Witold Zembaczyński (Nowoczesna) pytał świadka, czy za pracę dla Amber Gold otrzymał wynagrodzenie w wysokości ponad 177 tys. zł. za stworzenie "ładu korporacyjnego", co, jak powiedział poseł, finalnie nie zostało wykonane.

Świadek odpowiedział, że to nie on otrzymał wynagrodzenie, tylko kancelaria prawna, w której pracowało wtedy 12 osób. "Ja osobiście nie otrzymałem żadnych pieniędzy, pieniądze zostały przelane na konto firmowe, na konto kancelarii" - podkreślił. Jak dodał, w tej sprawie toczy się odrębne postępowanie cywilne, czy usługa na rzecz Amber Gold została wykonana i czy zapłata wynagrodzenia była zasadna.

Dopytywany przez Zembaczyńskiego, jak nazywa się ta kancelaria, odparł, że "Kunachowicz&Co". "Ja tam miałem 50 proc. udziałów" - przyznał świadek. Dodał, że była to spółka jawna.

Na tę wypowiedź ostro zareagowała przewodnicząca komisji Małgorzata Wassermann (PiS). "Z całym szacunkiem, ale proszę takich rzeczy nie opowiadać, że te pieniądze nie trafiły do pana, tylko trafiły do firmy. Bo jeżeli ja jestem wspólnikiem firmy prawniczej, wystawiam fakturę, to dlatego, że byłam u klienta i wystawiam na rzecz podmiotu, który utworzyłam. Więc proszę takich rzeczy nie mówić, bo zaczyna pan z nami pogrywać bardzo nieładnie" - stwierdziła Wassermann.

Świadek podkreślił, że spółka liczyła dwóch wspólników, on zajmował się "kwestami merytorycznymi" podczas współpracy z Amber Gold. A np. przygotowywaniem umów, wystawianiem faktur przygotowywało biuro, aplikanci pisali uchwały.

Zdaniem Kunachowicza praca na rzecz Amber Gold została wykonana. Nie uważa on, że należy zwrócić pieniądze.

"To (zwrócenie pieniędzy) byłoby absolutnie niezgodne ani z prawem, ani niezgodne z moim poczuciem przyzwoitości"

- powiedział świadek. Jego zdaniem, pochodzenie pieniędzy na wynagrodzenie jest legalne. "Wszystko się działo w ramach prawa" - dodał.

Podczas przesłuchania doszło też do starcia Małgorzaty Wassermann z pełnomocnikiem Pawła Kuchanowicza. Jak to się skończyło?