Satyra „musi być wycelowana w odpowiednim kierunku i przybrać charakter wychowawczy. Musi znać wroga i chłostać go” – przemawiał towarzysz Jerzy Borejsza z KC PPR w czasie I Ogólnopolskiego Kongresu Satyryków w Warszawie 8 września 1948 roku. Postulował, by satyrycy odeszli od nazbyt wymyślnych przedwojennych skamandryckich kalamburów, szmoncesu i „śmiechu dla śmiechu”. Nowa satyra miała być zrozumiała dla milionów i zwalczać – w imię młodości, radości i nowoczesności – przestarzałą mentalność, moralność i ideologię. Gdyby Borejsza – wbrew swemu materialistycznemu światopoglądowi – zmartwychwstał w 2009 roku, byłby zdziwiony tym, jak znakomicie zrealizowano jego postulaty.


OD MIECUGOWA DO MIECUGOWA
„Zabierz babci dowód” pół wieku wcześniej



„Zapluty karzeł reakcji”, „niewielki człeczyna”, groteskowy „Führer kieszonkowy”. Naprzeciwko niego wzywany wierszem „Do młodego wyborcy” tytułowy bohater: „Zniszcz na zawsze, światłem nakryj, rozpędź dnia przeszłego mrok”.
Tych haseł nie wymyślili Kuba Wojewódzki, Szymon Majewski, Janusz Palikot ani nawet autorzy „Szkła kontaktowego”. To cytaty sprzed ponad pół wieku. Tak wyglądał główny front, na którym walczyła satyra socrealistyczna.
Pierwszy raz od 1956 roku mamy dziś do czynienia z sytuacją, kiedy praktycznie cała satyra, z jaką może zetknąć się przeciętny obywatel, zajmuje jedynie słuszne stanowisko – bez litości wykpiwa opozycję, co jest na rękę władzy. A retoryka telewizyjnych czy radiowych szołmenów – oczywiście gdyby pominąć zmienione po pół wieku słownictwo – w olbrzymiej części pokrywa się z socrealistyczną.

Ośmieszyć stare formy

Postulat tworzenia „satyry pozytywnej” nie był peerelowskim wynalazkiem. Szeroko dyskutowany był on w prasie sowieckiej w latach trzydziestych poprzedniego stulecia, wysuwał go między innymi krytyk Wiktor Blum na łamach „Literaturnoj Gaziety”.
„Satyrę pozytywną” zachwalali więc też peerelowscy krytcy, choćby z tygodnika „Przekrój”. „Obecnie, gdy w Polsce jest rząd taki, o jaki satyra walczyła, byłoby nonsensem zachowanie [jej] dawnego charakteru”– pisał S. Gaworek („Przekrój” 1948, nr 190). Dowodził on, że skoro władza okazuje się dobra, to satyryk „może czasami miło się uśmiechnąć – i pogłaskać”.
Czy satyra pozytywna oznaczała brak bojowości satyryków? Nic z tych rzeczy. Jak precyzował Gieorgij Malenkow, chodziło o to, by „ogniem satyry wypalić z życia wszystko to, co jest negatywne, przegniłe i obumarłe”.
„Walczymy o satyrę – współorganizatora przebudowy duszy nowego Polaka” – mówił Borejsza w przemówieniu „Dzisiejsze zadania satyry” podczas wspomnianego kongresu satyryków z 1948 roku. Pochwalał tych, którzy zauważyli „to, co dla satyry najważniejsze – śmieszność wynikającą z pozostawania starych form – przy istnieniu nowych sił społecznych”.
Na kongres przybyło około 100 satyryków i karykaturzystów. Postanowili oni, że satyra ma być awangardą: „ma niejako sprzątać drogę, torować miejsce dla wielkiej przyszłości, usuwając zatęchłą przeszłość”.
W toczonych w oficjalnej prasie dyskusjach satyryków postulaty te znalazły szeroki oddźwięk. Tadeusz Borowski postulował, iż „uśmiech nie może być celem samym w sobie, śmiech to narzędzie walki”. Jerzy Putrament w „Zadaniach literatów w okresie planu sześcioletniego i walki o pokój” ubolewał, że są satyrycy, którzy „nie doceniają roli satyry jako rodzaju literatury, która zwalcza przeżytki burżuazyjnej mentalności, moralności, ideologii – przede wszystkim przez obnażanie ich nicości i śmieszności”.
Zwalczanie reliktów przeszłości, niepasujących do nowoczesnej Polski – czy nie znamy skądś tej retoryki?

Od partyjnej świetlicy do tok-szoł, czyli sprostać najniższym gustom masy

W zjazdowych przemówieniach z 1948 roku potępiano przedwojenny humor poetów Skamandra jako nazbyt kawiarniany, za często dotyczący porachunków między poetami, ekskluzywny, zrozumiały tylko dla niektórych.
Nowe poczucie humoru miało być – jak postulował Borejsza – egalitarne, czyli w praktyce łopatologiczne, by trafić do mas. Gdy chodzi o realizację postulatu masowości, socrealistyczni satyrycy w porównaniu z dzisiejszymi mieli jedną słabość – nie dysponowali telewizją.
O masowe oddziaływanie trzeba było więc zadbać innymi metodami. Jak głosiły partyjne wytyczne, dowcipy satyryków rozpowszechniać miały radio i gazety, ale nie tylko. W całym kraju mieli oni występować w zorganizowanych przez partię świetlicach.
Centralnym organem satyryków był tygodnik „Szpilki”, który w pewnym momencie stał się monopolistą, gdy chodzi o pisma satyryczne. Natomiast w prasie codziennej masowo tworzono tak zwane okienka na satyryczny wierszyk, który przeważnie pełnił rolę lżej strawnego gazetowego ideologicznego wstępniaka, prezentującego obowiązującą linię propagandy.
Gdyby pominąć szczegóły techniczne, ten postulat PPR zrealizowany został w 2009 roku w 100 procentach. Nie trzeba dziś występów w świetlicach. „Tok-szoły” telewizyjne, emitowane przez ich właścicieli rodem z posowieckich firm polonijnych, zbierają masową publiczność właśnie dzięki zapraszaniu gwiazdeczek rodem z prasy kolorowej i dowcipkowaniu na najmniej ambitne tematy.
Rolę dawnych satyrycznych okienek-wstępniaków w gazetach, które dziś liczą się mniej, grają krótkie, łopatologiczne do bólu dowcipy o braciach Kaczyńskich w radiach TOK FM, Zet czy Esce.

Karły w satyrze zaangażowanej: Truman, Tito, Kaczyński

W Internecie, rzecz jasna nie na głównych portalach, znalazłem niedawno pewien komiks. Oto jeden z mężczyzn opowiada reszcie kawał, którego treści nie znamy. Nagle wszyscy wybuchają śmiechem: „Cha, cha, ten Kaczyński jest taki niski”. Po czym któryś zauważa nieopatrznie: „Znałem to samo w wersji o Eltonie Johnie”. Zapada kłopotliwa cisza. „Pieprzony homofob” – odpowiada ktoś w końcu, a reszta mu przytakuje.
Dlaczego choć Kwaśniewski, Miller, Wałęsa czy Borusewicz są zbliżonego wzrostu do Kaczyńskich, medialni satyrycy nie śmieją się z tego faktu, a operatorzy telewizyjni wychodzą ze skóry, by zrobić z tamtych Goliatów?
Cała operacja socjotechniczna wywodzi się wprost z satyry socrealistycznej, tylko uzupełniono ją telewizyjną techniką. Satyra socrealistyczna jako skierowana do mas miała posługiwać się obrazkiem. Ale z pewnością nie finezyjnym żartem w stylu przedwojennego skamandryckiego rysownika Zdzisława Czermańskiego. Miał być to przekaz zwulgaryzowany, odwołujący się do najprostszych skojarzeń. I nie chodziło tu tylko o rysunki, ale i o obrazki rymowane czy opisywane w krótkich opowiadaniach z morałem.
Stalinowska satyryczna socjotechnika, której najsłynniejszym przykładem był plakat „Olbrzym i zapluty karzeł reakcji”, doczekała się naukowych opracowań, zarówno za Zachodzie, jak i w Polsce. Jak pisze Karol Alichnowicz w pracy „Miejsce dla kpiarza”: „Jeśli w wizerunku Nowego Człowieka nacisk położony zostaje na »górę«, to wróg i »szkodnik« przedstawiani są w perspektywie »dołu«”. Według analizy Alichnowicza. także w wierszykach „negatywne postacie – tak jak na propagandowych plakatach – ukazywane są w pomniejszeniu jako skarlałe ludzkie figurki. Satyra skupia się w pierwszej kolejności na opisie cech somatycznych [fizycznych, cielesnych – przyp. PL], angażując jednostki leksykalne, frazeologiczne i metaforyczne, które mają sens przestrzenny”.
Przykłady? Janusz Minkiewicz charakteryzuje amerykańskiego prezydenta Trumana w wierszu „Szelki”: „Niewielkim był człeczyną”. Z kolei w opowiadaniu Tadeusza Borowskiego, „Kłopoty pani Doroty”, pan Stasinek, negatywny bohater utworu, podczas procesu w „wymiętej cajgowej marynarczynie, przestraszony i zmieszany, wyglądał na tuzinkowego urzędniczyka”.
Po co ten niski wzrost i zdrobnienia? „Formacje deminutywne [zdrabniające lub zmniejszające – przyp. PL] akcentują w tym kontekście ironiczny stosunek do postaci Trumana i Stasinka. Prezydent USA ma nie tylko niski wzrost, ale jest kimś drobnym, wątłym, mizernym. Bohater »Kłopotów...« to drżący o swoje życie, pospolity, niczym się nie wyróżniający »urzędniczyk«” – pisze Alichnowicz.
Kolejny karzeł występuje w satyrze „Tito” Wiesława L. Brudzińskiego:

Tito wciąż wygłasza mowy,
Grozi, złości się i pieni
Taki führer kieszonkowy
(bo u Trumana w kieszeni).

Jak analizuje Alichnowicz – opierając się na pracy
R.L. Chapple „Soviet Satire of the Twenties” – „cechy somatyczne charakteryzują wroga albo »szkodnika« pod względem mentalnym. Dla odbiorcy powinno być jasne, że między jego wyglądem a ukształtowaniem psychologicznym zachodzi ścisła zależność: »Do pokoju wszedł nieduży, tęgi człowiek o jasnych, okrutnych oczach i czerwonym, mięsistym nosie« (W.L. Brudziński, »Sprawiedliwość«).
Ów »nieduży, tęgi człowiek« (zwracam uwagę na stereotypowe zestawienie: niski wzrost i otyłość) okazuje się mężczyzną, którego cechy charakterologiczne – m.in. okrucieństwo – są łatwo czytelne. Opis fizjonomiczny prezentuje zatem jego odrażające właściwości fizyczne, które upodabniają go do zwierzęcia” – podkreśla Alichnowicz.
Tyle autor naukowego opracowania, a ja zauważę, że od karłów i grubasów wręcz roi się w „Antologii satyry polskiej 1944–1955”. Jak we fraszce Minkiewicza „Na śmierć emigranckiego dygnitarza”:

Tam
Też budują starcze grubaski
Zamki na lodzie,
Domki z kart...
Tu
budujemy Zamek Warszawski.
Tu
budujemy domy z kadr.

Mamy wielki zamek, wielkie budowy socjalizmu i śmiesznego grubaska. Albo w wierszu Stanisława Jerzego Leca „Portret wroga”:

On wierzy w niebo – od bombowców brzmiące.
On wierzy w piekło – w którym by nas smażył.
Wątpi w materię – robiąc z niej pieniądze,
i wierzy w ducha – bo duchowy karzeł.

Czyż po tylu sugestywnych obrazkach ktoś jeszcze może zastanawiać się, czy karły mają politycznie rację analizować ich poglądy? Idiota chyba.
Przecież jak pisał Leon Pasternak w wierszu „Słuchajcie”:

Nie chcemy płonąć strasznym wstydem
za Polskę, kraj ojczysty swój.

Od czkawki pijanego kołtuna do małpek Palikota

Dowcipy o „małpkach” i rzekomym pijaństwie prezydenta (w przeciwieństwie do poprzednika niezauważalnym) to także nie wynalazek Janusza Palikota. Pijaństwo zwolenników reakcji, którzy – w domyśle – nie mogą pogodzić się ze swą małością, porażką i wyizolowaniem z nowoczesnego społeczeństwa, pojawia się w socrealistycznej satyrze niezwykle często. Owo złe/reakcyjne pijaństwo jest reliktem balów z minionej epoki. Jak w wierszu Mariana Załuckiego „Zbawca”:

Dziś spotkasz czasem
kołtuna-zbawcę
w knajpie. Przy wódce. W pijackiej czkawce...
Gdzie uniesiony „patriotyzmem”
na nowo chciałby
zbawiać ojczyznę!

Pijani byli też emigranci u Juliana Tuwima, w wierszu „We mgle”:

Na podstawie Martwej Wizy
Pozwolono im, pijanym
Widmom sinym i rozchwianym,
Tułać się i straszyć ludy.

Nie na darmo druga narada satyryków z 1953 roku uchwaliła walkę między innymi z filisterstwem i pijaństwem, jako „spuścizną nawyków burżuazyjnych i drobnomieszczańskich”. Ot i klimacik sejmowego babsztyla z mikrofonem, zapytującego posłankę PiS w nowomowie a` la socrealizm, czy jest „nie w pełni dysponowana”, i jej towarzyszy od telewizyjnej satyry, ucieszonych z faktu, że będą mieli hit.
Rzecz jasna, było i pijaństwo akceptowane przez ustrój, na które patrzeć należało z przymrużeniem oka – to na obozach ZMP czy w wykonaniu partyjnych notabli (tradycja Kwaśniewskiego). No, ale tam nikt w alkoholowym uniesieniu ojczyzny zbawiać nie chciał...

Głos zwycięskiego pokolenia

To młodzi mieli, według socrealistycznej satyry, stać się główną siłą, która rozniesie stare, karłowate i pijane relikty. W 2007 roku studentów mobilizowano do głosowania akcją „Zabierz babci dowód” oraz „Nie rydzykuj – urna twoja mać”.
A Kuba Wojewódzki w swoim programie zacytował fraszkę:

Będę głosował przeciw
Wszelkim przeszłości upiorom,
Co znowu dziś z wrzawą dziką
Kształt ludzki na siebie biorą.

No dobra, nie zacytował, ale mógłby. Tak przed wyborami 1952 roku w wierszyku zatytułowanym „Będę głosował przeciw” pisał Antoni Marianowicz. Retoryka, jaką mobilizowano młodzież, także tę nieznającą się dotąd na polityce, do masowej politycznej aktywności pół wieku temu, bywała podobna do tej z roku 2007. Stanisław Jerzy Lec, po wkroczeniu Sowietów do Lwowa, tak reklamował młodym wybory w wierszu „Obywatelu, oddaj głos”:

Obywatelu, oddaj głos!
Głos zwycięskiego pokolenia.
I niech to będzie serca głos,
Głos twej krwi i sumienia.

Będziecie zwycięskim pokoleniem, które pokona „mohery” – głosiła więc obietnica. Zaś Teofil Kon pisał „Do młodego wyborcy”:

Zniszcz na zawsze,
światłem nakryj, rozpędź dnia przeszłego mrok.
Teraz – wskaże WKP(b)
gdzie skierować masz swój krok.

Świadomy rusz do akcji
z pieśnią tryumfu młodych lat.

Wszystko pasuje, no może poza WKP(b). Z kolei Adam Ważyk chciał, by młodych pociągnęła radość:

Za mało słów radosnych przekazały nam dawne epoki
Podajcie wolne usta
kiełkującym dźwiękom [...]
głoski wplątane w zabawę
młode słowa
ody
tęskniącej długim o!
Okrzyk chłopców na morzu
toczy się koło ich głowy
Chwytajcie je syczące ponad chłodem wody
ognie młodości.

Dodajmy: tytułowa radość była „Radością radziecką”. Zwycięstwo młodości najbardziej obrazowo – i najbliżej klimatów telewizyjnej satyry 2009 roku – pokazywał Janusz Minkiewicz w wierszu „Dzień w Krakowie”:

Chodzę na plantach wśród zetempiaków
i myślę: Kraków to czy nie Kraków? [...]

Jest stary Kraków. To zwiędłe miasto
ma emerytów trzydziestu na sto...
Ten stary Kraków – to są przekupki,
to kawiarnianych plotkarzy grupki...
Miasto rentierów, radców, dziwaków...
wspomnień o Austrii...
To stary Kraków...
Miasto ciułaczy, mnących dolary
w swych materacach...
To Kraków stary...
Miasto Bęcwalskich, Dulskich, Kisiela,
którzy, gdy przyjdzie letnia niedziela,
tłumnie wyłażą po mszy na Planty
i pokazują jacy są anty...

Lecz coraz śmielej i bez ogródek
wdziera się światło w ten Ciemnogródek [...]
Szybko przeczyszcza się atmosfera,
bo w stary Kraków – nowy się wdziera.
Coraz potężniej każdej minuty
wdziera się kielni stuk z Nowej Huty.
Coraz wyraźniej, coraz konkretniej
włącza się miasto w czyn sześcioletni.

Pewnie Minkiewicz nie uwierzyłby, jakie problemy będzie miał z Nową Hutą „młody” ustrój. I że od głównego placu Nowej Huty odchodzić będą dziś ulice Jana Pawła II, Solidarności i Reagana... A i w ostatnich wyborach objawił się Kraków „zwiędły” i „anty”...
Jeszcze inną grupę zawodową wśród młodzieży docenił Wiktor Woroszylski w wierszu „Czuwającym w noc noworoczną”:

Młodym –
aby rośli, dojrzewali.
Ojczyźnie –
socjalistycznego szczęścia.
No, a czego
mam dziś życzyć
wam,
towarzysze ze Służby Bezpieczeństwa?

Tej młodej grupie zawodowej poświęćmy teraz odrobinę uwagi.

Od satyry na leniwych donosicieli do kpiny z obsesyjnych lustratorów

Satyra socrealistyczna kpiła z tych, którzy na współpracę z bezpieką pójść nie chcieli. Ta dzisiejsza kpi z tych, co mają „obsesję” i fascynują się teczkami. Czyli próbują zagrozić uprzywilejowanej pozycji tych, którzy za radą satyryków socrealistycznych donosić zaczęli. Sztafeta pokoleń...
Benedykt Hertz we fraszce „Godny” tak wyśmiewał przestarzałą niechęć Polaków do donosicielstwa:

Na gorącym uczynku przyłapał szkodnika,
Z oburzeniem o sprawach jego opowiada.
Słucham, a w końcu mówię: „Cóż, jedyna rada
Poinformować władze, niech łajdak nie bryka”.
Spojrzał na mnie zgorszony i na pożegnanie:
„Jeszcze – rzekł – denuncjantem nie jestem,
mój panie”.

A w wierszu „Towarzyszom z Bezpieczeństwa” Andrzej Mandalian opisywał majora, który zasnął na placówce po wyjątkowo ciężkim przesłuchaniu:

Śpij, majorze,
świt niedaleko,
widzisz:
księżyc zaciąga wartę;
szósty rok już nie śpi Bezpieka,
strzegąc ziemi
panom wydartej.

Brnęła noc
przez serce,
przez rżyska,
kolejami się snuła,
po torach,
i przyszedł towarzysz Dzierżyński
do towarzysza majora.

Z krzesła zrywając się,
patrząc,
(przecież twarz tę od dziecka znałeś),
major stanął na baczność
i słów nie potrafił znaleźć.

Dalej były wezwania do nieugiętości w czasie przesłuchań... Cóż, towarzysz Dzierżyński przewraca się zapewne w grobie, słysząc, jak nasi medialni satyrycy w ramach obrony donosicieli porównują go do Antoniego Macierewicza...

Od nowej Hiroszimy po gruzińskiego prowokatora

Był 1950 rok, gdy w ramach promowania młodych talentów Bruno Miecugow wygrał konkurs tygodnika „Szpilki”. Był on autorem wierszyka „Lew i konserwa”, z podtytułem „Bajeczka z epilogiem i morałem”:

Żył na Saharze lew kudłaty,
żywił się zwierząt różnych ścierwem,
lecz raz mu jakiś człowiek w łapy
amerykańską dał konserwę.

Lew przyjął dar (o, nieroztropny!),
Wkrótce ujrzano go przy uczcie.
Skutek był szybki i okropny,
bo umarł biedak. Na zatrucie.
Epilog będzie tak ponury,
że w oku aż się kręci łza:
człowiek ów obdarł lwa ze skóry
i zawiózł ją do USA.

Morał stąd płynie nieskomplikowany,
prosty i jasny jak słońce na niebie:
gdy ci coś dają Zjednoczone Stany,
nie bierz! Bo później skórę zedrą z ciebie.

Cóż, mistrzem Miecugowa był zapewne Adam Ważyk, autor słynnego wiersza o Coca-Coli:

Po Coca-Cola błogo, różowo
za parę centów amerykańskich
śniliście naszą śmierć atomową.

Tak się składa, że Bruno Miecugow to ojciec Grzegorza Miecugowa, szefa „Szkła kontaktowego”. To nie zarzut – te sączę tu wściekle przez zaciśnięte nienawistnie zęby cały czas – tylko zabawna konstatacja. Może by tak napisać dzieło „Wątek walki z agresją w satyrze rodziny Miecugowów”?
Tę w „Szkle kontaktowym” szczególnie intensywnie prowadzono, gdy prezydent Kaczyński przemawiał na placu w Tbilisi. Już nie pamiętam, czy widzom tego programu chodziło o to, że prezydent jest niski, czy że w czasie przemówienia zająknął się. Wtedy wyobraziłem sobie czołgi Putina masakrujące to miasto jak czeczeński Grozny i poczułem... Domyślą się Państwo co, w każdym razie obdzierałbym ze skóry, jak amerykański imperialista miecugowowskiego lwa. Powstrzymam się od bluzgów, bo sam wyjdę na socrealistę. Gdyby „Nowe Państwo” miało pasek, to poprosiłbym Czytelników o sms-y w tej sprawie i umieścił je na pasku.
W każdym razie połączenie wyśmiewania groteskowego patriotyczno-religijnego zadęcia z militaryzmem i agresją było typowe dla stalinowskiej satyry. Jak w „Londyńskich Polaków rozmowach” Antoniego Słonimskiego:
Wojna zacznie się w środę. Cyk!
Automatycznie.
Trzysta bomb atomowych. Siup!
Trzysta Hiroszym.
Dymek, grzybek na niebie. I patryjotycznie.
Już Anders jest na koniu, Hemar na Jarossym.
Masz pan swój dom na Kruczej i willę
na Krymie,
w obronie chrześcijaństwa i w ogóle „w imię”.

Tu pomocne były sylwetki karła, by uwypuklić groteskowość jego militarnych ambicji, jak Horacy Safrin w „Rodowodzie Bęc-walskich”:

Przodek – w hełmie, pancerzu, pełen władczej buty –
uchodził za tężyzny szlacheckiej synonim.
Niefortunny potomek jeno... łeb zakuty,
no i czoło miedziane odziedziczył po nim.

Coś w sam raz do „Szkła kontaktowego”. A przecież można było inaczej, jak radził Mandalian:

Na zgliszczach,
na gruzów grudzie,
budujemy wiosnę i miłość,
budujemy domy i ludzi.

To z wiersza „Śpiewam pieśń o walce klasowej”. Tadeusz Kubiak w wierszu „Serce gorejące” też byłby do programu Miecugowa w sam raz:

Dla spraw trudnych szlachetnie się trudzić
Wbrew głupocie i złu i kanalii.

Chyba że przeszkadzałoby Miecugowowi, iż to o Dzierżyńskim? Przeszkadzałoby? Tak? A jasne, przecież to facet podobny do Macierewicza...

Od badaczek kału do moherowych beretów

Tak jak wymrzeć miał stary Kraków wylegający po mszy na Planty, tak skończyć się miała Jasna Góra. Mandalian (ten od majora i Dzierżyńskiego) pisał o niej jako o mieście „słynnym z dziadowskich cudów / z zawodzących po kruchtach babek”.
Ale był pewien, że jeżeli za parę lat ktoś będzie ją wymieniał, to jako ośrodek przemysłowy, nowy Komsomolsk:

Nie tamtą
od Jasnej Góry
od dewotek, pielgrzymek, kalek

upartej architektury

martenów, ludzi i stali

Znaczy się moherowych beretów miało nie być. Wśród cech przypisywanych klerowi była, rzecz jasna, niesłychana chciwość. Satyra T. Polanowskiego głosiła:
„Wielu funkcjonariuszy Kurii i członków
Kapituły brało bezpośredni udział w
spekulacjach złotem, obcą walutą
i innymi walorami”
(z aktu oskarżenia w procesie krakowskim)

Spójrzcie na tę parę czułą
Kapitału z Kapitułą

Jasne, o ile można to porównać z retoryką Urbana, o tyle nie sposób zestawiać tegoż z uzasadnioną krytyką ojca Rydzyka (sam mam z jego radiem na pieńku i jestem z tego dumny). Co nie zmienia faktu, że i ona ma coś z tamtego klimaciku, kiedy krytykuje się nie poglądy dyrektora Radia Maryja, lecz jego „imperium finansowe”. Szczególnie w mediach o wiele silniejszych imperiów Agory i ITI.
Kler był z definicji agresywny. Wątek polskiego katolicyzmu pełnego nienawiści i nietolerancji pojawia się we fraszce „Na politykującego świętoszka”:

Chciałby powiedzieć:
Pax Vobiscum
Ale nie może
– nóż ma w pysku.

Woroszylski w mrożącej krew w żyłach „Balladzie o byłym sołtysie Janie”, opisywał, jak ów kułak zamordował aktywistę, który chciał „3 x tak”:

Idź, sołtysie – za czyn twój, za chciwą wrogość
Po raz drugi niech cię rozgrzeszy proboszcz.

Opis mentalności „moherów” dawał Gałczyński w „Powiastce o czterech wytrwałych reakcjonistach”:

Czterej wytrwali reakcjoniści
Postanowili urządzić wyścig

na ciemnogrodzkim stadionie, lecz nie
naprzód, jak trzeba, tylko w tył, wstecznie.

Cały ciemnogród wyległ na wały,
ażeby widzieć bieg pełen chwały [...]

Ponure ciotki, badaczki kałów,
i dwa tysiące stu klerykałów,

i spekulanci i organiści –
wszystko to chciało oglądać wyścig [...]

I: „Brawo! brawo! – bito oklaski. –
Do tyłu, bracia! W swąd ciemnych jaskiń! [...]

Pod koniec jeden z reakcjonistów zaczyna mądrzeć i chce biec do przodu:

Ale za późno było o ździebko
i legli w dziejach bezmyślną kłodą.
A świat szedł naprzód.
Znojnie.
I młodo.

No to wróciliśmy do zabierania babci dowodu. Cóż, u Gałczyńskiego do końca nigdy nie było wiadomo, czy „przeginając”, nie mniej od grafomanów gorliwie wykładając aktualną ideologię władzy, przy okazji lekko jej nie parodiował... A może działo się to mimowolnie? Jeśli tak, to tu akurat nie ma analogii do sytuacji dzisiejszej, bo Gałczyńskich wśród dzisiejszych telewizyjnych satyryków nie widać.

Mniej honoru i ojczyzny!

Ton socrealistycznej i dzisiejszej telewizyjnej satyry najwyraziściej chyba łączy zmęczenie polskim patriotyzmem. Janusz Minkiewicz pisał niemal Kubą Wojewódzkim w wierszu „Humor i ojczyzna”:

proponuję: a może
trochę mniej o honorze?
Dajmy odeń odpocząć ojczyźnie!

Stanisław Wygodzki w wierszu „Plan” zaczynał w podobnym tonie:

Dość już porównań! Bez analogii!
Odejść od zmarłych, komór i gazu.
Ciszy Brzezinkom, ciszy dla mogił,
Żywym potrzebna stal i żelazo.

Dosyć i pora skończyć już raz z tym.
Przybył mej pieśni nowy element.
Wieś woła: maszyn! Krzyk biegnie miastem
stolica wzywa: potrzebny cement.

Z kolei Tadeusz Łopalewski w satyrze „Na pewne zebranie” pisał, w stylu „Szkła kontaktowego”:

Wróżył wieszcz przyjście męża „Czterdzieści cztery”
Przyszło ich jedenastu po cztery litery.

U Gałczyńskiego w Teatrzyku Zielona Gęś pojawia się Idiota Niezłomny, który deklaruje: „Taki Szekspir też właściwie wypłynął przez intrygi i podlizywanie (natychmiast szpinaku!) się. Ja jestem na takie coś za uczciwy. Ja nigdy nie zmieniałem zdania. Bo nigdy nie miałem nic do powiedzenia. Moja namiętność to sen połączony z chrapaniem [...]”. Czy czegoś to Państwu nie przypomina?

Od wskrzeszania Hitlera do kaczyzmu

Jednym z ulubionych słów w antypisowskiej satyrze jest wymyślone przez Joannę Senyszyn z SLD słowo „kaczyzm”, podobne do faszyzmu. Nazywanie faszystami żołnierzy NSZ i AK, oskarżanie polskich emigrantów i państw zachodnich o wspieranie odradzającego się hitleryzmu to kanon socrealistycznej satyry. Przykładów podawać można by dziesiątki. Przytoczmy dwa. Jan Brzechwa tak przedstawiał poglądy emigrantów:
Watykan cud uczyni i Hitlera wskrzesi,
Wiedział Hitler, co warci Polacy i Czesi,
Wiedział jak trzeba walczyć z czerwoną zakałą –
Truman jest za łagodny, Tito – to za mało.
Gdyby Hitler zmartwychwstał, na rękę by szedł nam

Hitlerowiec wraz z emigrantem występowali też w szopce noworocznej z 1953 roku:

HITLEROWIEC: Lecz się jednak dogadać trzeba w sprawie granic.
EMIGRANT: Po co się dogadywać? Nikt nie będzie łez lał,
Gdy Szczecin nazwiesz Stettin, a Wrocław znów Breslau.
Zaraz, zaraz... Pan bodaj przeżył okupację
Jako okupant w Łodzi, to jest w Litzmannstacie?
HITLEROWIEC: Tak jest. I pięknych wspomnień tkwią w mym sercu drzazgi.
EMIGRANT: Więc Łódź wasza! Nie mówmy o tym, to drobiazgi!

Bez dowcipów zamulających robotę

Żebym był dobrze zrozumiany: w Polsce jest mnóstwo młodych fajnych kabaretów, a i niektórzy weterani wymyślają wciąż świetne dowcipy. Prowadząc przez pewien czas satyryczny program w lokalnej prywatnej telewizji miałem okazję rozmawiać w nim z kilkunastoma kabareciarzami o najróżniejszych poglądach. Współpraca układała się świetnie, zapewne wielu z nich było lepszymi fachowcami od publicznych występów niż ja. Nie uprawiali propagandy, tylko satyrę.
Czemu tych, którzy zajmują się satyrą, a nie propagandą, nie ma w TVN? Wydaje się to w pełni usprawiedliwione w świetle cytowanego tu już przemówienia towarzysza Borejszy: „Jesteśmy tak skoncentrowani na tym wielkim wysiłku odbudowy i przebudowy, jaki się u nas dokonuje, że dla nas każdy dowcip, który nam przeszkadza w robocie, zamula nam robotę, demobilizuje i odbiera energię, jest szkodliwy”.
Dlatego na odcinek telewizyjny rzuca się nie jednostki chwiejne, uprawiające śmiech dla śmiechu, lecz wspominaną „regularną armię”. W 1945 roku Lec pisał w wierszu „Apel”:

Mało już nas prześmiewców pozostało. Kilku.
A łajdaków i trutniów narosło. Po stokroć.
Kto wyłuska spod czepców babuni tych wilków,
kto tych trutniów obnaży z ich rycerskich okryć?

Rodźcie, matki brzemienne satyryków młodych!

Udało się. Wilki wyłuskano z czepców babuni wraz z dowodami osobistymi. A matki brzemienne apel Leca przeczytały i wypełniły, niczym rębacz dołowy Wincenty Pstrowski, 293 procent normy. Postulowana przez Borejszę „przebudowa duszy nowego Polaka” trwa.