Do zdarzenia doszło  26 sierpnia w Częstochowie przy ul. Michałowskiego. Mateusz T. wraz ze swoimi siedmioma kolegami, świętował narodziny syna. Mężczyźni, którzy byli już pod wpływem alkoholu, nie zwracali uwagi, że jest już po godzinie 22:00. Krzyczęli, przeklinali, a muzyka grała wyjątkowo głośno. Mieszkający piętro wyżej mężczyzna, prosił ich o spoój, ale bezskutecznie. W końcu zadzwonił na policję. Świętujący nie tylko nie wpuścili funkcjonariuszy do środka, ale zaczęli ich wyzywać, rzucając pod ich adresem "Kundle" i "Zabić konfidenta".

Ale to nie koniec. Mateusz T. wraz z jednym z kolegów, podstanowił "odwdzięczyć się" sąsiadowi. Mężczyźni weszli do jego mieszkania, a pierwszy z nich sterroryzował żonę mężczyzny, grożąc, że wyrzuci ją przez okno, drugi zaś zaczął bić sąsiada, na skutek czego miał on zmasakrowaną twarz, złamane żebro, wstrząśnienie mózgu. Doznał również czasowej utraty pamięci.

Napastnicy jeszcze tej samej nocy powinni trafić do aresztu, jednak tak się nie stało, bo komendant V komisariatu polecił swoim podwładnym odstąpić od interwencji. Jak informuje "Super Express" mogło się tak stać ze względu na rodziców Mateusza T.? Ostatecznie mężczyzna przyznał się. Sam zgłosił się na policję, dwa dni póżniej.

Usłyszał zarzuty pobicia z użyciem niebezpiecznego narzędzia, naruszenia miru domowego, zniszczenia mienia i kierowania gróźb karalnych. Grozi za to kara od 6 miesięcy do 8 lat pozbawienia wolności

-  powiedziała dla „SE” Joanna Smorczewska, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Gliwicach, która prowadzi śledztwo w tej sprawie.

Mateusz T. nie trafił jednak do aresztu tymczasowego. Sądowi wystarczyła kaucja w wysokości 10 tys. zł.