Medal Gloria Artis otrzymał Pan podczas koncertu. Dokładnie po wykonaniu pierwszego utworu. Kolejne wykonał więc Pan już z odznaczeniem na piersiach. Jest różnica?

Nie (śmiech), bo występ to interakcja między nami a publicznością. Ale miejsce, czas i okoliczności były absolutnie niezwykłe. Rocznica stanu wojennego, kaplica więzienia na Rakowieckiej... To był podniosły moment.

Medal Gloria Artis to rodzaj zobowiązania.

Oczywiście. Nie wybieram się na emeryturę. Trzeba odkłamać Solidarność, która była być może największym polskim zwycięstwem, bo w efekcie jej działalności przestał istnieć Związek Sowiecki. Nakłady wolnego świata na zniszczenie ZSRS-u tą drogą nie przekroczyły ceny jednego nowoczesnego czołgu. Wszystkie szanse na urządzenie kraju w przyzwoity sposób zostały pogrzebane przy Okrągłym Stole. Pracy jest więcej, niż umiemy sobie wyobrazić. Gdyby takich „Łupaszkę”, „Inkę”, „Anodę” wymyślić, toby byli niewiarygodni. Oni mogli się zdarzyć tylko naprawdę. A my w wypadku wielu naszych bohaterów nie wiemy, kto ich zabił i gdzie są pochowani.

Był konkretny moment w Pana życiu, który zdecydował o takim wyborze drogi artystycznej?
To był proces. Efekt fascynacji Jackiem Kaczmarskim, konieczność sprzeciwienia się temu, co się działo choćby na warszawskich ulicach w czasie stanu wojennego.

Cała rozmowa z Pawłem Piekarczykiem w dzisiejszej "Gazecie Polskiej Codziennie".