Wizyta Donalda Trumpa, blokady miesięcznic smoleńskich, stosunek do uchodźców, każda zmiana przeprowadzana przez ekipę rządzącą, kwestie światopoglądowe – wszystko coraz dobitniej ujawnia, że żyjemy w rzeczywistości, w której dochodzi do ciągłego zderzania się światów wartości. Jesteśmy w Polsce tak podzieleni, że często jakakolwiek debata staje się niemożliwa.

Najnowszy numer „Newsweeka” Tomasz Lis rozpoczyna słowami: „Szanowni Rodacy”, udając, że zwraca się do wszystkich Polaków – a zatem do elity, do której sam należy, czyli tych, którzy dawno wiedzieli, że PiS źle rządzi, nawet przed zaprzysiężeniem rządu, że demokracja umrze, PRL wróci i zatriumfuje samo zło, jak i do ciemnego ludu, zwolenników PiS-u, czyli tych, którzy się pomylili albo dali nabrać. Trudno odmówić mu racji, gdy pisze: „Tak, w historii głupoty w Polsce zapisaliśmy w ostatnich dwóch latach imponujący rozdział, ale nasz romans z głupotą i ignorancją zaczął się dużo wcześniej”. Oprócz kompromitujących wypowiedzi Ryszarda Petru, KOD-u i Obywateli RP to właśnie tygodnik Lisa może rywalizować o palmę pierwszeństwa w głupocie i ignorancji. Nie trzeba daleko sięgać. Wystarczy kilka przykładów z jego ostatniego artykułu: „Konstytucja jest w śmietniku. Państwo prawa nie istnieje. Sądy tracą niezawisłość. Zostało kilka niezależnych mediów”. Nie mam zamiaru pastwić się nad kolejnymi odlotami redaktora, ale w tekście Lis bardzo chętnie dzieli Polaków na sorty. A przecież tak bardzo oburzał się na Jarosława Kaczyńskiego za sformułowanie wyrwane z kontekstu. Cały jego artykuł opiera się na zderzeniu dwóch obozów: my, czyli obóz prawych i szlachetnych, ale też tych, którym Lis zarzuca, że jednak coś przespali, dali się uśpić, „oddali demokrację bez walki”, nie sprzeciwili się władzy, a dziś czują się, jakby im ktoś zabierał „to, co najcenniejsze. Tlen”. I zwolennicy PiS-u, czyli „kosmici”, Peerelianie (ci, którzy marzyli o powrocie PRL-u), tudzież wszyscy, którzy konsumowali romans z głupotą i ignorancją.

Podzieleni

W jednym z wywiadów socjolog Jarosław Flis stwierdził, że Polacy są podzieleni jak inne nacje i nie ma w tym nic dziwnego. Naiwne jest przekonanie, jakoby Polacy byli w jakiś szczególny sposób niezgodni, tak jakby możliwa była mityczna jednomyślność poglądów w całym społeczeństwie. Zaskoczenie budzi fakt, że część elit politycznych i medialnych karmi się tym podziałem. Co więcej, krzyczą bez umiaru, że wojnę wywołał ktoś inny, a oni są jedynie jej ofiarami. Prym wiodą w tej materii salonowi dziennikarze, którzy snują prorocze wizje losu gorszego sortu: „Nie, większości nic złego się nie stało. Nie dotknęły ich żadne represje, nie spotkały wielkie nieprzyjemności. Nie każdy przecież został opluty na ulicy. Nie każdego zelżono, gdy był na spacerze z dziećmi. Nie każdemu porysowano samochód, gdy wysiadł z niego z flagą, by pójść na demonstrację KOD. Nie każdemu pokazywano na ulicy gest podrzynania gardła”. Nie każdemu – chciałoby się dopowiedzieć – wystarcza zdrowego rozsądku, żeby w opisie rzeczywistości przede wszystkim nie tonąć w odmętach własnych urojeń.

Wyraźny podział obserwujemy w świecie polityki, który jest odbiciem podziału faktycznie istniejącego w społeczeństwie. Co widać w pracy, sąsiedztwie czy u cioci na imieninach. Podział ów nie jest zresztą czymś nadzwyczajnym. Nie jest to, jak fałszywie próbują nam wmówić sympatyzujące z opozycją media, walka liberalnej demokracji ze zwolennikami populizmu i rządów autorytarnych. Dziś Polska jest areną walki dwóch wielkich obozów, które różnią się światopoglądem, wartościami, sympatiami politycznymi, wizją Polski itp. Przy nich funkcjonują partie, które w zależności od interesu przechodzą bliżej jednego bądź drugiego obozu. Dzielenie Polaków, fałszywie przypisywane PiS-owi, w gruncie rzeczy jest kreowane i stale podsycane przez obóz opozycji i zaprzyjaźnione z nimi media. Nie ma racjonalnego uzasadnienia, by sądzić, że rządzący mają jakikolwiek interes w wyszukiwaniu sobie wrogów, zależy im bowiem na spokojnym rządzeniu, a atmosfera ciągłej zadymy tylko im przeszkadza. Zwłaszcza tygodnik Lisa z uporem maniaka nakręca wciąż tę samą retorykę walki, w której jest potwór o twarzy PiS-u i bezbronne ofiary z opozycji. Wystarczy sięgnąć po dowolny felieton naczelnego i możemy być pewni, że przeczytamy o zemście, poniżaniu, upokarzaniu, dzieleniu na sorty, niszczeniu, burzeniu, najeźdźcach, braniu w jasyr, dogorywaniu. Choć tylko ślepiec nie dostrzeże, że największe „zasługi” w dzieleniu Polaków mają mainstreamowe media, które wciąż nie mogą otrząsnąć się z pourazowego szoku wyborczych klęsk.

Zderzenie światów wartości

Ks. prof. Tischner pisał, że świat, w którym żyjemy, jest światem wartości. Każdego dnia wybieramy dobro i zło, szlachetność i nikczemność, prawdę i kłamstwo. Realne są zarówno wartości pozytywne, jak i negatywne. Światów wartości jest dziś wiele, ale wojna, która się rozgrywa, jest zderzeniem dwóch rzeczywistości: świata wartości tradycyjnych, chrześcijańskich oraz świata wartości liberalnych... Od tego, jak rozumiemy sens fundamentalnych pojęć, zależy, do którego świata wartości przynależymy. Dziś nawet tak jednoznaczne kiedyś pojęcia jak małżeństwo, rodzina, prawda, wolność stają się semantycznymi dziwolągami.

Ścieranie się prawdy i kłamstwa w przestrzeni publicznej obserwujemy właściwie przy każdym ważniejszym społecznie wydarzeniu. Dziś to starcie nie jest wcale tak oczywiste, bo kłamstwo przybiera mniej lub bardziej zakamuflowane formy: manipulacji, nadinterpretacji, świadomego niedostrzegania prawdziwej intencji mówiącego, celowego wyrwania jej z kontekstu. Szerzej opisywałem to w artykule poświęconym zmanipulowaniu. Nie chodzi o zamykanie ust krytykom rządu czy opozycji, ale o zachowanie nieprzekraczalnych granic wyciągania słów z kontekstu i dowolnego manipulowania nimi, jak miało to miejsce w wypadku przemówienia premier Szydło w Auschwitz. Czasem kłamstwo jest bardziej ordynarne – jak wypowiedzi niektórych polityków o stanie wojennym, państwie totalitarnym, w którym rzekomo żyjemy. Takie stwierdzenia przestają być opisem faktów, a stają się ich oceną, i to tak skrajną, że w gruncie rzeczy nadaje się to do zbadania u specjalisty.

Cały tekst ukazał się w "Gazecie Polskiej Codziennie"