W Barcelonie jest dzisiaj wyjątkowo nerwowo - Katalończycy opowiadający się za przeprowadzeniem kontestowanego przez Madryt referendum ws. niepodległości tego regionu Hiszpanii bronią lokali wyborczych. A policjanci nie chcą dopuścić do głosowania.

Doszło już do starć.

CZYTAJ WIĘCEJ: Nie stygną emocje w Katalonii. Interweniuje policja, doszło do przepychanek - WIDEO

Skontaktowaliśmy się z Dorotą Studnicką, członkinią Klubu Gazety Polskiej w Barcelonie, która mieszka w Hiszpanii od wielu lat.

- To co się dzisiaj dzieje, to apogeum wydarzeń na przestrzeni lat. Politycy popierający autonomię Katalonii spowodowali ogromny podział w społeczeństwie. Tutaj nikt nie potrafi rozmawiać o sprawie w spokojny sposób - tłumaczy portalowi niezalezna.pl D. Studnicka, która zwraca uwagę, że już dzieci w szkole są uczone, że wszystko co hiszpańskie jest złe. - Palone są flagi, portrety króla, a Hiszpania traktowana jest wręcz jak okupant.

Równocześnie przyznaje, że Madryt popełnił błąd, bo nie chciał prowadzić debaty.

- Obawiając się zapewne o wyniki referendum. To sprzed kilku lat już było ostrzeżeniem dla Madrytu, a dorosło pokolenie młodych ludzi. Oni teraz mogą głosować, a na pewno nie są sympatykami Hiszpanii - dodaje.

D. Studnicka mieszka w centrum Barcelony, obserwowała emocje panujące na ulicach miasta.

- Przede wszystkim totalny chaos, nie tylko informacyjny, ale też organizacyjny. Panuje prowizorka, urny stawiane są w różnych miejscach, karty można sobie samemu wydrukować. Formalnie nie mam uprawnień do głosowania, ale jestem przekonana, że gdybym chciała, to mogłabym wrzuć kartę - dodaje.

Czy może dojść do tragedii na ulicach Barcelony?

- Obawiam się, że tak. Niektórym pewnie by na tym nawet zależało, bo mogliby ogłosić światu, jak są gnębieni przez Hiszpanię - podkreśla.