Emir Kusturica to człowiek wielu talentów i... twarzy. Oprócz tego, że jest najpopularniejszym reżyserem pochodzącym z byłej Jugosławii, pisze książki i wspólnie z bratem Striborem gra w zespole No Smoking Orchestra. Grupa ta zagrała kilka miesięcy temu koncert na zaanektowanym przez Rosję Krymie, a sam Kusturica od lat nie kryje podziwu dla Władimira Putina (reżyser twierdzi nawet, że to z tego powodu „Na mlecznej drodze” wykluczono z festiwalu w Cannes w 2016 roku). Jakkolwiek polityczne sympatie reżysera budzą wątpliwości, trudno zaprzeczyć jego talentowi. A najnowszy film, choć polscy widzowie obejrzą go ponad rok po światowej premierze, tylko to potwierdza.
 

CZYTAJ WIĘCEJ: Ciekawa przyjaźń serbskiego reżysera: popiera Putina i zagrał koncert na Krymie

Kusturica sięga po schemat zakazanej miłości, czyniąc z „Na mlecznej drodze” bałkańską wersję „Romea i Julii” w baśniowym wydaniu, uciekając się do najbardziej absurdalnych rozwiązań. Znajdziemy tu chłepczącego krowie mleko węża, kiwającego się w rytm muzyki sokoła, podskakującą przed lustrem kurę i krwiożerczy (sic!) zegar, a sam reżyser, scenarzysta i główny bohater w jednym daje imponujący popis tańca z dyniami. I choć „Na mlecznej drodze” to nie ten sam poziom co „Underground” czy „Czas Cyganów”, to film zdecydowanie świadczy o powrocie twórcy do formy sprzed lat. Nie tylko ze względu na lejącą się na ekranie litrami rakiję.

NIE PRZEGAP: Więcej na ten temat w dzisiejszej "Gazecie Polskiej Codziennie"