Eric Paddock w krótkim wywiadzie dla brytyjskiej gazety „Daily Mail” powiedział, że rodzina „oniemiała” na wiadomość o masakrze prowadzonej przez jego brata z 32. piętra hotelu i „nie ma najmniejszego pojęcia” o motywach strzelania do uczestników koncertu. Brat zamachowca twierdzi, że Stephen Paddock nie miał też żadnych szczególnych czy silnych politycznych ani religijnych inklinacji. Z kolei w wywiadzie dla CBS News Eric Paddock przekonywał, że jego brat „nie był zapalonym strzelcem”. Dodał, że nie wie, skąd wziął broń automatyczną.

- Miał kilka sztuk broni palnej, legalnie, ale nie miał zaplecza wojskowego – przekonuje brat sprawcy masakry.

Na miejscu, w hotelowym pokoju, z którego Stephen Paddock prowadził ostrzał, policja znalazła go martwego; popełnił on samobójstwo. W pokoju było ponad 10 karabinów. Eksperci szacują, że przeniesienie tylu sztuk broni, oraz amunicji, którą znaleziono musiało zająć Paddockowi co najmniej trzy dni.

Stephen Paddock mieszkał z młodszą o dwa lata przyjaciółką w domu wartym 400 tys. dolarów w kolonii dla emerytów, półtorej godziny jazdy od Las Vegas. Do nowego lokum przeniósł się w 2015 roku i chwalił sobie, że ma blisko do tego miasta.

Pikanterii całej sprawie dodają ustalenia dziennikarzy dotyczące ojca zamachowca z Las Vegas. Okazuje się, że ojciec sprawcy - Benjamin Hoskins Paddock, napadał na banki. Po ucieczce w 1969 roku z więzienia w Teksasie, gdzie odsiadywał karę 20 lat więzienia, ukrywał się osiem lat. Odnaleziono go już po usunięciu z listy poszukiwanych przestępców i wtedy też „zdiagnozowano u niego psychopatię” oraz nie wykluczono „tendencji samobójczych”.

Z informacji „Daily Mail” wynika, że ludzie, którzy znali w ostatnich latach Stephena Paddocka, ujawnili, iż dużo czasu pochłaniały mu gry hazardowe. Według policji w ostatnich tygodniach miał przeprowadzić w Las Vegas kilka dużych transakcji, wartych kilkadziesiąt tysięcy dolarów, ale nie wiadomo, czy na nich stracił, czy zyskał.