Rakiety dla polskiej marynarki

By Bundeswehr-Fotos - originally posted to Flickr as Uboot-Klasse 211 A, CC BY 2.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?cu

Sprawa zakupu nowych okrętów podwodnych dla Marynarki Wojennej jest jednym z priorytetów MON. Minister Antoni Macierewicz chce podpisać kontrakt na ich budowę jeszcze w tym roku.

Aby było to możliwe, być może zlecenie to przybierze formę umowy międzyrządowej, a nie otwartego przetargu. Według źródeł zbliżonych do resortu obrony z taką właśnie ofertą wystąpił rząd Niemiec wspólnie z niemieckim przemysłem. Byłaby to bardzo dobra wiadomość, gdyby nie jeden problem. Niemcy nie dysponują wymaganymi przez MON rakietami manewrującymi, bez których zakup drogich okrętów podwodnych dla naszej marynarki mija się z celem.

Niemiecki przemysł zdaje się znalazł ostatnio pozorne rozwiązanie tego problemu, które próbuje wcisnąć swojemu własnemu i polskiemu rządowi. Niemcy zaoferowali MON sprzedaż rakiet, których sami nie produkują, które nie istnieją, a do tego nie spełniają żadnego z technicznych kryteriów pozwalających nazwać je mianem „manewrujących”.

Co więc wymyślili niemieccy handlowcy? Otóż postanowili zaoferować stronie polskiej swoje okręty podwodne w pakiecie z norweskimi rakietami NSM produkcji koncernu Kongsberg. Rakiety te istnieją w wersji do zwalczania okrętów, ma je na stanie nasza marynarka wojenna w ramach Morskiej Jednostki Rakietowej. Oferta wydaje się być więc bardzo kusząca. Pociski te nie istnieją jednak, oprócz pokazywanej na targach plastikowej makiety, w wersji manewrującej, wystrzeliwanej z okrętu podwodnego. Co więcej norweska firma nigdy jeszcze nie wyprodukowała rakiety wystrzeliwanej spod wody, a jest to technologia opanowana jedynie przez kilku producentów na świecie. Załóżmy jednak, że w momencie wejścia do służby sprzedanych MON niemieckich okrętów podwodne rakiety NSM zostaną już wyprodukowane. Niestety będą one bezużyteczne w roli broni odstraszania, a to z co najmniej trzech powodów. Będą miały zbyt mały o kilkaset kilometrów zasięg aby dolecieć do „interesujących” dla MON strategicznych celów na terytorium naszego ewentualnego przeciwnika. Ich głowica bojowa wypełniona będzie dwa razy mniejszą ilością materiałów wybuchowych niż w przypadku innych rakiet. I wreszcie, rakiety NSM nie będą rakietami manewrującymi, ponieważ nie będą w stanie dostosowywać swojego lotu do rzeźby terenu. To właśnie ta cecha pozwala nazwać rakietę manewrującą i sprawia, że jest to wyjątkowo skuteczne uzbrojenie.

To jednak nie niemiecka strona poniesie ryzyko, jeśli Norwegia nie poradzi sobie z tematem opanowanym do tej pory na zachodzie jedynie przez Amerykanów i Francuzów. To ryzyko, tak jak zresztą wszystkie koszty opracowania nowej rakiety weźmie na siebie pierwszy klient, czyli polski resort obrony. Niemieckiemu rządowi może być nawet na rękę, że Polacy nie będą mieli działającej broni odstraszania. W końcu wydadzą w niemieckiej stoczni pieniądze na bezużyteczne bez rakiet okręty podwodne, a do tego nie będą wprowadzać dodatkowego elementu niepewności do stosunków niemiecko-rosyjskich które, jak wiadomo od czasu gazociągu Nord Stream, Niemcy lubią układać ponad naszymi głowami.

„Wyjątkowa” oferta niemiecka nie odpowiada więc zupełnie na priorytetową potrzebę MON zakupu rakiet manewrujących jako broni odstraszania wobec naszego agresywnego sąsiada. Prawdziwe rakiety manewrujące dalej mogą sprzedać Polsce jedynie Amerykanie lub Francuzi.

Niemiecki koncern TKMS ma jeszcze jeden kłopot. Niedawno prasa niemiecka ujawniła przypadkiem, że okręty podwodne 212NG, które zaoferowano Polsce, kosztują niemieckiego podatnika 925 mln euro za sztukę, podczas gdy inne jednostki tej klasy sprzedawane są za około 500 mln za okręt. Najpewniej dlatego właśnie Niemcy naciskają na szybkie porozumienie międzyrządowe. Wiedzą bowiem, że ich zbyt drogie okręty podwodne, do tego bez rakiet manewrujących, nie miały by szans w przetargu, w którym uczestniczyć mają przynajmniej jeszcze dwie inne stocznie.

Sprawa rozegrać się ma w ciągu najbliższych tygodni. Być może MON kupi astronomicznie drogie niemieckie okręty podwodne w pakiecie nieistniejącymi rakietami. A może wybierze jakiekolwiek inne rozwiązanie, które pozwoli Polsce odstraszać potencjalnego agresora czymś więcej niż obietnicami niemieckich handlowców.
Źródło: niezalezna.pl

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

„Gazeta Polska”: Goebbelsowskie kłamstwa niemieckich mediów

/ Wikipedia

Piotr Lisiewicz

Szef działu „Kraj” w tygodniku „Gazeta Polska”. Na jej łamach publikuje m.in. całostronicowe felietony o charakterze satyry politycznej.

Kontakt z autorem

„To już zmierza w kierunku dyktatury. Jestem Niemcem. W latach 30. XX wieku doświadczyliśmy tego. Uważam, że nie wolno dopuścić, aby powtórzyło się to gdziekolwiek na świecie, a na pewno nie w takiej wspólnocie wartości, jaką jest Unia Europejska” – powiedział o wolności słowa w Polsce Frank Überall, szef niemieckiego stowarzyszenia dziennikarzy.

Wywiad dla „Deutsche Welle” jest ważny, bo nikt wcześniej nie pokazał aż tak otwarcie, czarno na białym, jak Niemcy za pomocą wulgarnych kłamstw prowadzą swoją szowinistyczną politykę.

Z wywiadu jasno wynika, że nie chodzi tylko o kłamliwe wyzwiska, ale też o to, by spowodowały one naciski polityczne i ekonomiczne, utrudniające Polsce prowadzenie niepodległościowej polityki.

Na czym polega wyjątkowość wywiadu Franka Überalla na tle innych antypolskich wystąpień? Na tym, że jest on mniej mądry od niemieckich polityków i pewne rzeczy powiedział wprost. Tak że każdy leming może przeczytać: w Polsce nie ma „wymiany krytycznych poglądów”. Żeby w to uwierzyć, leming musiałby potwierdzić, że w Polsce nie ma TVN, Polsatu, Onetu czy Wirtualnej Polski. W rzeczywistości media antyrządowe nadal mają przewagę praktycznie w każdym sektorze medialnego rynku, z wyjątkiem mediów społecznościowych, a więc tworzonych oddolnie.

Po co więc to kłamstwo? A może raczej do kogo jest ono skierowane, skoro każdy Polak, choćby po cichu, potwierdzi, że powyższe wypowiedzi są nieprawdziwe, bo na rynku mediów nie zmieniło się nic istotnego, poza zmianą w mediach publicznych, która dokonywała się już u nas, cyklicznie, wiele razy.

„Kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą” ‒ to jeden z najpopularniejszych cytatów z Goebbelsa. Ale nie był on pojedynczym bon-motem, tylko częścią konkretnego, także antypolskiego planu.

Gdy po podbiciu przez Niemców Polski we wrześniu 1939 r. wielu niemieckich oficerów nie ukrywało podziwu dla waleczności polski żołnierzy (jak wspomina Andrzej Bobkowski w „Szkicach piórkiem”, podobne opinie słyszało się na każdym kroku), Goebbels ganił takie wypowiedzi surowo:

„Zajmuję raz jeszcze stanowisko, aby nie heroizować narodu polskiego i pozbyć się sentymentalnego do niego stosunku. (…) Historia tego narodu musi dobiec kresu”.

Odwiedzając Belweder, Goebbels jasno wskazał, jakie jest zagrożenie dla niemieckiej polityki, do którego powtórzenia nie można już nigdy dopuścić:

„Wizyta w Belwederze. Tutaj polski marszałek żył i pracował. Oto łoże, na którym umarł. Tutaj człowiek może się nauczyć, jakich błędów należy unikać – nie można dopuścić, aby polska inteligencja miała szanse rozwoju”.

Więcej w najnowszym numerze tygodnika „Gazeta Polska”

 

Źródło: Gazeta Polska

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl