Zwyczaj tak się przyjął, że zdaniem etnograf dr Marii Lipok-Bierwiaczonek, współcześnie trudno sobie wyobrazić, że jakiś śląski pierwszoklasista mógłby nie trzymać w tym dniu swojej tyty.

Co więcej, nie ma już podziału na rodziny o rdzennych, śląskich korzeniach i rodziny napływowe – wszyscy wiedzą, że jak mieszka się na Górnym Śląsku, a dziecko idzie do szkoły, to należy mu kupić tytę – dodała ekspertka.

Lipok-Bierwiaczonek przypomniała, że kolorowe rogi obfitości mają osłodzić pierwszoklasistom szkolny debiut, złagodzić związany z tym stres i zbudować pozytywny wizerunek szkoły, którą właśnie rozpoczynają.

Dlatego dzieciom oferowano słodycze, które miały im umilić ten dzień. Są one ładnie zapakowane w kartonowe, wydłużone stożki – rogi obfitości – oklejone barwnym papierem. Dziś można wybierać ich wielkość, sposób dekoracji. Aby słodycze się nie wysypywały, dawniej doklejano marszczoną bibułkę, czyli krepinę i wiązano wstążką, współcześnie to wykończenie jest z celofanu – tłumaczyła etnograf.

Zwyczaj ten na Śląsku upowszechnił się w latach 60. XX w. Zdaniem ekspertki w propagowaniu tyt duży udział miały przedszkola.

W latach powojennych w wielu przedszkolach urządzano pożegnanie przedszkolaków idących do szkoły, obdarowując je właśnie niewielkimi rogami obfitości. W zbiorach tyskiego muzeum jest np. zdjęcie z 1951 r., na którym grupa dzieci kończących przedszkole trzyma identyczne tytki, niewielkie, związane właśnie bibułką karbowaną. Dzięki temu rodzice, którzy wcześniej nie znali tego zwyczaju, mogli dowiedzieć się, jak można dzieciom upiększyć dzień startu w życie szkolne. Barierą dla upowszechnienia się tego zwyczaju było jednak powojenne zubożenie społeczeństwa. Dopiero stopniowa poprawa sytuacji materialnej rodzin wpłynęła na wzrost popularności zwyczaju – powiedziała Lipok-Bierwiaczonek.

Przyznała, że ona sama, choć jest rodowitą Ślązaczką, idąc przed 60 laty do szkoły, nie miała tyty, ponieważ nie były one jeszcze tak popularne.

Natomiast dziś na Śląsku trudno sobie wyobrazić, że jakiś pierwszoklasista mógłby nie trzymać w tym dniu swojej tyty. Co więcej, nie ma już podziału na rodziny o rdzennych, śląskich korzeniach i rodziny napływowe – wszyscy wiedzą, że jak mieszka się na Górnym Śląsku, a dziecko idzie do szkoły, to należy mu kupić tytę – dodała etnograf.

Zawartość tyty zależy od inwencji darczyńców – najczęściej są to różnego rodzaju cukierki i czekoladki, a jeśli tyta jest duża, wówczas na dół można włożyć paczki chrupek czy ciastek.

Tyty kupują zazwyczaj rodzice, choć czasem ten obowiązek przejmują też babcie czy matki chrzestne; to jednak zależy od tradycji rodzinnych. 

Lipok-Bierwiaczonek pytana o przyszłość tego zwyczaju wskazała, że ma on duże szanse przetrwania.

Trochę dziwi, że to się jeszcze nie rozpowszechniło na ziemiach sąsiednich, że to wciąż jest zwyczaj wyłącznie śląski. Choć ma on też swoje tradycje w innych regionach, które miały kontakty z kulturą niemiecką, np. w Wielkopolsce – zakończyła Lipok-Bierwiaczonek.