Co szczególnie poruszyło Pana w pracy nad „Valerianem”?
Najbardziej chyba to, że udało się go wreszcie ukończyć (śmiech). Początkowo myślałem, że to niemożliwe. Praca nad filmem zajęła mi siedem lat. Ale muszę powiedzieć, że tak pokochałem tę historię – o istotach, które żyją w raju, poławiają perły, i które tego raju w pewnym momencie zostają pozbawione. I o to w tym filmie chodziło – żeby zilustrować jak zawalczyć o to, odzyskać to dobro. Jest to bardzo aktualna metafora. Valerian i Laurelina odgrywają tu w pewnym sensie rolę policjantów, którzy mają za zadanie rozwiązać tę zagadkę, pomóc odzyskać mieszkańcom planety Mül ich ojczyznę. To historia bardzo uniwersalna, każde społeczeństwo może w niej znaleźć coś dla siebie, z pewnością także i Polacy.

No właśnie, Polska jest jednym z niewielu krajów, do których zdecydował się Pan osobiście przyjechać, by promować „Valeriana”. Dlaczego?
Bo Was kocham, ludzie!(śmiech) Po prostu dostałem taką propozycję i się na nią zgodziłem, nie ma w tym jakiejś ukrytej intencji.

A ma Pan ulubionego polskiego reżysera lub aktora?
Nie przywiązuję wagi do paszportów i podkreślam to za każdym razem, gdy ktoś zadaje mi podobne pytanie. Znam i cenię wielu reżyserów, ale przede wszystkim biorę pod uwagę ich talent, a nie narodowość – być może niektórzy z nich to Polacy, choć nie jestem tego świadom (śmiech). Podobnie jest z aktorami – czasem słyszę zarzut, że w swoich, europejskich przecież produkcjach, zatrudniam amerykańskich aktorów. Ale jeszcze raz podkreślę – nie liczy się paszport, ale talent i warsztat.

W „Valerianie”, obok duetu Dane'a DeHaana i Cary Delevingne możemy zobaczyć gwiazdy muzyczne – jak Rihanna czy Herbie Hancock. Skąd pomysł na ich udział w produkcji?
Dla mnie przede wszystkim najważniejsze jest, żeby znaleźć najlepszą osobę do odegrania konkretnej roli. W dzisiejszych czasach często te kryteria wyboru są trochę inne: czy dana osoba jest popularna? Czy będzie się nadawała do promocji? Mnie się to podejście nie podoba. W ostatnim czasie śledziliśmy produkcje, w których gwiazdy inkasowały gaże w wysokości 20 mln dolarów, a koniec końców filmy nie odnosiły sukcesów. Jeśli podejdziemy do tego od strony roli, to nie można się pomylić. Wybór danego odtwórcy nie musi oznaczać wyboru zawodowego aktora. Herbie Hancock jest na przykład bogiem muzyki, ale ma taką twarz, że wpasował się idealnie w swoją – zresztą niezbyt skomplikowaną – rolę. Trochę inaczej było z Rihanną, której postać była o wiele bardziej rozbudowana. Pamiętam jak przyszła na plan i powiedziała, że choć na estradzie jest królową, w dziedzinie aktorstwa jest nowicjuszką. Często pada pytanie, na ile dałem jej wolną rękę co do granej przez nią postaci, ale w rzeczywistości to ona dała wolność mnie. Na planie pracowała jak normalna aktorka, wykonywała polecenia, wydobywała emocje z postaci zgodnie z moimi wskazówkami.

Niektórzy widzą w „Valerianie” podtekst polityczny. Oto pojawia się postać z zewnątrz, która chce zniszczyć arkadyjską krainę w imię swoich własnych korzyści. Takie aspiracje można by przypisać dzisiejszym politykom.
Rzeczywiście, to pytanie często się pojawia i coś w tym jest. Dziś kolejność priorytetów zupełnie się odwróciła, a na jej szycie króluje pieniądz. Myślę, że kiedy dokonał się ten wybór, tak naprawdę zatraciło się gdzieś nasze społeczeństwo. Ale tak naprawdę moim celem było, by każdy widział w tym filmie to, na co jest wrażliwy – lubię podać widzowi na stole różne propozycje, i od jego osobistych uwarunkowań zależy, co sobie z tego stołu wybierze. Niektórzy w ogóle nie dostrzegają politycznego przesłania „Valeriana”, widząc w tym raczej baśń niż coś, co można by przenieść na współczesne realia. I nie mam z tym żadnego problemu, i jedna i druga percepcja filmu są równie dobre.

W filmie pojawia się wiele magicznych postaci i potworów, ale również niesamowitych gadżetów czy narzędzi. Gdyby mógł pan wybrać któryś z nich na swój osobisty użytek, to które z nich by to było?
Och, oczywiście Konwerter (istota posiadająca zdolność pomnażania dowolnej materii, np. złota – przyp.red.)! Ale również statek kosmiczny Alex, wygląda naprawdę zjawiskowo i można nim podróżować, gdzie tylko dusza zapragnie. A jeśli chodzi o takie zupełnie abstrakcyjne marzenie, to myślę, że chciałbym zamieszkać na planecie Mül i być w związku z paroma jej mieszkankami (śmiech).

A jak odniósłby się Pan do sytuacji kina w ogóle? Takie giganty jak np. Netflix sprawiają, że kino można mieć na wyciągnięcie ręki, w domu. Czy to nie jest zagrożenie dla tradycyjnego kina?
Absolutnie się o to nie obawiam. Jest taka teoria nazywana teorią „IN”, co oznacza pozostanie w domu, i „OUT” co odpowiednio odnosi się do spędzania czasu poza nim. Jeśli zostajesz w domu, bezpośrednią konkurencją dla filmu staje się ciekawa książka, przebywanie z przyjaciółmi, rodziną, żona (śmiech). Kiedy wychodzisz na zewnątrz, konkurencją dla kina staje się zupełnie co innego: park, koncert czy muzeum. Jeśli stawiamy an jednej linii kino i platformy streamingowe, to jest to trochę innego rodzaju debata. Kiedy decydujesz się, by wyjść z domu, wtedy przekonujesz się, że największym wrogiem kina jest dobra pogoda.

Jeśli miałby pan nakręcić sequel któregoś ze swoich filmów, jaki byłby to tytuł?
Oczywiście, „Valerian” - nie bez powodu powstało prawie 30 albumów tego komiksu. Czasem ludzie pytają, czy nakręcę „Wielki błękit 2” lub „Nikitę 2”, ale większość tych opowieści nie nadaje się do kontynuacji. Z „Valerianem” tego problemu nie ma i mam nadzieję, że powstaną kolejne części.

Film zadedykował pan ojcu. Dlaczego?
To on pierwszy pokazał mi komiks „Valerian”, kiedy miałem 10 lat i zmarł, kiedy byłem w trakcie przygotowań do filmu , więc towarzyszył mi wielki smutek. Ale słyszałem, ze tam, w niebie, mają 4 D - bez konieczności wkładania specjalnych okularów (śmiech).

Pytania zostały zadane podczas wspólnej konferencji dla dziennikarzy z udziałem Luca Bessona, która odbyła się 22 lipca w Warszawie.

Uwaga! Recenzja wchodzącego jutro na ekrany "Valeriana i miasta tysiąca planet" ukaże się w piątkowym wydaniu "Gazety Polskiej Codziennie".