„Gdybyś zobaczył, co szatan potrafi zrobić z człowiekiem, narobiłbyś w gacie” – odpowiedział kiedyś pewien
franciszkanin chłopakowi, który zaczepił go na krakowskich Plantach satanistycznym pozdrowieniem. Dla tzw.
nieprzekonanych imię diabła to puste słowo nadające się co najwyżej do straszenia niegrzecznych dzieci, ale niestety również i ci, którzy żyją w Kościele, często bagatelizują istnienie zła.
I to właśnie oni, jeśli nie przekonują ich ostrzeżenia wielu księży, w tym egzorcystów, powinni zobaczyć „Annabelle: Narodziny zła”. Ta pozornie płytka, hollywoodzka produkcja niesie bowiem głęboką katolicką prawdę o tym, że igranie z demonem może doprowadzić do fatalnych konsekwencji.

Widać, że twórcy słabej „Annabelle” (2014) odrobili zadanie domowe i w prequelu postawili na nieprzerysowaną
klasykę. Film, oprócz tego, że zawiera zgodne z katolicką wykładnią przesłanie, spełnia także swoją funkcję jako horror – klasyczne metody budowania napięcia, niepokojąca muzyka i pomysłowy (chociaż niewolny od uproszczeń) scenariusz sprawiają, że trudno choć raz nie zacisnąć dłoni na poręczy kinowego fotela. A fakt, że zagrożenia duchowe są realne, nadaje obrazowi dodatkowy wymiar: słowem – jest się czego bać.

Więcej na ten temat w dzisiejszej "Gazecie Polskiej Codziennie".