O budzącej spore kontrowersje sprawie pisaliśmy już na łamach portalu niezalezna.pl. Teraz jednak obywatelka Norwegii zdecydowała się ujawnić więcej szczegółów na temat swojej batalii o dziecko z norweskimi urzędnikami.

CZYTAJ WIĘCEJ: Chcieli zabrać dziecko, bo matka była zmęczona. Norwegowie uciekają do Polski i proszą o pomoc. NOWE FAKTY

Obywatelka Norwegii pytana na łamach „Super Expressu” o powód, dla którego zdecydowała się wystąpić o azyl, odpowiedziała, że zrobiła to ze względu na niebezpieczeństwo odebrania jej dzieci.

- Kiedy złożyłam wniosek o azyl jako Norweżka, polski urzędnik myślał, że się przesłyszał. Dopytywał kilkukrotnie, czy aby nie jestem z Czeczenii. W przeciwieństwie do krajów skandynawskich Polska prowadzi bardzo prorodzinną politykę - relacjonuje kobieta.

Jak zaznaczyła, zanim wybrała Polskę sprawdziła „jakie jest podejście do praw matek i polityka rodzinna”.

Dopytywana czy nie przestraszyły jej teksty zachodnich mediów o tym, że „Polska zmierza ku dyktaturze” i, że ma „kłopoty z demokracją”, odpowiedziała: „studiowałam prawo i nauki polityczne, zatem umiem odróżnić propagandę od informacji”.

- Ja jestem pierwszą, która wystąpiła o azyl. W Polsce odebranie matce dziecka musi być naprawdę z konkretnych powodów. Barnevernet, instytucja państwowa, która w Norwegii chce mi je odebrać, robi to bez konkretnego powodu. Donos złożył ojciec mojego najstarszego dziecka. Na tej podstawie Barnevernet zarzuciło mi, że nadużywam leków przeciwbólowych, prowadzę „chaotyczny tryb żucia” oraz mam „zespół przewlekłego zmęczenia” - zaznaczyła Garmo.

Zgodnie z norweskim prawem taki niczym nie poparty donos stanowi już w Norwegii podstawę do wszczęcia procedury odebrania dziecka.

- Barnevernet ma pozycję, która pozwala jej działać przed jakimikolwiek decyzjami sądu. Bez nakazu sądu odbyło się przeszukanie mojego mieszkania, przeglądanie dokumentów medycznych. To wszystko na podstawie zmyślonego podejrzenia, że życie mojej córki może być zagrożone – mówiła Silje Garmo.