Będę pogodynką w „Gazecie Polskiej Codziennie”

  

„Gazeta Polska. Pismo codzienne” – tak nazywał się dziennik piłsudczyków. Oglądam numer z 25 października 1930 r. Na okładce Marszałek mówi o „wychodkach partyjnych, rozzuchwalających się stale w nadużyciach”. Zapytany niegdyś o program swojego przyszłego ugrupowania, odpowiedział: „Najprostszy z możliwych. Bić k...y i złodziei, mości hrabio”. Oto linia programowa „Gazety Polskiej Codziennie”!

„Przy jednym biurku tłoczyło się po kilku kolegów, czekając niejednokrotnie na ciepłe jeszcze miejsce... Tytuł pisałem często biegnąc przez korytarz do zecerni” – tak pracę w jednej z przedwojennych sensacyjnych popołudniówek opisywał Stefan Wiechecki, czyli legendarny Wiech.

Podobne sceny rozgrywają się obecnie w starej redakcji naszego tygodnika na Filtrowej, w której jakimś cudem ma pomieścić się dziennik. Redaktorzy wywiady przeprowadzają przy parapecie na korytarzu. Doszło nawet do – jak w dowcipie o polityce ZSRR – wojny o pokój. Pomiędzy działem ekonomicznym i sportowym.

Oto nastroje przed godziną zero, czyli historyczną datą 9 września 2011 r., kiedy ukazać ma się pierwszy numer „Gazety Polskiej Codziennie”.

Z pamiętnika waszej Omeny Mensah

Wydajemy właśnie tzw. zerówki, próbne numery przyszłego dziennika – dla samych siebie. Sprawdzamy, czy potrafimy.

Cóż, jeszcze żaden z nich nie trafił do kiosków, a już szerzą postrach. Dowody? Pierwszą czołówkę poświęciliśmy temu, jak poseł PO zarobi na dopuszczeniu GMO. Efekt? Następnego dnia prezydent Komorowski zawetował ustawę. Boją się nas!

Kolejna okładka była o zdobywaniu przez warszawskich piłkarzy i kibiców Moskwy. Nasi reporterzy do Rosji nie wjechali, bo jako jedyni wybrali się na mecz busem z kibolami Legii. Pomścili ich piłkarze, którzy na boisku pobili bolszewika. To bohaterowie! Nawet Inaki Astiz i Moshe Ohayon to teraz dla nas najprawdziwsi Polacy. Jak Chrobry czy Sobieski!

Mnie bałagan w naszym lokalu na Filtrowej nie dotyczy, bo mam być w dzienniku szefem działu „Opinie” i pracuję w domu. Wśród zadań, jakim musiałem sprostać, było... wydłużenie wierszyka Marcina Wolskiego, bo przysłał za krótki. A zaznaczyć należy, że ten niesubordynowany osobnik przysyła satyryczne komentarze do zdjęć, plażując w Tunezji.

Podlegają mi też mapki z pogodą. OK, znajomi wiedzą, że na podstawie kilkuminutowej obserwacji nieba umiem przewidzieć pogodę na najbliższe godziny. Nauczyłem się w dzieciństwie – moim sąsiadem był znawca meteorologii i wielki oryginał, śp. dr Mariusz Karliński. Żadna Omenaa Mensah czy inny wprowadzony podstępnie w nasze szeregi Kret by tego nie potrafił.

Do czego służą celebryci?

„Sakiewicz ryzykuje” – słyszy się na mieście. Ryzykuje, owszem, jak wariat, co skacze na głęboką wodę, mimo że wcześniej siedział głównie w brodziku. Po co?

Zapewne wiele razy próbowali Państwo namawiać swoich sąsiadów i znajomych do kupowania „Gazety Polskiej”. Czasem się udawało. Częściej nie.

Mimo że sąsiedzi owi nie padają na kolana przed propagandą Tuska. Nie opływali w dostatki za komuny. Skromnie żyją dziś. Liczą się dla nich ich rodziny. Dzieciom mówią o Katyniu czy Powstaniu Warszawskim. Jednym słowem – nasi ludzie. Są ich miliony.

Ale czy kelnerka, która nie czuje nóg po całym dniu pracy w restauracji i chce choć chwilę spędzić z dziećmi, znajdzie czas, żeby czytać tygodnik opinii z ważnymi, ale długimi artykułami? Czy kupi go, skoro starcza jej ledwie na opłacenie przedszkola?

Albo właściciel warsztatu stolarskiego, od godz. 6 rano do 21 na nogach, bo wraz z dwoma pracownikami kładzie podłogę na sali gimnastycznej i za trzy dni ma termin odbioru?

Mieszkam na poznańskich Jeżycach i słucham co dzień takich historii. Znam kelnerki i stolarzy, którzy czytają nasz tygodnik, ale większość z nich dla rozrywki włączy na chwilę telewizor albo kupi tabloid.

A tam czeka już na nich cały przemysł rozrywkowy. Stworzony – żyjemy w postkomunizmie – nie tylko do zarabiania pieniędzy, ale także manipulowania. Z dziećmi dawnych komunistycznych notabli w roli celebrytów. Tak to się kręci.

Będziemy niezłymi ślizgaczami

Przed sądem staje świadek z obandażowaną całą głową. Widać mu tylko jedno oko. Sędzia wypytuje go o personalia. Imię, nazwisko, wiek... W końcu pada pytanie o stan cywilny: – Pan żonaty? Świadek, pokazując na swój bandaż, tonem sprostowania wyjaśnia: – Nie, nie, ja wyleciałem z tramwaju, proszę pana sędziego.

To anegdota Wiecha z przedwojennego „czerwoniaka”. Nazwa „czerwoniak” nie miała nic wspólnego z linią ideologiczną ówczesnych bulwarówek. Pochodziła od czerwonego koloru sensacyjnych tytułów.

Mistrz felietonu wspominał, iż predyspozycje do pracy w „czerwoniaku” wykrył u niego już nauczyciel polskiego: „Wiechecki jak zawsze prześlizgnął się po temacie, ale że zrobił to nieźle – trzy plus”. Wielu zwykłych zapracowanych Polaków ma dziś czas tylko na to, by czytać artykuły „prześlizgujące się” po tematach. „Nieźle prześlizgiwać się” – oto zadanie, które przed nami stoi.

Myślę, że nasza szansa polega głównie na tym, że tabloidy ze swej natury prześlizgują się po tematach byle jak. Jak dowodzą prasoznawcy, ze względów komercyjnych pomijają tematy, co do których Polacy są podzieleni, np. ocenę PRL.

My nie podporządkujemy się tej regule. W sprawach, w których mamy poglądy, będziemy pisać o tym wprost. To nie jest najlepsza wiadomość dla rządu Tuska, któremu media zapewniały dotychczas cieplarniane warunki.

Z ulicą, kibolami i felietonistą „Staruchem”

Tygodnik „Gazeta Polska” jest gazetą obozu niepodległościowego, antykomunistycznego, kontestującego rządy posowieckiej oligarchii. Dziennik zakładamy dlatego, że uważamy – inaczej niż inne redakcje – iż naturalnym sojusznikiem tego obozu jest ulica.

Dlaczego? Ulica to ludzie, którym sitwy rodem z minionego systemu nie dały zbyt wiele życiowych szans. Ulica nie ufa władzy i jej mediom.

Ulica nie wyśmiewa się też z polskich tradycji patriotycznych. Dla ulicy tytuł „Gazeta Polska” nie kojarzy się ksenofobicznie. Przed wojną nie kojarzył się tak również polskim elitom. Do „Gazety Polskiej” pisali Witkacy, poeta Kazimierz Wierzyński czy satyryk Ryszard Kiersnowski. Ten ostatni z legitymacją „Gazety Polskiej” przyłapany został przez wkraczającą do Polski sowiecką swołocz.

„Bardzo się cieszę, że mogę poznać pana redaktora z faszystowskiej gazety” – usłyszał od żołdaka, który kazał go rozstrzelać. Ocalał cudem. Gdy zmarł na emigracji, władze PRL nie pozwoliły nawet wydrukować jego nekrologu.

Ostatnie miesiące pokazały, że polska ulica ma swoich liderów – są nimi kibice piłkarscy, którzy głośno mówią, że nie wierzą kłamstwom prorządowych mediów. Jadąc do Moskwy z transparentem o Smoleńsku, pokazali, że są w Polsce ludzie, dla których honor nie jest – jak dla pseudoelit – przestarzałym rekwizytem.

Bronimy kibiców od wielu lat. Był czas, że byliśmy niemal jedynymi stojącymi po ich stronie. Dział sportowy w nowym dzienniku stworzyli ludzie z mediów kibolskich. Codzienne felietony będą w nim pisać liderzy grup kibicowskich z całego kraju. Chce je dla nas pisać – z aresztu – gniazdowy kibiców Legii Piotr „Staruch” Staruchowicz.

Polskie elity dziennikarskie odizolowały się od ludzi

Myślę, że wśród zapracowanych Polaków jest wielu, którym nie wystarcza formuła tabloidu. Owszem, chcieliby czytać coś pisanego bez wymądrzania, na luzie. Ale niekoniecznie szukają taniej sensacji, która żeruje na ludzkich nieszczęściach. „Dla jednych sensacja, dla drugich tragedia – na cudzym nieszczęściu żerują media” – głosi kibicowskie hasło.

Myślę, że ten typ skandalu charakterystyczny dla tabloidów śmiało może na naszych łamach zastąpić poczucie humoru w stylu Wiecha. Zapewne „warszawka” wzruszy na takie słowa ramionami: przecież wiadomo, że motłoch chce tylko sensacji.

My myślimy inaczej. Bo nie żyjemy w zamkniętej enklawie dobrobytu „warszawki”. Bez taniej demagogii – zwyczajnie bliżej nam do zwykłych ludzi mentalnością niż nieporównywalnie lepiej zarabiającym dziennikarzom TVN czy „Gazety Wyborczej”.

Polskie elity dziennikarskie odizolowały się od ludzi. Przed wojną największym polskim dziennikiem był „kultowy” w pokoleniu naszych dziadków, wydawany w Krakowie „Ikac”, czyli Ilustrowany Kurier Codzienny. Czytali go i zwykli ludzie, i inteligenci.

Felietonistą pracującym na jego popularność był Zygmunt Nowakowski. Był zawziętym kibolem Cracovii, a jednocześnie dyrektorem teatru. Jego pisane z niezwykłym poczuciem humoru teksty były dobre, bo znał zwykłych ludzi, a nie tylko bogatych snobów. Myślę, że pan Zygmunt nie znalazłby pracy w mediach III RP. Jakoś by nie pasował.

Armia akwizytorów rusza do boju

Karol Zbyszewski, inny przedwojenny mistrz gatunku felietonów dla zwykłych ludzi, opisywał, jak jego przyjaciel pozyskiwał – już na emigracji, w Londynie, bo dla przedwojennych mistrzów nie było raczej miejsca w PRL – czytelników dla „Dziennika Polskiego”: „Dowiedział się np. w Durham, że w jakimś hoteliku jest Polak za kucharza. Odszukał hotel, odszukał Polaka, zaczął go namawiać. On na to:
– Kiedy mnie oczy bolą.
– Sprawimy panu okulary.
– Kiedy ja właściwie czytać nie umiem.
– Przed Anglikami nie może się pan z tym zdradzić. Właśnie musi pan dostawać gazetę, by myśleli, że czyta pan doskonale, lecz tylko po polsku.
Nowy prenumerator został zdobyty”.


My też damy radę, jeśli wszyscy Państwo przekształcą się w zdyscyplinowaną armię akwizytorów. Kto może, niech podrzuci egzemplarz nowego dziennika sąsiadowi albo koledze z pracy. To, że nie udało się namówić ich do czytania długich artykułów w tygodniku, nie znaczy, że nie wciągnie ich dziennik. A może tygodnik też zaczną czytać, gdy połkną bakcyla?

Nie podzielam obaw co do tytułu „Gazeta Polska Codziennie”. Jest oczywiste, że po ukazaniu się kilku numerów każdy z nas będzie prosił w kiosku po prostu o „Gazetę Polską”. A raz w tygodniu będzie mówił: „Poproszę Gazetę Polską – codzienną i tygodnik”. Kioskarze szybko się nauczą, zmyślne z nich bestie.
 
Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze


Wczytuję komentarze...

Zmarł pierwszy niemiecki kosmonauta

zdjęcie ilustracyjne / Bundesarchiv, Bild 183-T0709-148 / Peter Koard / CC-BY-SA

  

W wieku 82 lat zmarł pierwszy niemiecki kosmonauta Sigmund Jaehn - poinformowała dziś wieczorem Niemiecka Agencja Kosmiczna (DLR).

Według DLR Jaehn zmarł w sobotę w swoim domu w Strausbergu w Brandenburgii.

Jaehn był pierwszym niemieckim uczestnikiem wyprawy kosmicznej. Wraz z sowieckim kosmonautą Walerijem Bykowskim Jaehn poleciał na pokładzie statku Sojuz 31 na stację orbitalną Salut 6 26 sierpnia 1978 roku. Kosmonauci spędzili tam siedem dni i 20 godzin - przypomina Deutsche Welle. Na Ziemię powrócili Sojuzem 29.

Jaehn był trzecim cudzoziemcem na statkach Sojuz. Wcześniej w tym samym roku w kosmos polecieli Vladimir Remek z Czechosłowacji i Polak Mirosław Hermaszewski.

- Wraz ze śmiercią Sigmunda Jaehna straciliśmy uznanego kosmonautę, uczonego i inżyniera

 - oświadczyła szefowa Niemieckiej Agencji Kosmicznej Pascale Ehrenfreund.
 

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: PAP, niezalezna.pl

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl