malutka wioska w Osetii Południowej, terytorium gruzińskim okupowanym dziś przez Rosję. Pięć minut jazdy autem i jest się już w Cchinwali, najludniejszym miasteczku regionu. Pierwsze dni przed wybuchem wojny nie wskazywały na to, że okolica ta stanie się zapalnikiem konfliktu. ‒ W Eredwi mieszkali i Gruzini, i Osetyjczycy, wiele rodzin było mieszanych. Panował spokój, jeśli nie liczyć pojedynczych strzałów, ale słychać je było tylko od czasu do czasu ‒ opowiada Ekaterine. Kto strzelał? ‒ Jakieś osetyjskie bojówki, ale nikt nie traktował tego poważnie ‒ dodaje.

Kiedy z początkiem sierpnia 2008 r. w wielkim pospiechu zarządzono ewakuację gruzińskiej ludności z Eredwi, chyba żaden z uciekających nie przypuszczał, że rozstaje się z całym swoim dobytkiem na zawsze. ‒ Rodzice byli przekonani, że minie jeden, dwa dni i wrócimy ‒ mówi Eka. Ale już tydzień po wyjeździe Gruzinów Eredwi została zrównana z ziemią, czym chwalił się w rozmowie z rosyjską prasą agent Kremla Eduard Kokojty, ówczesny marionetkowy „prezydent” Osetii Południowej.

Właśnie z Eredwi 14-letnia Eka z mamą dotarły do Gori, a potem, wymykając się rosyjskim bombom, do Tbilisi. Tam dołączył do nich ojciec, do ostatnich chwil pomagający w rodzinnych stronach w szkoleniu ochotników z oddziałów samoobrony.

Gdy 12 sierpnia Rosjanie bombardowali Gori, przebywająca w Tbilisi Eka po raz pierwszy usłyszała słowo „Polska”. „Prezydent Polski przyleciał do Gruzji i jest na placu Wolności!” ‒ krzyknął ktoś i niedługo potem dziewczynka, wraz z bliskimi, znalazła się w centralnym punkcie gruzińskiej stolicy.

Na wzniesionej naprędce scenie stał prezydent Gruzji Micheil Saakaszwili, przywódcy państw bałtyckich i Ukrainy oraz pomysłodawca nieszablonowej akcji przeciw rosyjskiej agresji: prezydent Polski Lech Kaczyński. Wokoło ‒ tysiące rodaków Eki z gruzińskimi, unijnymi i polskimi flagami. ‒ To było coś niezwykłego. Gdy Lech Kaczyński skończył przemawiać, wszyscy zaczęli skandować: „Polska! Polska!”. Czuliśmy wtedy, że nie zostaliśmy pozostawieni sami, że jest szansa na powstrzymanie Rosji. Do dziś jestem przekonana, tak jak i większość Gruzinów, że to polskiemu prezydentowi zawdzięczamy ocalenie Tbilisi przed wkroczeniem Rosjan ‒ twierdzi Ekaterine Beruaszwili.

Wojska rosyjskie, które jeszcze dobę wcześniej dokonywały punktowych nalotów na wybrane cele w gruzińskiej stolicy, stały tego dnia w Igoeti, niecałe 40 km od Tbilisi.

Samolotem prezydenta

‒ W Tbilisi najpierw zatrzymaliśmy się u siostry mojego taty, potem zakwaterowano nas w akademiku uniwersytetu medycznego

‒ opowiada Ekaterine. Rodzina Beruaszwili trafiła do dawno nieużywanego budynku: brakowało toalet, mebli, ze sfatygowanych tynków wyzierały porwane kable. Pokoje były przepełnione, bo do stolicy zjechało kilkadziesiąt tysięcy uciekinierów z całej Gruzji. Wówczas Eka znów usłyszała słowo „Polska”. I to parokrotnie, bo po korytarzach rozniosło się, że „prezydent Kaczyński zaprosił do Polski gruzińskie dzieci”. Czas jakby nagle przyspieszył: wizyta Ekaterine z mamą w punkcie informacyjnym, prowizoryczny paszport, wreszcie pierwszy w życiu lot samolotem („i to tym samym, którym lata polski prezydent” ‒ dziwili się mali pasażerowie). A na lotnisku uśmiechnięta „pani-anioł” z cukierkami, czyli Małgorzata Gosiewska, która z ramienia kancelarii Lecha Kaczyńskiego koordynowała pomoc dzieciom uchodźców.

Do Gorzowa Wielkopolskiego, Lublina, Szczecina i innych miast, dzięki wsparciu finansowemu Kancelarii Prezydenta i prywatnych dobroczyńców (akcję współorganizowało także Caritas i tygodnik "Niedziela"), trafiło ostatecznie 300 chłopców i dziewczynek z terenów objętych działaniami wojennymi. Niektóre z nich straciły podczas rosyjskiej napaści mamę lub tatę, inne rodzeństwo. Zostały przyjęte tak serdecznie, że po zakończeniu pobytu zapewniały ze szczerością, którą u dzieci trudno odróżnić od przesady, że w Polsce podobało im się „wszystko!”. 

Niestety, nie wszystko spodobało się polskim lekarzom, którzy każdego uczestnika tych niecodziennych kolonii poddali drobiazgowym badaniom medycznym. U Eki Beruaszwili wykryto wrodzoną wadę serca, wymagającą nie tylko szybkiej i skomplikowanej, ale i drogiej operacji.

‒ I wtedy okazało się, że koszty zabiegu, wynoszące około 30 tys. zł, pomogli pokryć zwykli Polacy, którzy wpłacali na ten cel pieniądze. Do dziś jestem im niezmiernie wdzięczna

‒ deklaruje Ekaterine.

Tymczasem prezydent Lech Kaczyński, gdy dowiedział się, jak trudne chwile czekają 14-latkę, która przecież nie znała nawet słowa po polsku ‒ podjął błyskawicznie decyzję, aby przywieźć samolotem z Tbilisi matkę dziewczynki. ‒ Chodziło o to, bym w czasie operacji nie czuła się samotna ‒ wspomina dziś Eka. 

Polska ambasada i urzędnicy prezydenckiej kancelarii ‒ szczególną rolę odegrała tu Małgorzata Gosiewska ‒ stanęli na wysokości zadania. Tuż przed zabiegiem mama Ekaterine zjawiła się przy córce. Przy chorej czuwał też cały czas ówczesny ambasador Gruzji w RP, Kote Kawtaradze.

‒ Gdyby nie ta operacja, to według lekarzy nie dożyłabym 21. roku życia ‒ podkreśla Ekaterine.

Całość artykułu w tygodniku "Gazeta Polska"