Tak wspominał tamten poranek wezwany do skazanych wikariusz kościoła garnizonowego w Gdańsku ks. Marian Prusak.


Oddziałowy zaprowadził mnie najpierw do tego pana. Kiedy wszedłem do celi widziałem przeraźliwy smutek na jego twarzy. Pierwsze słowa, z którymi zwrócił się do mnie, brzmiały: – No tak, jednak nie skorzystano z prawa łaski. (…) Potem przeprowadzono mnie do celi, w której na śmierć czekała młoda, szczupła dziewczyna w letniej sukience. Przyjęła mnie nadzwyczaj spokojnie, wyspowiadała się, a potem wyraziła życzenie, żeby o wyroku i o śmierci powiadomić jej siostrę. (…)
W końcu poprowadzono mnie schodami, jakby do piwnicy. Oni już tam byli. Zdaje się w kajdankach, albo z zawiązanymi rękami. Sala była niewielka, jak dwa pokoje. Miałem krzyż, dałem go do pocałowania. Chciano im zawiązać oczy, nie pozwolili. Obok czekała zgraja ludzi, tak że było dosyć ciasno. Był wojskowy prokurator i pełno jakichś młodych ubowców. Ustawiono nieszczęśników pod słupkami. W rogu był stolik, skąd prokurator odczytywał wyrok i skąd dał rozkaz do wykonania egzekucji. Była taka jakby wnęka, chyba czerwona nie otynkowana cegła, były słupki do połowy wysokości człowieka. Postawiono ich przy nich, ale nie pamiętam czy ich przywiązano. Ci, którzy tam stali nie uszanowali powagi śmierci. Obrzucili skazańców obelżywymi słowami, a prokurator odczytał uzasadnienie wyroku i poinformował, że nie było ułaskawienia. Jego ostatnie słowa brzmiały: „Po zdrajcach narodu polskiego, ognia!”. W tym momencie skazani krzyknęli, jakby się wcześniej umówili: „Niech żyje Polska!”. Potem salwa i osunęli się na ziemię (…) nie mogłem na to patrzeć, ale pamiętam, że obudwoje po tej salwie żyli. Podszedł do nich dowódca plutonu egzekucyjnego z gdańskiego KBW, ppor. Franciszek Sawicki, wściekły z powodu okrzyku, z bliskiej odległości dobił ich strzałami pistoletu w głowę. „Inka” zdołała jeszcze krzyknąć: „Niech żyje Łupaszko!”. 

 

Danuta Siedzikówna urodziła się 3 września 1928 r. w Guszczewinie koło Narewki, na skraju Puszczy Białowieskiej. Ojciec Wacław Siedzik w lutym 1940 r. został aresztowany przez NKWD i zesłany do katorżniczej pracy w kopalni złota w rejonie Nowosybirska. Po podpisaniu układu Sikorski-Majski przedostał się do armii tworzonej przez gen. Władysława Andersa. Zmarł w 1943 r. w Teheranie.
Matka Eugenia Siedzik współpracowała z Armią Krajową. W listopadzie 1942 r. aresztowało ją Gestapo. Została zamordowana rok później w lesie pod Białymstokiem. Po śmierci matki, Danusia wraz z siostrą Wiesławą złożyły przysięgę i wstąpiły do AK. Po śmierci matki, mając zaledwie 15 lat, Danuta razem z siostrą Wiesławą złożyły w grudniu 1943 r. przysięgę i wstąpiły do AK. 
Wczesną wiosną 1946 r. „Inka” nawiązała kontakt z ppor. Zdzisławem Badochą „Żelaznym”, dowódcą jednego ze szwadronów „Łupaszki”. Rozpoczęła służbę w tym szwadronie jako łączniczka i sanitariuszka, uczestnicząc w akcjach przeciwko NKWD i UB. W czerwcu 1946 r. została wysłana do Gdańska po zaopatrzenie medyczne, tam została aresztowana przez funkcjonariuszy UB i osadzona w więzieniu w Gdańsku.

Prokurator Wacław Krzyżanowski, który dla 17-letniej dziewczyny zażądał kary śmierci, był oskarżany przez Instytut Pamięci Narodowej o udział w zbrodniach komunistycznych, został jednak uniewinniony przez sąd.