Chyba za każdym razem, gdy występujecie w kościele jeszcze przed Bożym Narodzeniem, musicie prosić wcześniej o dyspensę. Przed chwilą, w katedrze praskiej podczas waszego koncertu Kolęd Pospieszalskich, wierni momentami wręcz podrywali się do tańca (śmiech).

Basia Pospieszalska (lat 20, córka Jana): Faktycznie czasem tańczymy, ale nie tylko tym potrafimy zaskoczyć. Perkusja w kościele również nie jest przecież czymś zwyczajnym. Sam proboszcz, dziękując nam, powiedział, że warto ożywić „nudne i często smutne kościółkowe śpiewanie” (śmiech).

Emocje podczas Kolęd Pospieszalskich, mimo że przeżywane w świątyni, przypominają chwilami te z koncertów rockowych!

Łukasz Pospieszalski (lat 31, syn Mateusza): To dlatego, że na scenie wybucha energia rodzinnych temperamentów.

Na scenie te wybuchy są pozytywne, a jak jest przy wigilijnym stole?

Łukasz: Bywało różnie. Pamiętam czasy, gdy byliśmy dziećmi. Kiedy byliśmy już bardzo spragnieni prezentów, Karol z Jankiem wyciągali kantyczki… A w nich kolędy, które mają po 50 zwrotek. Dostawaliśmy polecenie zaśpiewania dwóch takich kolęd…

Widzę niezadowolenie na waszych twarzach.

Basia: Bo to była tortura! 

Paulina Pospieszalska (lat 36, córka Karola): Tak. Musieliśmy zapracować na prezenty, śpiewając cały wieczór.

Dziś kolędy wykonywane są przez kilkunastoosobowy zespół Pospieszalskich. Dwa pokolenia – bracia: Janek, Karol, Marcin i Mateusz oraz ich dzieci i małżonkowie tych dzieci.  To, jak brzmią dziś Kolędy Pospieszalskich, wykuwało się w konflikcie pokoleń?

Łukasz: Początkowo zespół rodziny Pospieszalskich współpracował z rodziną Steczkowskich, muzykami z zespołu Zakopower i innymi profesjonalistami. Na perkusji grał np. śp. Piotr „Stopa” Żyżelewicz. A my byliśmy dzieciakami, elementem dekoracyjnym. Wychodziliśmy na dwie kolędy i wrzeszczeliśmy do mikrofonów. Gdy mieliśmy po kilkanaście lat, dziwnie to wyglądało, gdy wychodziliśmy tylko po to, by zaśpiewać „Lulajże, Jezuniu”. Kilka lat temu spotkaliśmy się na próbie kolędowej i nastał kryzys. My, młodzi, staliśmy pod ścianą. Wyglądało to tak, że Marcin dwiema rękami grał na trzech key­boardach, a Nikodem (lat 31, syn Marcina) na... grzechotce. Zbuntowałem się. Powiedziałem, że studiujemy już na akademiach muzycznych i zamierzamy w te stare kolędy tchnąć trochę naszej wrażliwości.

Czyli sami rozpychaliście się łokciami? Myślałam, że w rodzinach muzyków dzieci zmusza się do stawania na estradzie…

Łukasz: Tymczasem my rozpychaliśmy się łokciami! A warto wiedzieć, że rodzina Pospieszalskich składa się z bardzo mocnych temperamentów! Bracia: Janek, Mateusz, Marcin i Karol to mocna ekipa, ale udało się nam przełamać ten rodzaj dominacji i nagle okazało się, że nie musimy brać muzyków z zewnątrz! Nikodem świetnie gra na perkusji, Szczepan na trąbce, Franek na kontrabasie, Mikołaj i Basia na skrzypcach, Paulina na flecie, a Marek na wszelkich saksofonach, więc w obrębie tej kilkunastoosobowej rodziny zbudowaliśmy profesjonalną sekcję dętą, kwartet smyczkowy i chór. I tak stworzyliśmy wielki band, gdzie każdy ma swoją rolę i swoje miejsce.

Uczeń przerósł mistrza?

Basia: Oj nie! Do tego jeszcze daleka droga.

Niech to oceni pierwsze pokolenie. Marcinie?

Marcin Pospieszalski (lat 54, brat Jana, Mateusza i Karola): W pewnych kwestiach na pewno. Ja i bracia jesteśmy takimi skamielinami artystycznymi. Nasza estetyka nie zmienia się od kilkudziesięciu lat temu. Pokolenie naszych synów i bratanków lepiej się porusza w tej współczesnej. I stąd ich przewaga. Zdarza się, że chcemy coś wrzucić na Facebooka i słyszymy, że nie możemy tego zrobić, bo to obciach.

Czas na trudne pytanie. Każdy zespół musi mieć lidera. Kto nim jest u Pospieszalskich?

Paulina: Zależy w jakiej kwestii. W sprawach organizacyjnych liderem jest Janek. Wszyscy go słuchamy. Jeżeli chodzi o muzyczne rzeczy, to Marcin ma ogromny wpływ na aranże…

Basia: ...tak jak Mateusz i…

Marcin: Zaraz sobie pójdę i wtedy młodzież powie, co naprawdę myśli (śmiech). Myślę, że przestaliśmy mieć decydujący głos. Łukasz i Mikołaj (lat 29, syn Marcina) zrobili nowe opracowanie kolędy „Hej, w dzień narodzenia”. Nie mieliśmy wiele do gadania. Taka kolej rzeczy. Aczkolwiek zawsze możemy się zgodzić lub nie zgodzić, żeby z nimi coś zagrać. Zawsze mamy to wyjście. (śmiech)

Korzystaliście już z tego wyjścia?

Marcin: Mnóstwo projektów już upadło. W takim zestawie rodzinnym trzeba mieć grubą skórę. Każdemu się obrywa. Nie ma litości. Jeśli ktoś nie doskakuje do poprzeczki, to bywają kłopoty.

A czy prywatne kolędowanie rodziny Pospieszalskich sprawia jeszcze przyjemność?

Marcin: Tylko tym, którzy grają na instrumentach dętych.
(Paulina, Łukasz i Basia wybuchają śmiechem)

Nie rozumiem.

Marcin: Mateusz, Karol, Marek i Szczepan biorą instrumenty dęte, które są tak głośne, że kończy się śpiewanie. Pianista może jeszcze próbować dołączyć, ale skrzypkowie nie mają już żadnych szans, a śpiewacy kończą ze zdartymi gardłami.

Ale poza muzykowaniem w zespole Pospieszalskich każdy z Was ma swoją drogę muzyczną. Franek i Marek mają już na koncie autorskie freejazzowe płyty, Szczepan prężnie działa w świecie muzyki ludowej, Łukasz z Mikołajem piszą muzykę filmową i teatralną, a Basia udziela się nawet w hip-hopie – ma na swoim koncie złotą płytę z O.S.T.R. Paulina ma na koncie płytę „My Favourite Town”, nad którą pracował legendarny brytyjski producent Robin Millar, stojący za sukcesami Sade oraz Ive Mendes. Czy to prawda, że w każdym domu Pospieszalskich muszą być dwa pokoje na instrumenty?

Marcin: Ja muszę mieć więcej.

Wasza trasa rozpoczęła się 17 grudnia w katedrze na warszawskiej Pradze, a zakończy się 28 stycznia w Skalmierzycach. Na trasie m. in. Paryż, Londyn, Bruksela i Hannover. Skąd taki wybór?

Jan (lat 62, brat Karola, Mateusza i Marcina): Jeżdżąc po świecie, zauważyłem, że w polskich diasporach dorastają młode pokolenia, które tracą kontakt z polską kulturą. Warto ich do niej przyciągnąć, np. uniwersalnym językiem kolęd. Wyjedziemy wspólnie na 21 dni. To ogromne przedsięwzięcie możliwe jest m. in. dzięki wsparciu grupy Energa.

I jesteście w stanie zrobić taką trasę w 16 osób, biorąc też babcię do opieki nad niemowlętami – trzecim pokoleniem Pospieszalskich? Przy okazji gratuluję, że zostałeś dziadkiem!

Jan: Dziękuję. Oczywiście. Ten nasz cyrk rusza samolotami, potem jedziemy autokarami i pociągami, a przed nami jedzie ciężarówka ze sprzętem.

Zajmujesz się organizacją trasy. To nie może być łatwe zadanie.

Jan: Ale najtrudniej będzie znieść te 21 dni ze sobą. (śmiech) Gramy 21 koncertów i jesteśmy w 21 miejscach. Często organizatorzy muszą nam przygotować posiłek. I wtedy zaczyna się dramat. Ktoś ma dietę bezglutenową, mamy dwóch wegan, jeszcze ktoś nie toleruje laktozy…

Basia: A tak naprawdę problemy są tylko z tatą, bo jest dyktatorem (śmiech). No, ale to dzięki niemu wszystko trzyma się w ryzach.

Natalia Rzeźniak-Pospieszalska (lat 33, żona Łukasza): Gdyby nie te ramy i dyscyplina, nic by tu nie funkcjonowało.

Janku, to Ty namówiłeś śp. ks. Jana Twardowskiego, by napisał dla Was tekst kolędy „Kolęda płynie z wysokości”. Czym go przekonałeś

Jan: Trzy razy do niego chodziłem. Za każdym razem musiałem mu przypominać, że mieszkamy w Polsce, że jest 1999 r. i że nazywam się Janek Pospieszalski. I udało się. Ten tekst jest trochę o nas. „Osioł pewny siebie” i „wół zarozumiały” to ja. (śmiech) A tak serio, to piękna kolęda: „daj nam, Boże, wiarę, wiarę zawsze żywą, zdrowie na święta, dla bliskich cierpliwość”. Ta cierpliwość będzie nam potrzebna podczas miesięcznej trasy Kolęd Pospieszalskich. A sytuacja jest rozwojowa. Trzecie pokolenie pcha się na świat. Basia i Natalia niedawno urodziły. Magda jest w ciąży. Projekt ma kontynuatorów. (śmiech)

Młodzi spychają mędrców ze sceny… 

Franciszek Pospieszalski (lat 24, syn Jana): Tata coraz częściej powtarza, że nie chce już stać z przodu sceny. Mówi, że na zdjęciach z każdym rokiem wygląda to coraz gorzej. (śmiech)

Paulina: I to najlepszy dowód na to, że najbardziej zależy mu na całym zespole.

Basia: Ale musimy uczciwie coś przyznać. My, młodzi, ostatnio stwierdziliśmy, że przejmujemy pałeczkę, i zrobiliśmy swój aranż jednej z kolęd. Weszliśmy do studia i zaczęliśmy grać. Szybko zorientowaliśmy się, że to nie brzmi tak, jak powinno, że panuje chaos. Nagle ni stąd, ni zowąd do studia wpadł wujek Marcin, jakby wiedział, że potrzebujemy pomocy. Nawet nie zdążył się rozebrać. Cały czas był w czapce. Usiadł do pianina, przydzielił nam na nowo role, rozdał zadania i po chwili aranż zaczął nabierać sensu. Jakkolwiek próbujemy wybić się na pierwszy plan, wciąż bardzo potrzebujemy wsparcia ojców i wujków.