Polska–Francja. Kto kogo wyzyskuje

Francuzi w sprawach gospodarczych to wyjątkowi hipokryci. Krytykują polskie koszty pracy, zarabiając na nich. Unikają prywatyzacji własnych przedsiębiorstw, za to ochoczo prywatyzują zagraniczne. Nie dopuszczają do ekspansji hipermarketów nad Sekwaną, ale gremialnie otwierają je gdzie indziej.

Najłatwiej jest obśmiać albo obgadać w towarzystwie kogoś, kogo akurat nie ma. Nie będzie miał możliwości odpowiedzieć na nasze żarty czy zarzuty, poza tym można liczyć, że nawet się nie dowie, iż zabawiliśmy się jego kosztem. Najlepiej, jeżeli jest w towarzystwie nowy albo z jakiegoś względu na słabszej pozycji. Można założyć, że nawet jeśli wszystko do niego dojdzie, to będzie bał się odezwać. Jak widać, jest to strategia typowa raczej dla miernych typków chcących tanim kosztem wyjść na kogoś lepszego, niż są. Dosyć wymowne jest, że pod koniec kampanii wyborczej zastosował ją nowy prezydent Francji Emmanuel Macron. Za przenosiny nad Wisłę fabryki Whirlpoola winą obciążył Polskę, ergo: Polacy nieuczciwie konkurują z Francuzami, na czym ci drudzy tracą. Łatwo i przyjemnie – można było być pewnym, że przed fabryką w Amiens nie będzie polskich dziennikarzy, którzy przycisną autora tych absurdalnych teorii. A nawet jeśli dojdą one do rzekomych winowajców, to właściwie co z tego? Nowi są w towarzystwie, a i jeszcze sporo biedniejsi, więc co najwyżej trochę pomruczą i im przejdzie.

Interesy przed wartościami

Żeby być uczciwym, trzeba przyznać, że wycieranie sobie gęby Polakami jest nie tylko domeną Francuzów i liberalnych polityków. W końcu na największą skalę zrobił to konserwatywny premier Wielkiej Brytanii David Cameron, który w kampanii referendalnej na temat brexitu co rusz przywoływał Polaków rzekomo masowo podbierających Brytyjczykom zasiłki na dzieci. Mimo że świadczenia trafiające z tego tytułu do Polaków stanowiły tak drobny ułamek, że dla kosztów polityki rodzinnej na Wyspach nie miały one żadnego znaczenia. Jak widać, zachodni Europejczycy lubią mówić o fundamentach UE – czyli swobodnym przepływie osób, towarów i usług – głównie wtedy, gdy im się to opłaca. Gdy zaczynają z nich korzystać także nowi członkowie wspólnoty, i to jeszcze kosztem tych starych, nagle okazuje się, że nie są już takie wspaniałe. Tymczasem trudno uznać wzajemne otwarcie rynków za niekorzystne dla krajów zachodniej Europy. To one korzystały na potęgę z integracji europejskich rynków i korzystają nadal, zresztą prawdopodobnie bardziej niż państwa z naszej części Europy. I czynią to na tak wielu polach, że słysząc bzdurne oskarżenia rzucane przez polityków pokroju Macrona, można chyba tylko bezradnie wzruszyć ramionami.

Tanio jak nad Wisłą

Macron oburzył się, że Whirlpool przeniósł się nad Wisłę z powodu tutejszych niskich płac, tymczasem właśnie francuskie firmy korzystają z tych niskich płac w najlepsze. Według najnowszych danych Eurostatu średni godzinowy koszt pracy wynosi we Francji 35,6 euro, a w Polsce 8,6 euro – czyli cztery razy mniej. I to właśnie dlatego francuskie firmy od 1989 r. stworzyły w naszym kraju kilkaset tysięcy miejsc pracy – nie dlatego, że tak pragną zatrudniać Polaków, ale dlatego, że chcą maksymalizować swoje zyski, płacąc Polakom nawet kilka razy mniej niż zachodnim Europejczykom. Zwiększone dzięki temu zyski płyną przecież nad Sekwanę, czyli na niskich polskich płacach korzysta cała Francja. Tamtejszy producent opon Michelin, mający fabrykę w Olsztynie, czy gigant Lafarge, posiadający w naszym kraju kilkadziesiąt cementowni, należą spośród zagranicznych firm w Polsce do najbardziej zyskownych. Jeśli Francuzom tak bardzo przeszkadzają polskie niskie koszty pracy, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby je podwyższyli we francuskich zakładach nad Wisłą. W końcu nie ma powodu, żeby pracownik należącej do francuskiej Grupy PSA fabryki Opla w Gliwicach zarabiał cztery razy mniej niż robiący niemal dokładnie to samo pracownik fabryki Peugeota w Sochaux. Oczywiście tego Francuzi nigdy nie zrobią – bo to zwyczajnie im by się nie opłacało. Lepiej prawą ręką korzystać z niskich kosztów pracy nad Wisłą, a lewą ciskać na Polaków gromy za... niskie koszty pracy nad Wisłą.

Prywatyzując Polskę

Francuzi też bardzo chętnie uczestniczyli w „prywatyzacji” polskich przedsiębiorstw. Szczególnie celowali w kupowanie firm z branż, których sami nigdy by nie sprywatyzowali. A używali do tego... państwowych firm. I tak strategiczną spółkę Telekomunikacja Polska na raty zakupił France Telecom (obecnie Orange), którego największym udziałowcem jest francuskie państwo.

Początkowo zrobili to w konsorcjum z Kulczyk Holding, który miał być listkiem figowym przykrywającym fakt, że sprzedajemy czołową spółkę z krytycznej branży państwowej spółce z innego kraju. Po krótkim czasie Kulczyk odsprzedał wszystkie swoje udziały Francuzom, można więc spokojnie powiedzieć, że firma Kulczyka robiła w tej całej operacji za słupa. Obecnie Orange osiąga w naszym kraju co rok kilkanaście miliardów złotych przychodów i z reguły około ćwierć miliarda zysku na czysto (choć w ostatnim roku zanotował stratę). Prywatyzację polskiej infrastruktury ciepłowniczej upodobał sobie inny państwowy gigant znad Sekwany. EdF, w którym państwo francuskie ma zdecydowaną większość udziałów (85 proc.), kupił w naszym kraju wiele dużych elektrociepłowni (chociażby w Rybniku czy Krakowie), a na niektórych zarabiał bezpośrednio – np. elektrociepłownię w Tarnobrzegu kupił za 8 mln zł, a niewiele później odsprzedał... pięć razy drożej. Jak widać, Francuzi, którzy wielką estymą darzą państwową własność, a wielką niechęcią prywatyzację, nie mają skrupułów, żeby zarabiać na prywatyzacji w słabszych gospodarczo krajach.

Hipermarkety dobre za granicą

Francuzi również bardzo ochoczo skorzystali z otwarcia naszego rynku, wchodząc gremialnie w najbardziej opłacalne obszary działalności. Oczywiście w najbardziej spektakularny sposób uczynili to w handlu wielkopowierzchniowym – ich trzy wielkie sieci Auchan, E.Leclerc i Carrefour w 2014 r. osiągnęły 20 mld zł przychodu. Dodatkowo francuskie sieci lubują się w optymalizacji podatkowej – w końcu to Carrefour zasłynął z tego, że w jednym roku podatkowym nie zapłacił w Polsce ani złotówki CIT-u. Co ciekawe, Francuzi, którzy walnie przyczynili się do dominacji hipermarketów w polskim handlu, u siebie... skutecznie hamują ich rozwój. Francuskie prawo ograniczające ekspansję hipermarketów jest jednym z najostrzejszych w UE. Są tam one w zasadzie wyrugowane z centrów miast oraz mniejszych miejscowości. Francuski kapitał jest też aktywny w polskim sektorze bankowym – należący do BNP Paribas bank BGŻ według aktywów jest ósmym największym bankiem w Polsce, a nad Wisłą działają jeszcze Crédit Agricole i Eurobank. Jedna trzecia zysków francuskich banków w Polsce od razu wypływa z naszego kraju prosto nad Sekwanę w postaci dywidend. Francuzi korzystają też z polskich zamówień publicznych – przykładowo w 2014 r. otrzymali od polskich instytucji publicznych 46 zamówień, tymczasem w tym samym roku Polacy dostali od Francuzów... całe jedno zamówienie publiczne. To i tak dużo, bo w 2015 r. już okrągłe zero.

Francuzi w kwestiach gospodarczych są wyjątkowymi hipokrytami. Psioczą na polskie koszty pracy, jednocześnie na nich zarabiając. Unikają prywatyzacji własnych przedsiębiorstw, za to ochoczo prywatyzują przedsiębiorstwa zagraniczne. Nie dopuszczają do ekspansji hipermarketów nad Sekwaną, ale gremialnie zakładają je za granicą. Miejmy nadzieję, że któryś z polskich polityków przypomni o tym wszystkim nowemu prezydentowi Francji, zanim ten znów uraczy nas swoimi wynurzeniami.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...
Najnowsze opinie
Platforma w kiblu

Platforma w kiblu

Jak Lis zdusił rysia

Jak Lis zdusił rysia

Wraca 1989

Wraca 1989

Tusk przeżuty i wypluty

Tusk przeżuty i wypluty

Bałtycki efekt „Zapadu-17”

Bałtycki efekt „Zapadu-17”

Platforma w kiblu

Sprawa nazwana została przez internautów #SzczerbaWKiblu. Jest o tyle żenująca, co ciekawa. Głównie z jednego powodu. Oddaje w pigułce sposób postępowania i myślenia całego środowiska politycznego, z którego pan poseł się wywodzi.

„Jeśli taka sytuacja miała miejsce, mimo że jej nie pamiętam, to jest mi po prostu przykro i przepraszam” – napisał poseł Platformy Obywatelskiej w komentarzu pod relacją na Facebooku, opisującą brawurową akcję wymijania przez posła Szczerbę kolejki do toalety.

Poseł Szczerba nie pamięta, czy na pewno władował się do toalety bez kolejki, nie pamięta, czy poprawiając fryzurę przed lustrem czekał, aż drzwi uchylą się na tyle sekund, ile potrzebne jest obrońcy demokracji na wyprzedzenie czekających za potrzebą zwykłych zjadaczy chleba i zamknięcie się w zaciszu kabiny. Nie przypomina sobie, czy w kabinie zaciął się zamek, nie pamięta też, czy ktoś pomógł mu wydostać się z pułapki, wreszcie nie pamięta, czy po uwolnieniu mroził wyrolowanych współtowarzyszy z kolejki spojrzeniem i tekstem, że sobie ich zapamięta. Wreszcie poseł Szczerba nie pamięta, czy wytrącił dziennikarzowi z ręki telefon, którym ten chciał scenę uwiecznić. Sprawa nazwana została przez internautów #SzczerbaWKiblu. Jest o tyle żenująca, co ciekawa.

Głównie z jednego powodu. Oddaje bowiem w pigułce sposób postępowania i myślenia całego środowiska politycznego, z którego pan poseł się wywodzi. Spójrzmy na tę sekwencję raz jeszcze: pan poseł omija osoby stojące w kolejce, sugerując, że przybył tu w zupełnie innym celu niż jest naprawdę – że przyszedł tylko umyć ręce. To podstęp stosowany przez szefów pana Szczerby wielokrotnie – ot, choćby przez byłego premiera, który starając się o poparcie w wyborach, zaprzeczał, aby starał się o jakiekolwiek stanowisko zagraniczne.

Tylko po to, by objąć je natychmiast, kiedy otworzyły się drzwi do takiej możliwości. Symboliczne jest również zacięcie się pana posła w miejscu odosobnienia. To albo spektakularna nieudolność, albo kuriozalny pech, niczym w wypadku suto opłacanych platformianych budowniczych nieistniejącej elektrowni jądrowej lub związków z krętaczami od Amber Gold. Sprawdzona metoda obrońców demokracji objawiła się również po uwolnieniu pana posła z zatrzaśniętej kabiny. Cóż bowiem stara się zrobić pan poseł z osłupiałymi świadkami swojego bezczelnego i nieudolnego występu? Zastraszyć. Bierze przykład ze swoich szefów, którzy niegdyś do śmiejących się im w twarz kibiców mówili: „Idziemy po was” i organizowali przeciwko nim miejskie łapanki, jak w czasie słynnej akcji „Widelec”. Kiedy jednak próby zastraszenia przynoszą efekt odwrotny do spodziewanego, a świadkami kompromitacji polityka okazują się być przedstawiciele mediów, ten sięga po inny sprawdzony w boju sposób działania: wali w dziennikarzy. I znowu robi to samo, co jego macierzysta partia czyniła, kiedy gazety ujawniały niewygodne dla niej fakty: używa siły, niczym Donald Tusk, wysyłając ABW do siedziby tygodnika „Wprost”. Kiedy zaś mleko się rozleje i wydaje się, że kompromitacja jest pełna, a jedyne, co pozostaje, to zaszyć się w mysiej dziurze, poseł Szczerba daje dowód, że jest wzorcem z Sèvres działacza Platformy: mówi po prostu, że nie pamięta, czy coś takiego się wydarzyło.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Jak Lis zdusił rysia

Czasami w „Newsweeku” można trafić na prawdziwą perłę kunsztu dziennikarskiego, tekst-symbol: rzetelności, obiektywizmu, a nade wszystko wiedzy autora. Koneserzy mogli odnaleźć takie cudo w tygodniku Lisa sprzed tygodnia. „Newsweek” po raz kolejny ruszył na łowy. Na celownik – nie pierwszy raz – wziął księdza Tomasza Duszkiewicza, sprawującego posługę w Lasach Państwowych.

Dla tygodnika, którego niemiecki wydawca cyklicznie wskazuje swym żurnalistom, co mają pisać, duchowny jest bohaterem wprost wymarzonym. Po pierwsze, bezkompromisowo przez lata domagał się prawdy o Smoleńsku; po drugie, upamiętnia Żołnierzy Wyklętych; po trzecie, z ogromnym sukcesem zainicjował Ekologiczne Forum Młodych w Białowieży; a po czwarte, obnaża manipulacje tzw. ekologów dotyczące stanu puszczy. Jak widać, pismo Lisa ma aż nadto powodów, by uderzać w księdza Duszkiewicza. I ostatnio zapodało swym czytelnikom kolejną opowieść o nim. Tym razem dziennikarz „Newsweeka” wyśledził, że duchowny gołymi rękoma udusił... rysia. Prawdziwego! Dzikiego kota! Oto historia tego przyrodniczego thrillera: ksiądz pędził puszczańskim duktem autem i dostrzegł kocura. Wcisnął hamulec, wyskoczył z samochodu, wyciągnął sztucer i trach. Ryś padł. Zaciągnął bestię do bagażnika i pognał dalej. Po jakimś czasie ustrzelony ze sztucera zwierz „ocknął się”. Demoniczny duszpasterz gołymi rękoma zawiązał mu sznurek na szyi i – jak pisze „Newsweek” – „zdusił”. Tę dramatyczną relację żurnalista cytuje za myśliwym, który zapewne bojąc się, że koledzy z koła zabiją go śmiechem, prosił redakcję o anonimowość. A teraz ze świata konfabulacji przenosimy się do realu. Każdy, kto ma blade pojęcie o zwierzęciu o nazwie ryś, wie, iż artykuł z „Newsweeka” to bujda na resorach. By wypisywać takie brednie, trzeba być albo skończonym idiotą, albo człowiekiem chorym z nienawiści do wszystkiego, co wiąże się z działalnością publiczną ks. Duszkiewicza. Opowieść o rysiu uduszonym gołymi rękoma pokazuje stan wiedzy redakcji, która co rusz wymądrza się na temat Puszczy Białowieskiej. Ludzie, którzy krytykują i pouczają leśników, twierdzą, iż zwierzę polujące na jelenie i łanie, będące groźnym przeciwnikiem dla wilka, mające pazury tylko nieco mniejsze od lamparcich, można złapać za szyję i dusić. A do tego jeszcze wyjść bez szwanku z takiej konfrontacji. Pomijam już fakt, iż żaden ryś – nawet cudem spotkany na puszczańskiej drodze – nie spędziłby nawet ułamka sekundy na wpatrywaniu się w zatrzymujący się samochód i wysiadającego z niego człowieka. Można powiedzieć: takie cuda to tylko w „Newsweeku”.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl