Jedność Hiszpanii a polska racja stanu

  

Z punktu widzenia Polski kibicowanie katalońskim separatystom jest pomysłem zgoła samobójczym. Warszawa powinna stać na straży zasady niezmienności granic w Europie, gdyż najgroźniejsze zmiany mogą zaistnieć w jej najbliższym otoczeniu (Ukraina).

W tym kontekście nie dziwi, że hiszpańska wersja „Russia Today” wspierała katalońskie „prawo do decydowania o swoim losie”, a prorosyjskie konta na Twitterze brylowały w atakach na okrucieństwo rządu w Madrycie. Jeśli do tego dodamy, że politykiem, który jak dotąd najgłośniej wezwał do utrzymania jedności Hiszpanii, był Donald Trump, to otrzymamy całkiem spójny obraz.

Hiszpania, w przeciwieństwie do państw rdzenia UE, nie jest antyamerykańska, może też być naszym potencjalnym sojusznikiem w walce z dominacją państw wielkich nad małymi w ramach UE. Taki sojusz sprawdził się już w latach 2003–2004, gdy wspólnie zawetowaliśmy niekorzystny dla nas projekt konstytucji UE, a i ostatnio premier Mariano Rajoy wsparł Polskę w sprzeciwie wobec francuskiego pomysłu ws. pracowników delegowanych. Polskę z Katalonią dzieli zaś z pewnością podejście do kwestii imigracji muzułmańskiej. Zbuntowana prowincja już dzisiaj jest regionem z największym odsetkiem muzułmanów, których lokalne władze przez długie lata zachęcały do osiedlania się, co miało spowodować ograniczenie napływu przeciwnej separatyzmowi ludności z innych regionów Hiszpanii. Nie mamy więc żadnego interesu w istnieniu Hiszpanii słabej, ogarniętej chaosem ani tym bardziej uszczuplonej terytorialnie.

Paliwo dla separatystów

Tym bardziej musi dziwić, że wiele polskich mediów nie wzięło pod uwagę tych wszystkich zależności, koncentrując się głównie na brutalności działań policji czy też na utyskiwaniach na Komisję Europejską milczącą w sprawie policyjnej akcji w Barcelonie, a tak aktywną w sprawie niedawnych protestów w Polsce. I choć w istocie ingerencja Komisji w wewnętrzne sprawy Polski była skandaliczna i źle się przysłużyła samej UE, to jednak gra o Katalonię jest dużo bardziej skomplikowana.

Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że premier Mariano Rajoy wybrał rozwiązanie najgorsze z możliwych. Niedzielna akcja policji dała dokładnie to, czego separatyści oczekiwali: filmy z szarżami funkcjonariuszy i informacje o setkach rannych. Aż trudno uwierzyć, że w dzisiejszym świecie, w którym opinia jest przeważnie wyrabiana na podstawie pojedynczych obrazów, obdarowano separatystów takim prezentem. Reakcja policji była wystarczająco ostra, by zapewnić sprawie niepodległości pierwszych męczenników, a jednocześnie na tyle nieskuteczna, że nie zablokowała ruchu do lokali wyborczych, umożliwiając tym samym Generalitat podanie wyników, które dla niektórych mogą się wydawać wiarygodne.

Niezawieszona autonomia

Największy błąd Rajoy popełnił jednak w ostatnich tygodniach, właściwie nie reagując na ogłoszone już w czerwcu „referendum” i nie podejmując żadnych poważniejszych prób, by uniemożliwić jego przygotowanie. Premier miał w swoich rękach stosowny instrument. Jako że owo „referendum” zostało uznane za niekonstytucyjne, powinien wykorzystać art. 155 hiszpańskiej konstytucji, według którego w razie buntu prowincji można tymczasowo zawiesić jej autonomię. Krok ten doradzali mu nawet jego przeciwnicy polityczni (liberalna partia Ciudadanos, a nawet niektórzy socjaliści, jak były premier Felipe González czy baronessa Andaluzji Susana Díaz), jednak Rajoy się na niego nie zdecydował, a służb użył dopiero w chwili, gdy ludzie wyszli na ulice, czyli w najgorszym momencie.

Oczywiście policyjnej przemocy pochwalać nie wolno, ale od razu widać, że obraz tych wydarzeń w polskich mediach został zmanipulowany. Dotyczy to m.in. liczby ofiar. Bardzo dziwi, że media bez większego zastanowienia wzięły liczby podawane przez katalońską Generalitat – czyli stronę sporu – za pewnik. Okazuje się bowiem, że spośród tych „893 rannych” przypadków zgłoszonych było ledwie 73 – i to zresztą też według danych Generalitat – czyli różnica jest wystarczająco duża, by pokusić się o chwilę refleksji. „Straty ludzkie” tych wydarzeń na razie wynoszą jedno wybite oko, czyli tyle samo, co podczas manifestacji rolniczych w Cieni w 2003 r., gdy policja ministra Janika z SLD również strzelała gumowymi kulami do protestujących, co nie spotkało się wówczas z większym zainteresowaniem ze strony mediów. W wypadku Katalonii prawo zaś było zdecydowanie po stronie hiszpańskiej policji.

Akcja w krymskim stylu

Podobnie rzecz się ma z wynikami „referendum”. Bez większego problemu można było głosować kilka razy w różnych lokalach wyborczych (odpowiednie zdjęcia są w internecie), do tego nie trzeba nawet było mieszkać w Katalonii. Brakowało za to stwarzających przynajmniej pozory obiektywizmu komisji, kart do głosowania (należało je wydrukować w domu) i spisów wyborców, stąd też w dniu „referendum” (!) podjęto decyzję, że wyborcy będą mogli głosować w dowolnym lokalu, a nie tylko w tym, do którego zostali początkowo przypisani. Cała akcja od początku do końca przebiegała więc w stylu krymskim, ale nasze media – od lewa do prawa – podały wyniki, jakby rzeczywiście odbyły się normalne wybory. Wymieńmy kilka przykładowych tytułów: „90 proc. Katalończyków chce opuścić Hiszpanię” (telewizja Republika), „Katalonia wybrała niepodległość” („Rzeczpospolita”), „Miażdżące zwycięstwo zwolenników niepodległości” („Polska. The Times”), „Katalonia za niepodległością” (Onet.pl).

Wreszcie należy oprzeć się pokusie obserwowania tych wydarzeń przez pryzmat konfliktu: rząd Rajoya vs Katalonia, czy też ożywiania wojny domowej z lat 1936–1939. Rzeczywistość jak zwykle jest dużo bardziej skomplikowana. Po stronie jedności Hiszpanii jest nie tylko rządząca centroprawicowa Partia Ludowa (choć konserwatyzm Rajoya ogranicza się właściwie do konserwowania reform Zapatero), ale i główna siła opozycyjna – socjaliści z PSOE (tak, obie strony wojny domowej zbliżyły się bardzo do siebie w sprawie Katalonii), choć de facto żadna z nich nie była za podjęciem zdecydowanych kroków względem separatystów. Za to do takowych zachęcali liberałowie z Ciudadanos (co ciekawe, należący do tej samej grupy ALDE co Nowoczesna Ryszarda Petru, ale mający za to zdecydowanie wyższy stopień odpowiedzialności za państwo), na czele których stoi… Katalończyk Albert Ribera. To zresztą jest zupełne normalne, bo znaczna część mieszkańców regionu do nacjonalistycznych pomysłów podchodzi z przerażeniem, wielokrotnie też jest prześladowana. Spośród partii ogólnohiszpańskich za rozpisaniem referendum była jedynie radykalnie lewicowa i prorosyjska partia Podemos, której lider Pablo Iglesias w swoich publikacjach negował istnienie niemiecko-sowieckiej współpracy w 1939 r., a obecny rząd Ukrainy uznaje za „neonazistowski”.

Innymi słowy, Polska ma wiele powodów, by wspierać starania rządu w Madrycie o zachowanie jedności Hiszpanii, i warto, by nasza opinia publiczna miała tego świadomość.


 

Autor jest doktorem nauk humanistycznych, adiunktem w Katedrze Historii Powszechnej Najnowszej Uniwersytetu Łódzkiego

Nadtytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...
Tagi

  

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl