Jednocześnie do lokali zaczęli zjeżdżać funkcjonariusze katalońskiej policji, tzw. Mossos d'Esquadra. Ich szef Josep Lluis Trapero instruował w piątek wszystkie jednostki, by 1 października, zgodnie z nakazem sądu, konfiskowały urny i materiały wyborcze - czytamy na portalu wydawanej w Barcelonie gazety "La Vanguardia". 

Dziennik informuje, że w niektórych lokalach widać urny wyborcze i karty do głosowania.

Katalończycy od wczesnych godzin rannych formują kolejki przed miejscami, w których zorganizowano lokale wyborcze, głównie przed szkołami. Mają ona być czynne od godz. 9, jednak istnieją obawy, że władze centralne nie dopuszczą do otwarcia wielu z nich. W sobotę hiszpański rząd informował, że zamknięto większość budynków publicznych, które miały służyć jako lokale do głosowania w referendum.

Do Barcelony zostały ściągnięte z całej Hiszpanii dodatkowe siły policyjne, oceniane na "tysiące funkcjonariuszy".

Regionalny kataloński rząd Carlesa Puigdemonta zapowiedział, że głosowanie odbędzie się w ponad 2300 lokalach wyborczych, ale władze centralne w Madrycie, które uznają plebiscyt za nielegalny, zamierzają doprowadzić do całkowitego paraliżu referendum. Władze w Madrycie mają za sobą poparcie m.in. wysokich urzędników unijnych. Wczoraj za nielegalne uznał referendum szef PE, Antonio Tajani.

Obserwatorzy mówili m.in. o rozwiązaniach siłowych, jak np. zamykanie lokali. Według "La Vanguardii" w przypadku takich działań policji organizatorzy zalecają Katalończykom stosowanie "pokojowego oporu"