Jeśli założyć, że w Smoleńsku mieliśmy do czynienia z okolicznościami, które eufemistycznie określane są w języku prawników „działaniem osób trzecich", to nie mogą dziwić doniesienia o rychłym umorzeniu cywilnego postępowania prokuratury w związku z tą sprawą.
Celem prowadzonego śledztwa jest, przynajmniej formalnie, sprawdzenie, czy w związku z przygotowaniem lotu delegacji prezydenta RP do Smoleńska doszło do popełnienia przestępstwa. Samolot uległ katastrofie, nawet zdaniem salonowych mediów III RP nieprawidłowości związane z organizacją lotów VIP-ów (publicystycznie określane jako „polski bałagan") były horrendalne, brak zabezpieczenia logistycznego delegacji oczywisty, a wszyscy pasażerowie lotu nie żyją. Wydawałoby się, że coś jest na rzeczy, a jednak prokuratura nie znajduje nawet podstaw, żeby przed sądem choćby próbować dowieść, że w związku z tym tragicznym zdarzeniem ktoś ponosi odpowiedzialność karną.
Warto jednak wczuć się w rolę prokuratora Józefa Gacka, nadzorującego V Wydział Śledczy Prokuratury Warszawa-Praga, który właśnie umorzył cywilne postępowanie w sprawie Smoleńska. Spójrzmy bowiem prawdzie w oczy. Całość działań podejmowanych przez cywilów w sprawie Smoleńska przeprowadzono z iście sowiecką bezwzględnością. Nie należy więc się dziwić, że inspiratorzy działań nie zapomnieli o prokuratorskim zabezpieczeniu samych siebie. Zbytnia gadatliwość w czasie śledztwa np. Tomasza Arabskiego (któremu nikt żadnych zarzutów nie postawił) mogłaby wskazać, kto wysłał go na nocne restauracyjne negocjacje z przedstawicielami Federacji Rosyjskiej, poprzedzające wylot do Smoleńska. Ponadto jego zeznania mogłyby rzucić światło na to, kto był autorem i inspiratorem „polityki samolotowej", którą od 2008 r. realizował względem prezydenta RP właśnie Arabski. Idąc dalej – śledztwo, w którym Tomasz Turowski zeznawałby zbyt otwarcie, mogłoby wskazać na źródła inspiracji jego powrotu do MSZ w dniach poprzedzających wyjazd na placówkę do Moskwy oraz na zakres wiedzy Agencji Wywiadu na ten temat. Wreszcie minister Jerzy Miller stojący pod zarzutami karnymi mógłby rzucić niebezpieczne światło na wyjaśnienie przyczyn, dla których jego bezpośredni podwładny – szef Biura Ochrony Rządu – odwołał ochronę prezydenta RP oraz innych przedstawicieli Polski 10 kwietnia 2010 r.
Tylko kompletny polityczny abnegat może zakładać, że tak elegancko i skutecznie przeprowadzone działanie w III RP mogłoby zostać skwitowane przedstawieniem poważnych zarzutów prokuratorskich przez wybitnego fachowca, jakim jest prok. Gacek. Wiemy wszak skądinąd, że wykazał się on niebywałą determinacją w tropieniu niebezpiecznych przestępstw przeciwko państwu i jego przedstawicielom. Bezpardonowo oskarżył senatora Piesiewicza o wciąganie do nosa białego proszku i przebieranie się w sukienkę na zlecenie znanego recydywisty, gwałciciela, gangstera, a wedle jego własnych zeznań – współpracownika WSI Zbigniewa S. pseudonim „Niemiec". Jak sądzę, to właśnie „Niemiec", organizator bojówek atakujących krzyż na Krakowskim Przedmieściu, jest w procesie Piesiewicza jednym z głównych świadków oskarżenia.
Lektura liczącego 400 stron uzasadnienia umorzenia cywilnego śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej za kilka lat może być ciekawym dokumentem źródłowym. Być może nawet dowodem. Jednym z wielu powstających obecnie w urzędach i instytucjach państwowych dowodów na to, że w zaciszu gabinetów trwa mozolna operacja. Jej celem jest utrudnienie dotarcia do przyczyn katastrofy smoleńskiej i zidentyfikowania nie tylko działających w tej sprawie „osób trzecich", ale również „drugich". Kto wie, może nawet i „pierwszych".
