Luc Besson (reżyser m.in. „Wielkiego błękitu” czy „Leona zawodowca”) spędził weekend w Warszawie, gdzie promował swój najnowszy film. „Valerian i miasto tysiąca planet” to ekranizacja popularnego komiksu o dwojgu bohaterach ratujących mieszkańców zniszczonej planety Mül. - Każde społeczeństwo może w tej historii znaleźć coś dla siebie, z pewnością także i Polacy – mówił reżyser podczas konferencji dla dziennikarzy, która odbyła się w Mulitkinie Złote Tarasy.

Co szczególnie poruszyło Pana w pracy nad „Valerianem”?

Najbardziej chyba to, że udało się go wreszcie ukończyć (śmiech). Początkowo myślałem, że to niemożliwe. Praca nad filmem zajęła mi siedem lat. Ale muszę powiedzieć, że tak pokochałem tę historię – o istotach, które żyją w raju, poławiają drogocenne perły, i które tego raju w pewnym momencie zostają pozbawione. I o to w tym filmie chodziło – żeby zilustrować jak zawalczyć o to, żeby odzyskać utracone dobro. Jest to bardzo aktualna metafora.To historia bardzo uniwersalna, każde społeczeństwo może w niej znaleźć coś dla siebie, z pewnością także i Polacy.

No właśnie, Polska jest jednym z niewielu krajów, do których zdecydował się Pan osobiście przyjechać, by promować „Valeriana”. Dlaczego?
Bo Was kocham, ludzie!(śmiech) Po prostu dostałem taką propozycję i się na nią zgodziłem, nie ma w tym jakiejś ukrytej intencji. 

Film zadedykował pan ojcu. Dlaczego?
To on pierwszy pokazał mi komiks o Valerianie, kiedy miałem 10 lat i zmarł kiedy byłem w trakcie przygotowań do filmu, więc towarzyszył mi wielki smutek. Ale słyszałem ze tam w niebie, mają 4D, bez konieczności wkładania specjalnych okularów (śmiech).

Więcej na ten temat we wtorkowym wydaniu "Gazety Polskiej Codziennie".