"24 godziny po śmierci” w reżyserii Briana Smrza to jeden z tych filmów, które trzeba recenzować zaraz po wyjściu z kina. O filmie zapomina się bowiem w błyskawicznym tempie. Jedynie groteskowa mina zmęczonego walką i pomalowanego czerwoną farbą od stóp do głów bohatera w finałowej scenie jest w stanie zostać w pamięci na dłużej. Być może dlatego, że jest to scena zdecydowanie komediowa.

Travis Conrad (Ethan ­Hawke) był płatnym zabójcą. Teraz trapi go głównie to, że ryby nie chcą brać.

Teść rzuca mu więc hasło, że ryby nie lubią ludzi, którzy nie mają duszy. Filozofia takiego kalibru na wstępie opowieś­ci wróżyć może z całą pewnością to, że scenarzyści nie mają zamiaru wznieść się na intelektualne wyżyny. 

Jednak wszyscy wiemy, że każdy były morderca staje się bohaterem filmu wyłącznie wtedy, gdy znów dostanie misję do wykonania. I oczywiście, na początku będzie się opierał, ale w końcu da się skusić.

Travisa wabi konkretnie to, że za każdy dzień pracy nad zleceniem dostanie 2 mln dol. Nie wiadomo, czy mężczyzna zgadza się dla zysku, czy z ciekawości, ale kogo to interesuje? Grunt, że zaczną się misje niemożliwe, które okażą się możliwe, i nieprawdopodobne zwroty akcji, które jednak się uprawdopodobnią. 

Więcej w "Gazecie Polskiej Codziennie".