Niedawno podczas wywiadu Jacek Gądek, dziennikarz portalu Gazeta.pl, spytał mnie: „Co zmieniło się po objęciu władzy przez Andrzeja Dudę i PiS, ale tego nie »zauważyliśmy?«”.

Odpowiadając, przywołałem wyjaśnienie przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego porażki Prawa i Sprawiedliwości w roku 2007. Wtedy w kampanii wyborczej rządzącej partii przekaz ogniskował się na walce z układami aferowymi, a tymczasem przez dwa lata rządów (2005–2007) wzrost konsumpcji gospodarstw domowych wzrósł o rekordowe w skali całej transformacji ustrojowej 30 proc. Ludzie wymieniali meble, kupowali telewizory, samochody. I chociaż ówczesny wzrost gospodarczy nie był jedynie zasługą PiS, to PiS procesy rozwojowe wzmocnił. Polacy dalej chcieli się cieszyć zakupami, a nie wspierać kolejny antykorupcyjny zryw. Ale ekipa rządząca nie dostrzegła tej zmiany nastawień na czas.

Szybciej się zmienia

Dzisiaj na pewno dzieje się też coś ważnego, co najprawdopodobniej nam umyka. Coś, co może nas wszystkich – rządzących, opozycję oraz środowiska nieinteresujące się polityką – zaskoczyć. Na plus lub na minus. W dodatku „dzieje się” jeszcze bardziej niż w okresie 2005–2007. Dlaczego? Przyśpieszyły zmiany technologiczne, które głęboko zmieniają świat. Najważniejszą zaś ze społecznych zmian jest rewolucja cyfrowa. O niej pisałem już obszernie, nie tylko na łamach „Gazety Polskiej”, ale przede wszystkim w wydanej wspólnie z zespołem współpracowników książce „Samobójstwo Oświecenia? Jak neuronauka i nowe technologie zmieniają ludzki świat” (Kraków: Wydawnictwo Kasper 2015).

Nadal słabo jednak pojmujemy, jak głęboko Internet wpływa na ludzkie umysły. Tymczasem niezbędnym warunkiem odniesienia sukcesu w polityce jest zachowanie przez rządzących kontaktu ze zmieniającą się rzeczywistością. A najważniejszą warstwę tej rzeczywistości, tę warstwę, od której zależy skuteczność codziennego rządzenia oraz nasilonego komunikowania się z elektoratem podczas kampanii wyborczych, stanowią ludzkie wyobrażenia o tym, co jest, a co nie jest istotne. Polityk, który traci kontakt z takimi wyobrażeniami, traci władzę.

Wystarczy badać, by nie błądzić?

Dlaczego jednak politycy mieliby w ogóle tracić kontakt z rzeczywistością? Czyż badania opinii społecznej, w tym politycznych sympatii i antypatii, nie są przeprowadzane prawie codziennie? W dodatku są robione przez liczne firmy, co oznacza, że jedne niejako weryfikują rzetelność badań innych. Czy nie wynika z tego, że politycy nie powinni mieć większych problemów ze śledzeniem tego, jak ludzkie wyobrażenia się zmieniają? A zatem nie powinno być trudno poprawnie diagnozować ludzkie potrzeby, racjonalne obawy, nieracjonalne lęki oraz nadzieje. Słowem, czy przy współczesnych technologiach badawczych i przy błyskawicznym komputerowym przetwarzaniu danych istnieje w ogóle możliwość, że jakieś poważniejsze procesy społeczne przejdą niezauważone?

Ale pozory mylą. W erze nasilonej transparentności (czyż paparazzi nie dotrą wszędzie?; czyż wszelkie sekrety nie zamieniają się w przecieki?), w erze powszechnej elektronicznej inwigilacji (już kilka lat temu w samym Londynie było ponad 4 mln kamer monitoringu) nadal bardzo wiele z tego, co dzieje się w życiu społecznym, znajduje się poza naszym polem widzenia. Stąd w polityce zdarzają się niespodzianki niczym w sporcie.

Perfidna konstrukcja rzeczywistości?

W ogóle świat społeczny jest skonstruowany tak, iż z samej swej natury zawiera liczne, nieusuwalne obszary niewidoczności. Z czego owa niewidoczność (lub trudna uchwytność) wielu procesów społecznych wynika? Widzę trzy główne powody niewidoczności zjawisk społecznych, z których każdy może przyczynić się do wyborczych niespodzianek. Pierwszy powód to tajność, drugi podświadomość, trzeci to złożoność wykraczająca poza ludzkie możliwości poznawcze.

Tajności tworzą pola działań i/lub ich motywów, które są celowo, z rozmysłem ukrywane. Operacje tajnych służb to tylko jedno z pól tajności i wcale nie jestem pewien, czy w dzisiejszym świecie jest to pole najważniejsze. Z natury rzeczy o tajność swych działań zabiegają przestępcy, tajemnic handlowych pilnują przedsiębiorcy, szczegóły swoich strategii maskują politycy, a i każdy internauta, który ukrywa się za awatarem, sygnalizuje, że anonimowość jest mu do czegoś potrzebna. Sam wynalazek i dynamiczny rozwój Dark Netu – ciemnej przestrzeni Internetu – powinien dawać nam wiele do myślenia.

Ale nawet gdybyśmy zarządzili, na przykład dekretem jakiegoś oszalałego od liberalnych ideałów światłego dyktatora, że teraz obowiązuje transparentność „na maxa” – wszyscy wszystko wszystkim mają ujawniać! – to i tak byłoby to niemożliwe. Umysł ludzki jest tak skonstruowany (liczne badania wykazały to ponad wszelką wątpliwość), że ogromna większość jego pracy przebiega poniżej progu naszej świadomości. Nie jesteśmy w stanie być dla samych siebie w pełni przejrzyści. Żadna wola szczerości nic tu nie pomoże. Po prostu nie mamy pełnego dostępu do oprogramowania tej fascynującej maszyny, jaką jest ludzki umysł.

Żaden tyran nie jest w stanie za pomocą najwymyślniejszych nawet tortur wydobyć z osoby przesłuchiwanej tych jej pragnień i urazów, z których ona sama nie zdaje sobie sprawy. A z badań wynika, że i na co dzień, i w sytuacjach przełomowych kluczowe rozstrzygnięcia następują na poziomie tego-co-nieuświadomione. I, żeby nie było żadnych wątpliwości, dotyczy to zarówno decyzji konsumenckich (kupić – nie kupić), jak i politycznych (poprzeć – nie poprzeć). A ponieważ trendy społeczne zależą właśnie w ogromnej mierze nie od tego, co świadomie deklarujemy, że chcemy, nie od tego tylko, co potrafimy podczas badania wyrazić słowami, to ogromna większość badań społecznych nie „łapie” procesów zmian, gdy zmiany te dopiero się rodzą.

Wreszcie, pewne procesy społecznych zmian nie są przez nas zauważane, gdyż wyrastają z tak gęstych splotów wielu innych zjawisk, że bardzo trudno jest je umysłem ludzkim (nawet wspomaganym komputerowo) ogarnąć. Nasze poznanie rzeczywistości jest zawsze selektywne. Przetwarzamy tylko wycinki dostępnych informacji, skupiamy się na fragmentach zdarzeń. Gdy polityk zogniskuje swoją uwagę na tym, co akurat jest wiodące, ma szanse wygrać. Ale gdy posiłkuje się nawet najlepszą naukową wiedzą o tym, co już nieistotne, schyłkowe – przegrywa.

Czy wszystko to oznacza, że z odpowiedzią na pytanie, co zmieniało się w Polsce od czasu przejęcia w roku 2015 władzy przez obóz patriotyczny, a czego dotąd nie zauważyliśmy, trzeba czekać aż do następnych wyborów? Dajcie mi ze dwa tygodnie do namysłu…