​Strategia ekscesów

Warto się zastanowić, czy znaczna część poplatformerskiej opozycji pogodziła się z demokratycznymi wynikami wyborów z 2015 r. Jak się zdaje, dziś w KOD-zie nie tylko deprecjonują legalny werdykt wyborców, ale chcą utrzymać atmosferę społecznego podenerwowania – z braku merytorycznej wizji własnej polityki antypis chwyta się strategii ekscesów.

Bardzo szybko po 10  kwietnia 2010 r. rozpoczęła się coraz bardziej niesmaczna gra na szyderstwo, nieraz najbardziej dotkliwie uderzająca w pamięć i cześć zmarłej pary prezydenckiej. Czasem racjonalizowana i estetyzowana za pomocą pojęć z pogranicza nauk humanistycznych i publicystyki, służyła jako element gry politycznej i światopoglądowej, współformowała i legitymizowała antypisowski przekaz. Liberalna inteligencja, mocno zaprzyjaźniona z Platformą Obywatelską i w znacznej mierze zależna od niej finansowo i instytucjonalnie, chętnie korzystała w tej materii z analiz i tekstów pochodzących wprost z lewicowych środowisk, które nicowały to, co nazywały „religią smoleńską”. Na marginesie: dawało to obu stronom poczucie, że nieźle się ze sobą dogadują. Dziś jednak dobrze widać, że czynniki decyzyjne postplatformerskiej opozycji znacznie częściej mrugają okiem w stronę zdecydowanie bardziej prawicowego niźli liberalnego obyczajowo i lewicowego/lewicującego elektoratu.

Dyskurs i eksces

Liberalny i nowolewicowy dyskurs dawały pojęciowe zaplecze mediom związanym z PO, które – w mniej już subtelny sposób – przekładały je z kolei na język czytelny dla masowego odbiorcy. Ale potrzeba było czegoś więcej – nośnikiem treści dla znacznej części mediów jest emocja: silna, ogniskująca uwagę, rozpalająca wyobraźnię. Krzyże z puszek po piwie, publiczne oddawanie uryny, niemała dawka obelżywości wobec „ludu smoleńskiego” – to wszystko było widać gołym okiem tuż po Smoleńsku i później. A to dlatego, że „jaśnieoświecone” nowo-stare elity IIII Rzeczypospolitej żyją wedle logiki podwójnych standardów: gdy trzeba, są piewcami inteligenckiej kultury, humanistycznych wartości, tolerancji itp.; gdy jednak trzeba wywrzeć presję społeczną, nie oszczędzą swoich przeciwników – kiedyś to były ofiary transformacji, dziś wszyscy, którzy nie chcą być po ich stronie.

A zatem „dyskurs” to awers walki politycznej i światopoglądowej. Rewersem jest „eksces”, który bazuje na konfrontacji, dąży do niej i ją wymusza. Gdy opadły już nieco emocje po 10 kwietnia 2010 r., a kompradorskie elity III RP oraz utrzymywani przez nie robotnicy umysłowi (wedle określenia Jana Wacława Machajskiego) poczuły, że status quo został utrzymany, eksces nie był już aż tak potrzebny – wszak to obosieczna broń, narzędzie destabilizacji nastrojów społecznych, a to mogło rykoszetem uderzać też w ówczesny obóz władzy. Jednak jesienią 2015 r. sytuacja uległa potężnej zmianie. Ku zdumieniu i przerażeniu swoich popleczników nie tylko Bronisław Komorowski, ale i cała platformerska formacja przejechała na pasach niepełnosprawną zakonnicę w ciąży (ciekawe, czy Adam Michnik boleśnie pogryzł sobie język po przegranych przez PO wyborach). W tych realiach eksces musiał wrócić do pełni łask.

Strategia „na kolizję”

Jeżeli w Krakowie zwolennicy i zwolenniczki KOD-u celowo blokują wjazd rządowych samochodów na Wawel, mamy do czynienia ze świadomą strategią „na kolizję”: eksces nie tylko daje okazję do medialnego zaistnienia, ale i wymusza reakcję drugiej strony. Dla władzy to wizerunkowo niebezpieczne, ponieważ w wydarzenia zakłócające porządek muszą zaangażować się służby publiczne jednoznacznie kojarzone z ewentualnym użyciem siły. Medialny ładunek, który idzie wówczas w świat, jest prosty: policja interweniuje w obronie opresyjnej władzy (w dodatku w zachodnich mediach łatwiej okrasić materiał mocniejszym epitetem). Jeśli przekaz ma właściwie wybrzmieć, a przecież w znacznej części krajowych i zachodnich mediów jest on antypisowski, to nie jest już istotne, kto komu stanął na drodze – ważne, jaki obraz utrwala się widzom w pamięci.

Eksces nabiera już cech niby-instytucjonalnych: postplatformerska opozycja, funkcjonująca z pomocą różnego rodzaju mniej lub bardziej formalnych grup oddziaływania, wzięła na cel miesięcznice ku czci ofiar katastrofy smoleńskiej. Gdy spojrzeć na to z dystansu, rzecz jest niewiarygodna: miesięcznice są organizowane zgodnie z wymogami prawa, mają miejsce w określonym czasie i miejscach, są dobrowolnym spotkaniem ludzi, którzy tworzą jasno zdefiniowaną wspólnotę pamięci. Owszem, stanowią także wspólnotę polityczną – ale nie wymuszają przecież współuczestnictwa na osobach postronnych. A jednak z całą premedytacją stosowana jest obecnie wobec nich ze strony przeciwników politycznych strategia ekscesu, strategia kolizji. Rzecz idzie naprawdę daleko: niedawno zelżony i pobity na miesięcznicy został Adam Borowski, legendarny opozycjonista z czasów PRL-u, szef warszawskiego klubu „Gazety Polskiej”. Czy zaatakował cudzą manifestację? Nie, skądże. To jego napadnięto, gdy brał udział w zupełnie legalnym wydarzeniu.

Demokracja i konflikt

Rzecz jasna, nie istnieją bezkonfliktowe społeczeństwa – także w warunkach demokratycznych narody nie tworzą jednolitej i jednomyślnej wspólnoty. Napięcia społeczne, protesty i strajki rozlicznych grup zawodowych, konflikty klasowe, przemoc związana z psychologią tłumu, różne formy opresji fizycznej i symbolicznej w obrębie większych i mniejszych społeczności, samoobrona słabych przed eksmisjami – to wszystko jest częścią także demokratycznego świata. Tylko ludzie bardzo naiwni i zawodowi moraliści nie potrafią się pogodzić z faktem, że wielkie zwierzę, czyli społeczeństwo, jest po części żywiołem nieokiełznanym i agresywnym. Ale równocześnie nie cieszy myśl, że ewidentnie część antypisu traktuje dosłownie już rozumianą przemoc jako element politycznego i medialnego show.

Oczywiście poturbowanie lewicowej aktywistki, która wraz z innymi osobami stanęła naprzeciw ludzi uczestniczących w miesięcznicy, także jest czymś złym. Polityczny manicheizm kazałby usprawiedliwiać jedną przemoc, a bagatelizować inną. Ale obiektywnie rzecz biorąc, każdy akt przemocy jest ogromnym problemem, wzmacnia poczucie nerwowości społecznej, blokuje możliwość rozmowy, daje prymat złym emocjom. Ważna rzecz: nie tak mało znanych mi osób z lewicy z niesmakiem reagowało choćby na krakowskie ekscesy, związane z blokowaniem przez antypisowskie środowiska dojazdu na Wawel. Poczucie niestosowności pewnych zachowań na szczęście wciąż jest apolityczne.

Niestety, wszystko wskazuje na to, że kurs na eksces będzie kontynuowany przez środowiska niepogodzone z wciąż niedawną przecież zmianą władzy w państwie. Eskalacja napięcia to także część ostro toczonej gry pt. „Próba odzyskania władzy”.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Rewolucja wśród cieni

Poprzedni tydzień obfitował w wiele wydarzeń o szczególnym znaczeniu. Niewątpliwie dwa z nich zasługują na wyjątkową uwagę. Mowa o wstąpieniu w szeregi Platformy Obywatelskiej byłego szefa BOR, generała Mariana Janickiego, oraz zapowiadana przez Grzegorza Schetynę „rekonstrukcja gabinetu cieni”.

Mówiąc (nie)poważnie, gdybym nie wiedział, że oba te fakty są prawdziwe, pomyślałbym, że wyciekł scenariusz do kolejnego odcinka „Ucha prezesa” lub że któryś z młodych reżyserów pozazdrościł fantazji Stanisławowi Barei i zabiera się do kręcenia komedii absurdów.

Jednak nie. Wielokrotnie skompromitowany i skazywany na polityczny niebyt mało lotny gen. Janicki musi być niewątpliwie wielkim wsparciem dla Platformy, bo w Krakowie jego „wstąpienie w szeregi” zapowiadał z poważną miną Tomasz Siemoniak, były minister obrony narodowej. Cóż, chciałoby się powiedzieć, że „wielkie umysły myślą podobnie” ‒ mówiący swego czasu do stołowej lampki Siemoniak wydaje się być doskonałym entourage do wiecznie z siebie zadowolonego Janickiego. Rola tego ostatniego jest jeszcze nieznana, ale można mieć pewność, że w „gabinecie (wiecznych) cieni” może liczyć na stanowisko godne rangi znanego z „taśm prawdy” dwugwiazdkowego generała, szefa BOR, który w momencie katastrofy smoleńskiej błąkał się po straganach wśród przekupek na krakowskim rynku Kleparskim.

A o tym, że w samym gangu tzw. cieniasów trwają roszady, świadczyć może zapowiedź Grzegorza Schetyny. Bywają także rekonstrukcje gabinetu cieni i oczywiście zrobimy to ‒ powiedział przewodniczący Schetyna na antenie Radia RMF FM. I jak się okazuje, jest to rekonstrukcja fundamentalna. Oto Borys Budka będzie kandydował do zarządu krajowego. ‒ Bardzo bym chciał, żeby kontynuował swoją misję wiceprzewodniczącego Platformy ‒ mówił Schetyna. Takie samo stanowisko widzi dla Ewy Kopacz. Cóż, w ramach „gabinetu cieni” Schetyna może zrobić nawet konia senatorem, Janickiego Królem Polinezji, a siebie samego Imperatorem Galaktyki. Szczęśliwie nie ma to najmniejszego znaczenia. I oby jeszcze długo nie miało.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl