Moskiewski rozgrywający

Rosyjski MSZ poprzez swojego cyngla, czyli rzeczniczkę Marię Zacharową, odniósł się do ujawnionych skandali ws. szczątków ciał ofiar katastrofy smoleńskiej.

Moskwa obarcza odpowiedzialnością tylko polską stronę i poprzez oświadczenie Zacharowej próbuje uczynić kozła ofiarnego z Donalda Tuska, Ewy Kopacz i innych odpowiedzialnych z poprzedniego obozu władzy.

Nie negując i nie umniejszając winy, a także nie przesądzając, jakimi pobudkami kierowali się ówcześni polscy decydenci – którzy przyjęli postawę całkowitej uległości wobec Moskwy – warto pamiętać, że w tej sprawie rosyjskie władze próbują nie tylko się wybielać. W końcu to one utrudniały Polakom prace w Smoleńsku oraz w Moskwie, to one nie chciały, aby Polacy otwierali trumny z ciałami ofiar. Władze rosyjskie przede wszystkim wciąż próbują nas rozgrywać i dzielić.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Pakt Ribbentrop-Mołotow nadal obowiązuje

Od tego wydarzenia mija 78 lat. Wydawałoby się – „stara sprawa”. Ale zbliżenie Hitlera ze Stalinem z sierpnia 1939 r. oparte było na założeniach, które Berlin i Moskwa stosują do dziś. Jeśli Jałta jest symbolem zdrady Zachodu, to pakt oznacza redukowanie Polski. Nawet do niebytu.

Minister spraw zagranicznych nazistowskich Niemiec Joachim von Ribbentrop i jego odpowiednik sowiecki Wiaczesław Mołotow, w imieniu swoich totalitarnych dyktatorów, zawarli pakt. Współpraca ekonomiczna między tymi krajami trwała już wcześniej, ale w pakcie z 23 sierpnia 1939 r. obie strony zobowiązały się na piśmie, że nie będą wspierały żadnych sojuszy i porozumień skierowanych przeciwko sobie. Spory będą załatwiały polubownie, a w sprawie wspólnych interesów będą naradzały się we własnym gronie.

Rzecz jasna, tajny protokół dopowiadał więcej – podział Europy Wschodniej na strefy wpływów – północna granica Litwy miała być rozgraniczeniem między strefą sowiecką i niemiecką, Polska podzielona wzdłuż rzek Narew–Wisła– San, a Besarabia (dzisiejsza Mołdawia) stanie się własnością komunistycznej Rosji.

Przez ponad siedem dekad od podpisania tego dokumentu zmieniło się w polityce tak wiele, że handel berlińsko-moskiewski wydaje się podobny do porozumienia starożytnych Hetytów i Egipcjan. II wojna światowa uczyniła z dwóch totalitaryzmów sojuszników, a potem wrogów, Niemcy nieomal zniknęły z mapy silnych państw (jedna z amerykańskich koncepcji zakładała np. deindustrializację Niemiec i uczynienie z nich kraju rolniczo-pasterskiego), a świat podzielił się wzdłuż osi Moskwa–Waszyngton.

Później oś pękła i powstał świat wielobiegunowy, Unia Europejska weszła w nową fazę, a Rosję zepchnięto kilkaset kilometrów w stronę Uralu. Przynajmniej pięć zwrotów akcji w dziejach obydwu państw powinno włożyć założenia nazistowsko-komunistyczne do szuflady, ale okazuje się, że szuflada wcale nie jest zamknięta, a w poszczególnych punktach tamtego porozumienia politycy obu mocarstw cały czas grzebią i nad nimi wzdychają.

Powody, dla których 23 sierpnia 1939 r. jest nadal aktualny, zmuszają mniejsze kraje do solidarności i przeciwdziałania. Polacy powinni to zrozumieć najszybciej.

Zostawmy świat mocarstwom

Tak zdają się brzmieć nuty koncertu mocarstw, które po upadku Napoleona ustanowiły w 1815 r. w Wiedniu nowy ład – przedstawiciele europejskich potęg podzielili Europę, rysując granice z łatwością szkolnego ćwiczenia z plastyki. I tak sposób urządzania życia narodom, polegający na porozumiewaniu się silnych ponad słabymi wszedł do polityki jako zwyczaj, nawyk, odruch.

Ten system rozbił w 100 lat później prezydent USA Woodrow Wilson, który walnął pięścią w europejski stół i zarządził zasadę o samostanowieniu narodów. Każdy naród urządza się, jak chce, a granice ustalamy tak, jak ludność określi, do której wspólnoty należy. Wobec Polski tę zasadę osłabili Brytyjczycy, rysując sobie zwyczajem z 1815 r. linię Curzona, która wyznaczała zasięg niepodważalnych wpływów Warszawy. I tak w pierwszej połowie XX w. ucierały się dwie zasady – albo silni będą rozdawali karty, albo każdy urządza swój pokój w Europie tak, jak chce i potrzebuje.

I tu właśnie na scenę weszli Hitler i Stalin, którzy poprzez swoich ministrów 23 sierpnia 1939 r. zawarli ów słynny pakt, który przeważył w przepychankach: koncert mocarstw czy samostanowienie.

Losy dziesiątków milionów ludzi miały być przesądzane w zamkniętych gabinetach przez wąskie grono dygnitarzy dumających nad mapą kontynentu. I jeśli ktoś myśli, że Ribbentrop-Mołotow to zamknięta przeszłość, niech się przyjrzy, jak los Ukrainy ustalany jest między Angelą Merkel i Władimirem Putinem, jak bierność Europy towarzyszy aktywności Rosji, jakby znowu ziemie na wschód od Sanu były w strefie spadkobierców Lenina. Wiemy, jak biznes niemiecki naciska na rząd ukraiński, by móc handlować z oligarchami, wiemy, jak 12 lutego 2015 r. w Mińsku Francja i Niemcy mediowały między Ukrainą a Rosją i jak nic z tego mediowania nie wyszło – bo tak właściwie (szeptem mówiąc) to Ukraina nadal jest postrzegana jako część interesów Rosji – podobnie było w 1939 r.

Demokracja swoje, a pieniądze swoje

Zbliżenie niemiecko-sowieckie było szokiem dla obserwatorów. Przecież komunizm jest tak antynazistowski! Ależ nazizm tak nienawidzi komunizmu, przecież wybił czerwonych u siebie w kraju! Tymczasem mądrzejsi analitycy wiedzieli, że tyrady polityków należy rozdzielić od rozmów przy stole – że interesy biorą górę ponad zasadami, zwłaszcza w krajach, które nie utożsamiają się z zachodnią cywilizacją. Zachód opiera się na wolności, partycypowaniu obywateli w rządzeniu, konkurencji – gdy te zasady podkopie, zamieni się w gruzowisko. Państwa totalitarne mogą sobie żonglować ideologiami, bo spaja je siła, żądza ekspansji, kult przywódców. I tak było tym razem – na Kremlu i w Reichstagu przesunięto wajchę i z łatwością porozumiano się z dawnymi wrogami.

Co do Rosji nie żywimy złudzeń – nadal imperialna, kierująca się przemocą, agresją, używająca oszustw i zbrojnych przewrotów. Po powojennym państwie niemieckim natomiast moglibyśmy się spodziewać więcej – zbudowane na chrześcijańskiej perspektywie sędziwego Konrada Adenauera (kanclerz RFN-u 1949–1963), który obawiał się przyszłej pruskiej dominacji w jego kraju, miały odżegnywać się od koncertu mocarstw i ideowej hipokryzji. Ale kolejni przywódcy, od Willy’ego Brandta czy Gerharda Schrödera prawdopodobnie po Angelę Merkel, pokazywali, że demokracja zachodniej Europy coraz częściej jest fasadą dla mocarstwowych interesów.

Ta rozbieżność między deklaracjami a prawdziwymi żądzami jest groźniejsza, niż nam się wydaje – bez demokracji, chrześcijaństwa i wolności Europa straci atrakcyjność, która od wieków była motorem jej rozwoju. Ubić interes z Gazpromem to niezły biznes w perspektywie dziesięciu lat – ale wielkie ryzyko w dłuższej perspektywie. Na co światu autorytarna Europa z anonimowymi dyktatorami w fotelach prezesów wielkich firm przemysłowych? Unia Europejska ma ponad 500 mln mieszkańców. Czy chce porzucić swoje wartości i stać się ziemią pracowników, niewolników i marionetek wielkich tego świata? Jeśli tak…

Ameryko, daj nam wizy, zrób z nas kolejny stan swojej ziemi wolności, ale nie zostawiaj nas na pastwę handlarzy narodami!

Złowieszcze granice

Nawet tak oczywiste i jednoznaczne ustalenia, jak granice państw w Europie Wschodniej, niewiele się różnią od ustaleń Ribbentrop-Mołotow. Co prawda wschodnia granica Polski nie leży dziś na Wiśle, jak pierwotnie przewidywał pakt, ale w dużym stopniu odzwierciedla podział RP, który nastąpił po wrześniu 1939 r. Wyraźną różnicą jest może powrót Białegostoku do macierzy, a i włączenie do Polski części Prus Wschodnich, ale dalej na południe ustalenia Stalina i Hitlera pozostają bardziej aktualne.

Nawet malutka Besarabia, której chciał Kreml w 1939 r., jest dziś patologicznym państewkiem – Mołdawią czy też Mołdową, czy też Republiką Mołdowy – nawet nazwy, granic, religii i języka nie ma ustanowionych dokładnie, bo o tym decyduje się gdzie indziej.

Dodajmy do tego złowieszczy fakt, że na granice między Wschodem a Zachodem, które ciągną się na południe od Białegostoku aż po Morze Czarne (ze Lwowem po „rosyjskiej” stronie), są starsze niż w pakcie Ribbentrop-Mołotow – są one bowiem wymarzoną strefą wpływów Moskwy już od czasów carów – o nich marzył Iwan IV Groźny, realizował je Aleksy Romanow podczas potopu szwedzkiego, doprowadził do ich realizacji zwycięzca Napoleona Bonapartego – car Aleksander I. A więc, o zgrozo, geopolityczne marzenia Polaków o Międzymorzu są dziś wyszydzane i wciąż daleko im do spełnienia, a sny ze stolic – Berlina, a zwłaszcza Moskwy, są bardzo bliskie rzeczywistości. Dziś więc rogatki graniczne stoją nieopodal tych miejsc, gdzie sobie ustalili Stalin z Hitlerem!

Jak daleko jest z Moskwy do Berlina?

To pytanie Polacy stawiają sobie od czasów złotego wieku króla Zygmunta Starego, wtedy bowiem dyplomaci Rzeszy Niemieckiej (wówczas z centrum w Wiedniu, a nie Berlinie) omijali granice Rzeczypospolitej, by dotrzeć na dwór carów. I wówczas nasi monarchowie wiedzieli, że tę drogę trzeba wydłużyć, a najlepiej uczynić niemożliwą. Że to zbliżenie nigdy nie będzie Polsce służyło i jest to zasada, którą złotymi literami należałoby wykuć nad biurkami Pałacu Prezydenckiego, Belwederu i Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

Pakt Ribbentrop-Mołotow pozostaje w tym aspekcie aktualny, ale chwała Bogu w niewielkim stopniu. Choć Berlin i Moskwa ciążą ku sobie, nie zawierają takich jednoznacznych traktatów, jak to miało miejsce w I połowie XX w. Dziękujmy tu Ukraińcom – to oni, biorąc na siebie agresję rosyjską, płacąc za bitwę o wolność na kijowskim Majdanie, zdarli z Putina szatę hipokryzji, obnażając antydemokratycznego i antyzachodniego dyktatora. Gdyby nie to rażące naruszenie zasad międzynarodowych przez Moskwę, do dziś Polska byłaby postrzegana jako histeryczny rusofob, który nie widzi rzekomych procesów westernizujących Rosję. Droga z Berlina do Moskwy nieco się więc wydłużyła – ale na jak długo?

Jak trudno jest przepłynąć Atlantyk?

To zagadnienie jest analogiczne do odległości między Berlinem a Moskwą. Bo każde zbliżenie europejskich hegemonów odsuwa Europę od Ameryki. I nasz kontynent, stara kolebka zachodniej wszechmocy, cierpi na jakiś irracjonalny kompleks wobec Stanów Zjednoczonych. Choć Waszyngton ratował nas w I i II wojnie światowej, a potem pokonał komunizm, to nadal jego „imperializm” jest zrównywany z żądzą dominacji totalitarnej lub autorytarnej Rosji. Moskwa zresztą umiejętnie od kilkudziesięciu lat podsyca antagonizmy amerykańsko-europejskie: ubolewała nad obecnością wojsk USA w Niemczech w latach 40., podsycała przekonanie Charles’a de Gaulle’a, że może stać na podium mocarstw bez pomocy Waszyngtonu, wreszcie gotowa była na kompromis w sprawie zjednoczenia Niemiec, byle wycofać stamtąd amerykańskich żołnierzy i zlikwidować bazy NATO.

Ponoć kompleksy wobec Ameryki biorą się też z zazdrości – USA jest krajem sukcesu, którego brakuje na ziemi od Lizbony po Ural. Jak to się ma do paktu Ribbentrop-Mołotow? Otóż 23 sierpnia 1939 r. pokazał, że można wyobrażać sobie Europę podzieloną na Zachód (kraje romańskie), środek (wpływy niemieckie) i Wschód (Rosja). Tyle wystarczy, ten triumwirat nie tylko zajmie się narodami, jak to na koncert mocarstw przystało, ale też nie potrzebuje większego brata zza Atlantyku. Dla salonów w Paryżu, Berlinie czy Moskwie Biały Dom nie musi istnieć, a nawet istnieć nie powinien. Ale Polska Ameryki potrzebuje – tak jak potrzebuje wszystkich narodów dawnej Rzeczypospolitej, potrzebuje z nimi porozumienia i zbliżenia, aby w razie kolejnych salonowych paktów nowych Ribbentropów i Mołotowów starczyło nam sił, by głośno przez Atlantyk zawołać, że stara Europa znowu wariuje i śni się jej niewolenie ludzi i narodów.

Udostępnij

Tagi
Najnowsze opinie

Partnerzy do reformy?

Od kogo odszkodowania

Jak podnieść ciśnienie Polakom

500+ ma się dobrze

W obliczu nieszczęścia

Tak, terroryści są także wśród „uchodźców”

Po każdym kolejnym zamachu podnoszą się w Polsce ze strony części opozycji głosy, jakoby kłamliwe i niemoralne było wiązanie kwestii relokacji nielegalnych imigrantów z zagrożeniem islamskim terroryzmem. Przypomnijmy zatem pewne fakty.

W czasie zamachów w Paryżu 13 listopada 2015 r. (130 zabitych, 413 rannych) wysadziło się w powietrze dwóch Irakijczyków przybyłych do Europy przez Grecję jako „uchodźcy”. Inni „uchodźcy” powiązani z tymi pierwszymi brali udział w przygotowaniu zamachów z 22 marca 2016 r. w Brukseli (32 zabitych, 340 rannych). To Tunezyjczyk, były mieszkaniec ośrodka dla uchodźców na Sycylii, zabił polskiego kierowcę i wjechał w tłum na jarmarku bożonarodzeniowym w Berlinie 19 grudnia 2016 r. (12 zabitych, 56 rannych). Uzbek, który wjechał ciężarówką w tłum w Sztokholmie 7 kwietnia 2017 r. (5 zabitych, 14 rannych), złożył wcześniej wniosek o azyl.

Amerykański think tank Heritage Foundation opublikował na początku sierpnia statystykę, z której wynika, iż „uchodźcy” brali udział w 15 proc. wszystkich projektów zamachów (udanych i nieudanych) w Europie od 2014 r. Takie są fakty.

Udostępnij

Tagi
Najnowsze opinie

Opozycji sondażowy ból głowy

Autograf dla mafiosa

Powtórka z historii?

KOD-masochiści!

Milczenie w sprawie aneksu WSI

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl