Ludzie oszustw i władzy

Wyniki ekshumacji zwłok ofiar tragedii smoleńskiej przerażają. To nie jest wina Prawa i Sprawiedliwości, że oszustwo rządu Donalda Tuska musiało wyjść na jaw w tak dramatycznych okolicznościach. Wstydzić powinni się ci, którzy budowali i wspierali proplatformerską posmoleńską narrację o „pisowskiej nekropolityce” – narrację szkodliwą dla interesów Polski, ale na krótką metę zabezpieczającą interesy ludzi PO-wskiego obozu kłamstwa i władzy.

Już po tragedii smoleńskiej Platforma Obywatelska miała do wyboru trudną prawdę albo ucieczkę do przodu na krótkich nóżkach kłamstwa. Wiemy dobrze, co wybrali. Solenne zapewnienia Ewy Kopacz, że z szacunkiem odnoszono się do szczątków ofiar, że współpraca z rosyjską administracją na usługach Putina przebiegała jak najpomyślniej, zaprzyjaźnione z ówczesną władzą media publiczne i prywatne powtarzały bez końca i bez zająknięcia.

Być może dziś wszystkie te słowa palą usta prominentnych przedstawicieli i przedstawicielki PO. Być może nie ze wstydu – ale z racji narastającego strachu przed odpowiedzialnością, której mieli nadzieję uniknąć.

Historia pewnego oszustwa

Dziś najbardziej wymowne jest świadectwo ludzi dość uczciwych, żeby opisać stan rzeczy, niezależnie od własnych sympatii politycznych czy światopoglądowych. Więcej niż wymowny jest zatem wstęp do artykułu Andrzeja Gajcego na portalu Onet.pl: „Wyniki ekshumacji gen. Bronisława Kwiatkowskiego, który zginął w katastrofie smoleńskiej, są tak szokujące, że trudno w nie uwierzyć. Dowodzą, że ówcześnie rządzący, którzy zapewniali rodziny, że wszystko jest w porządku, a Rosjanie dochowali szczególnej staranności, zwyczajnie kłamali, a ekshumacje ofiar, nazwane przez nich »nekropolityką«, są po prostu konieczne”.

Gajcy stawia ponadto trzy kwestie, które właściwie można potraktować jako pytania (zagadnienia) retoryczne. Po pierwsze: „Dlaczego zabroniono polskim prokuratorom przeprowadzenia sekcji zwłok i ponownej identyfikacji? ”. Po drugie: „Rząd PO-PSL nie podjął nawet najmniejszej próby, by sprawdzić, czy nie doszło do pomyłek przy identyfikacjach i zamykaniu trumien”. Po trzecie: „Dlaczego wówczas kłamano i czy rządzącym bardziej nie zależało na szybkim przejęciu władzy w Pałacu niż na »zachowaniu się jak trzeba« w obliczu wielkiej narodowej tragedii?”.

Dla wielu z nas te pytania nie są kontrowersyjne. Trzeba jednak pamiętać, że sporo Polek i Polaków zapomniało o nich albo uwierzyło, że są nieważne, a nawet niestosowne, albo uznało, że wynikają ze złej woli. Posmoleńska perwersja, czyli specyficzna propaganda sukcesu Platformy, zrobiła przecież swoje. Tak, nazywam specyficzną propagandą sukcesu ówczesną narrację, z której wynikało, że wszystko sobie przecież wyjaśniliśmy dzięki owocnej współpracy z rosyjską stroną.

Kłamstwo jako narzędzie władzy

Oczywiście są to kwestie, które potrzebują bardzo szczegółowych wyjaśnień. Akuszerami prawdy nie zawsze są niestety filozofowie – czasem potrzebuje ona śledczych, instytucji państwa, odpowiednich służb. A to dlatego, że prawda jest niekiedy głęboko uwikłana w politykę. To sytuacja, w której najmocniej ukazuje się związek między etyką, władzą, (nie)wiedzą a społeczeństwem. Wiemy wszak nie od dziś, że kontrola nad przepływem informacji i opinii służy utrzymywaniu społeczeństwa w iluzji, wprowadzaniu dezinformacji i nieufności społecznej, dyskredytacji przeciwników i wzmacnianiu własnej pozycji. Szyderstwa z rzekomej „nekropolityki” PiS‑u taki miały właśnie cel – zaprzeczenie prawdzie szło w parze z apologią władzy Platformy Obywatelskiej.

Przy okazji – najbardziej niebezpieczny konflikt wybucha wtedy, gdy władza nie może się opierać na prawdzie, ale musi szukać dla siebie zabezpieczeń w kłamstwach. Tak się z całą mocą stało w wypadku rządów Donalda Tuska po 10 kwietnia 2010 r. Świadomie lub nie Platforma Obywatelska cofnęła się do czasów PRL‑u – kłamstwa rozsadzały tamtą rzeczywistość, z jednej strony wywołując masowe protesty społeczne, z drugiej – generując choćby różne formy konfliktów w łonie ówczesnych elit. Najbardziej znamienny jest przykład rewizjonistów. W wypadku PO pozorna bezkarność kłamstwa, zadufanie w sobie establishmentu III RP doprowadziły do narastającego zaognienia sytuacji społecznej i głębokiego uwikłania państwa w konflikt międzypartyjny.

Jeżeli dziś tak często ubolewamy nad silnymi antagonizmami polsko-polskimi, to warto pamiętać, że w znacznym stopniu odpowiedzialna za to jest narracja posmoleńska uprawiana przez ówczesny obóz władzy z pomocą podległych im wtedy mediów publicznych i zaprzyjaźnionych prywatnych mainstreamowych środków przekazu. Cóż, obóz platformerskiej władzy przestraszył się prawdy najbanalniejszej: prawdy materialnej, dotyczącej – przepraszam za dosadność – zawartości trumien, które przywędrowały z Rosji postsowieckiej do popeerelowskiej Polski. W tej materii nie pomogą zwolennikom PO-wskiej narracji najbardziej nawet sofistyczne i erudycyjne teorie dotyczące „ludu smoleńskiego” czy silnej potrzeby narodowej martyrologii. Kłamstwo od prawdy dzielą proste fakty – a wskazują one, jak bardzo po 10 kwietnia 2010 r. starano się oszukać Polki i Polaków w imię zabezpieczenia interesów PO.

Przekonać nieprzekonanych

Kłamstwo jest zgniłym fundamentem władzy. Po pierwsze, skutecznie wzmacnia nieufność społeczeństwa do instytucji publicznych. A przecież mamy z tym wciąż tak wielki problem. Po drugie, osłabia właśnie te instytucje, czyni je dysfunkcyjnymi: zamiast spełniać swoje zwyczajowe zadania, muszą one przede wszystkim zadbać o kłamstwa władzy. Po trzecie, minister Ewa Kopacz, zapewniając solennie, że w sprawie ofiar tragedii smoleńskiej dopełniono wszelkich starań, nie tylko sprzeniewierzyła się czci zmarłych, ale de facto zrzekła się prawa do reprezentowania państwa polskiego – była jedynie reprezentantką zdecydowanie mniej istotnych dla polskiej racji stanu interesów swojej partii, czyli Platformy Obywatelskiej.

Gdyby kontrolowana przez Donalda Tuska Platforma zagrała w otwarte karty, być może na dłuższą metę możliwe byłoby wypracowanie międzypartyjnego i ogólnospołecznego konsensusu, łącznie z refleksją, jak działać dalej w sprawie Smoleńska na gruncie wewnętrznym i międzynarodowym. Ale nic takiego się nie stało. Dlaczego? Najpewniej z tej przyczyny, że PO chciała mieć swojego prezydenta i jak najdłużej wytrwać u sterów państwa. Chciała także bezkarności dla swoich polityków i wysokich urzędników administracji. Musiała również liczyć się z tym, że spłaca trybut za lojalność, w formie przeróżnych synekur i grantów, swoim możnym i opiniotwórczym zwolenniczkom i zwolennikom ze świata mediów, biznesu, kultury i nauki.

Najgorsze jest to, że karuzela kłamstw będzie się kręciła dalej. Anty-PiS ma zbyt wiele do przegrania, żeby ot tak przyznać się do oszustwa. Widać też wyraźnie, choćby w mediach społecznościowych, jak wielu ludzi woli udawać, że nic nie wie o makabrycznej prawdzie o zawartości smoleńskich trumien. Tym mądrzej należy obecnie przekonywać nieprzekonanych – do faktów, najprostszych i najsmutniejszych faktów o nierozliczonych sprawach z czasów władzy Platformy.

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Wolne sądy! Wszyscy won!

Czas najwyższy na wprowadzenie jednej prostej zasady: kto orzekał w sądach komunistycznych, nie powinien orzekać w wolnej Polsce. Dobrze, żeby tę zasadę wzięli pod uwagę nowi sędziowie Sądu Najwyższego, którzy przedstawią prezydentowi pięć kandydatur na nowego prezesa tej instytucji.

Profesor Strzembosz, były prezes Sądu Najwyższego, były przewodniczący Trybunału Stanu, kawaler orderu Orła Białego, po raz kolejny zaskoczył publiczność na antenie TVN24: „W tej chwili już nie ma z czego oczyszczać i Sąd Najwyższy i w ogóle sądownictwa”. Profesor wypowiedział te słowa kilka godzin po opublikowaniu przez portal niezalezna.pl informacji o tym, że Józef Iwulski, nowy – tymczasowy – prezes Sądu Najwyższego, jest kolejnym przedstawicielem tego najwyższego z sądów, który orzekał w stanie wojennym w sprawach, w których opozycjoniści walczący o wolną Polskę trafiali do więzień. Jednym z takich więźniów był Marian Stach – działacz KPN, skazany na karę bezwzględnego więzienia za walkę z Sowietami i komunistami z PZPR, której członkiem był wówczas sędzia Iwulski. Co więcej, dowiedzieliśmy się również, że żona sędziego Iwulskiego była funkcjonariuszem komunistycznej Służby Bezpieczeństwa od lat 70. aż do jej rozwiązania. Czyli służyła instytucji, która zabijała i torturowała Polaków walczących z komuną, wyrywając im paznokcie, torturując czy zabijając – albo na rozkaz, jak w „Wujku”, albo za pomocą „nieznanych sprawców”, jak w wypadku Grzegorza Przemyka. Tortury, zabójstwa i tzw. śledztwa prowadzone przez Służbę Bezpieczeństwa czy komunistycznych prokuratorów miały służyć zastraszaniu i zniewalaniu Polaków. Wyroki wydawane przez komunistycznych sędziów służyły dokładnie temu samemu. Przez wszystkie lata III RP tacy sędziowie orzekali w zwyczajnych sprawach zwykłych obywateli i – jak widzimy – orzekają do dzisiaj, choć sami przedstawiciele sądownictwa twierdzą, iż nic podobnego nie ma miejsca. Sędzia Iwulski mówi, że w sprawach, o których mowa, zgłaszał „zdania odrębne”, był „przegłosowany” oraz że orzekał „tylko w jednej sprawie politycznej”. Mówi również dziennikarzom Onetu, że nie sprawdzał szczegółów w IPN, bo nie sądził, że „w niektórych środowiskach będzie to takie ważne. I wykorzystywane będzie do walki z Sądem Najwyższym”. Dlatego właśnie po raz kolejny przy okazji sprawy sędziego Iwulskiego należy głośno powtórzyć za Wojciechem Cejrowskim: Wszyscy won! Żaden z sędziów, którzy orzekali w systemie komunistycznym, którzy byli częścią czerwonego aparatu represji, nie powinien pełnić jakiejkolwiek funkcji w sądownictwie wolnego, demokratycznego państwa. Sam sędzia Iwulski jest tego najlepszym przykładem, i to nie tylko dlatego, że był w przeszłości trybem w komunistycznej machinie represji, a dzisiaj jest prezesem Sądu Najwyższego, bo do takich sytuacji już zdążyliśmy się przyzwyczaić. Paradoks polega na tym, że sędzia Iwulski nie został na to stanowisko wybrany. To przepis stanowi, że najstarszy stażem z prezesów sądu obejmuje tę funkcję automatycznie. Tak się właśnie stało. I oczywiście okazało się, że gdy tylko lekko poszperać w papierach, to wychodzi na jaw, że ów najstarszy stażem z sędziów najważniejszego z polskich sądów… był częścią komunistycznego aparatu represji. I dlatego niezależnie od zaklęć profesora Strzembosza, wszelkiej maści postkomunistów i totalniaków czas najwyższy na wprowadzenie jednej prostej zasady. Kto orzekał w sądach komunistycznych, nie powinien orzekać w wolnej Polsce. Dobrze, żeby tę zasadę wzięli pod uwagę nowi sędziowie Sądu Najwyższego, którzy przedstawią prezydentowi pięć kandydatur na nowego prezesa tej instytucji. I dobrze, żeby pamiętał o tym sam prezydent, dokonując spośród nich wyboru. Wolne sądy!

Wszyscy won!
 

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl