Tusk idzie po żyrandol

Triumfalny powrót Donalda Tuska śnił się po nocach wielu uczestnikom polskiego życia politycznego. Wygląda na to, że nie mogą oni już dłużej czekać, ryzykują więc falstart i niepomni doświadczeń z lat 2005 oraz 2015 już dziś uznają kwestię przyszłej prezydentury za przesądzoną.

Tymczasem Tusk dostarczył przeciwnikom po drodze mocnych argumentów, które sprawiają, że po stronie jego zwolenników nie ma podstaw ani do triumfalizmu (który bierze się w dużym stopniu z potrzeby jakiegokolwiek sukcesu na arenie krajowej), jak i fatalizmu, który co prawda obcy jest jak na razie także wyborcom PiS‑u i Andrzeja Dudy, ale zdaje się atakować szeregi wyborców mniej przywiązanych do rządzących. Zanim przypomnę owe argumenty, prześledźmy, co dzieje się wokół Tuska.Sukces wizerunkowy

Wybór Donalda Tuska na drugą kadencję na stanowisku szefa Rady Europejskiej został przedstawiony jako wielki sukces tego polityka, a zarazem porażka rządu Beaty Szydło, według mediów osamotnionego, skonfliktowanego z Europą, z sojusznikami – państwami V4 i Wielką Brytanią włącznie. Kolejne wydarzenia pokazują, że w naszych relacjach z innymi krajami UE nie zmieniło się nic, a z kim do tej pory potrafiliśmy się dogadać, dogadujemy się nadal. Problemem w całej sprawie nie było to, że Warszawa przemówiła własnym głosem, lecz że rządzący nie wyjaśnili Polakom w pełni przyczyn takiej decyzji co do Tuska – być może należało temat podjąć wcześniej i bardziej stanowczo. Po ogłoszeniu kandydatury Jacka Saryusza-Wolskiego wydawało się, że Prawo i Sprawiedliwość ma jakiś pomysł na wykorzystanie tej postaci w polityce, tymczasem brakuje tu spodziewanego ciągu dalszego.

Sukces Tuska (raczej wizerunkowy niż faktyczny) kontrowany jest przez problemy, które ma w Polsce. W marcu ujawniono, że Tusk wyraził zgodę na nawiązanie bezprecedensowej w wypadku państw niebędących sojusznikami współpracy między służbami specjalnymi Polski i Rosji, będącej de facto jednostronnym podporządkowaniem naszej SKW zachciankom Rosjan. To w tej sprawie, co przez media jest pomijane lub spychane na margines propagandowego słowotoku, Donald Tusk musiał się stawić w warszawskiej prokuraturze w charakterze świadka, nie oskarżonego, co sugerują wypowiedzi o politycznym tle rzekomych prześladowań. Tymczasem, co pamiętamy jeszcze z czasów „Olina”, oskarżenie o zdradę, które można będzie zapewne wyprowadzić z tej afery, Polacy uważają za jedno z poważniejszych i dyskwalifikujących polityka. I choć nie zrobi ono wrażenia na odpornych na tego typu argumenty wyborcach PO czy Nowoczesnej, będzie miało duży wpływ na wynik wyborów prezydenckich z ewentualnym udziałem Tuska. Nad byłym premierem chmury gromadzą się również nieuchronnie w miarę trwania prac komisji ds. Amber Gold, która, co warto zauważyć, pracuje sprawnie i zważywszy na postawę posłów partii opozycyjnych, poza Krzysztofem Brejzą z PO, wymyka się logice sejmowego konfliktu. Każde przesłuchanie to kolejny odcinek serialu „Państwo teoretyczne Donalda Tuska”. Trudno przewidzieć, jakie konsekwencje polityczne dla europrezydenta (czy tym bardziej prawne) będzie miała praca Małgorzaty Wassermann oraz jej kolegów i koleżanek. Można być jednak pewnym, że jej konkluzja będzie miała negatywny wpływ na jego wizerunek.

Zdrada, złoto, bursztyn

Zarówno afera Amber Gold, jak sprawa współpracy SKW ze służbami Putina pokazują, że kluczowe jest przypominanie Polakom, że sukces Donalda Tuska w polityce międzynarodowej swoje korzenie ma nie tylko w uległości wobec Niemiec (przez jego własnych wyborców traktowanej jako coś oczywistego i pożądanego), lecz przede wszystkim w strachu przed odpowiedzialnością za nadużycia i zaniechania popełnione podczas sprawowania władzy w Polsce. To właśnie dzięki temu w roku 2015 podziękowali Ewie Kopacz i Bronisławowi Komorowskiemu. Tak, by Tusk, który kreował się na męża opatrznościowego przychodzącego z zewnątrz, musiał się zderzyć ze swoją przeszłością. Sprzymierzeńcem będzie dla niego dość krótka społeczna pamięć, przeciwnikiem – siły, które w 2015 r. opowiadały się za zmianą, a więc nie tylko PiS, lecz także większość Kukiz’15 i opozycji pozaparlamentarnej. Zadanie utrudniać mu będą również sojusznicy w kraju będący dla niego co najmniej kłopotliwym wsparciem, jeśli nie największą przeszkodą.

Widzieliśmy to już na dworcu w Warszawie. Triumfalny na pozór przyjazd Tuska do kraju był de facto kiepskim wizerunkowo posunięciem. Czerwone kartki w dłoniach zwolenników, śpiew „Sto lat” przed budynkiem prokuratury, goniąca nieporadnie za poprzednikiem skompromitowana dużo bardziej od niego w oczach potencjalnego elektoratu Ewa Kopacz i nieobecny lider macierzystej partii – to wszystko punkty, które zostały oczywiście częściowo zneutralizowane przez życzliwe media, jednak zapisały się w pamięci tych, którzy swoje preferencje i opinie kształtują głównie na podstawie przekazów internetowych. To zaś wciąż rosnąca grupa, zwłaszcza wśród najmłodszych wyborców. Również tych, którzy nie są dziś nawet uwzględniani w sondażach, jednak w 2010 r. pójdą, często po raz pierwszy, oddać głos.

Sondaże między bajki

Pamiętając o tym, trudno brać na poważnie sondaże, które, na zamówienie, wskazują przewagę Tuska nad Andrzejem Dudą w ewentualnym starciu za trzy i pół roku. Opozycja sama wpędza się w pułapkę, w którą wpadła w 2015 r. – przekonania o nieuchronności własnej wygranej i pychy. Oczywiście sytuacja jest tym razem o tyle ciekawsza, że Prawo i Sprawiedliwość musi mieć się na baczności, by również nie paść ofiarą zbytniej pewności siebie. Sympatyzujące z PiS‑em portale, które kolejne sondaże wykazujące w najlepszym razie przewagę tej partii niegwarantującą jednak absolutnej większości, a raczej zapowiadające konieczność szukania w przyszłym Sejmie koalicjanta (co nie będzie wcale łatwe), niezmiennie opatrują triumfalistycznymi tytułami, oddając rządzącym niedźwiedzią przysługę. Zostawiając na boku niemiarodajne sondaże, można jednak zaryzykować stwierdzenie, że w 2020 r. takie czynniki jak patriotyzm, polityka historyczna i umiejętność tworzenia wokół nich wspólnoty będą co najmniej tak samo istotne jak w poprzednich wyborach. Na tym polu zaś Andrzej Duda pozostaje bezkonkurencyjny, tym bardziej że PO coraz bardziej stawia się w opozycji do całej tradycji, do której odwołuje się prawica, o czym świadczą choćby ostatnie słowa Grzegorza Schetyny o Żołnierzach Wyklętych. Młodzi w koszulkach z „Inką” i Pileckim nie będą głosowali na Tuska mającego za plecami nie tylko liberałów, lecz także bezpośrednich spadkobierców komunistów.

Król ściemy powróci?

PO (razem z Nowoczesną), a więc i Tusk, mają swój stały elektorat, który widzimy na marszach KOD‑u i w ociekających jadem grupach w serwisach społecznościowych. Nie jest to jednak grupa mająca przewagę nad żelaznym elektoratem PiS‑u. Reszta, grupa przepływowa, może za kilka lat być już zmęczona PiS‑em, lecz czy to wystarczy, by wrócić do odrzuconego Tuska? Przed nami kilka lat przypominania, że nie jest on żadną alternatywą, a jedynie powrotem do fatalnej przeszłości. Pod ręką mamy fakty, wskaźniki gospodarcze, wreszcie – wiele cytatów.

„Prezydentura to wielki spektakl, a kampania wyborcza bardzo wielu wyborców ekscytuje, pociąga, to wszyscy wiemy, że po tym, jak nowy prezydent mówi słowa przysięgi, są tylko prestiż, zaszczyt, żyrandol, pałac i weto”. Czy te słowa Donald Tusk ze swojej rozmowy z dziennikarzami „Wyborczej” przypomni na billboardach swoim wyborcom w 2020 r.?

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Pakt Ribbentrop-Mołotow nadal obowiązuje

Od tego wydarzenia mija 78 lat. Wydawałoby się – „stara sprawa”. Ale zbliżenie Hitlera ze Stalinem z sierpnia 1939 r. oparte było na założeniach, które Berlin i Moskwa stosują do dziś. Jeśli Jałta jest symbolem zdrady Zachodu, to pakt oznacza redukowanie Polski. Nawet do niebytu.

Minister spraw zagranicznych nazistowskich Niemiec Joachim von Ribbentrop i jego odpowiednik sowiecki Wiaczesław Mołotow, w imieniu swoich totalitarnych dyktatorów, zawarli pakt. Współpraca ekonomiczna między tymi krajami trwała już wcześniej, ale w pakcie z 23 sierpnia 1939 r. obie strony zobowiązały się na piśmie, że nie będą wspierały żadnych sojuszy i porozumień skierowanych przeciwko sobie. Spory będą załatwiały polubownie, a w sprawie wspólnych interesów będą naradzały się we własnym gronie.

Rzecz jasna, tajny protokół dopowiadał więcej – podział Europy Wschodniej na strefy wpływów – północna granica Litwy miała być rozgraniczeniem między strefą sowiecką i niemiecką, Polska podzielona wzdłuż rzek Narew–Wisła– San, a Besarabia (dzisiejsza Mołdawia) stanie się własnością komunistycznej Rosji.

Przez ponad siedem dekad od podpisania tego dokumentu zmieniło się w polityce tak wiele, że handel berlińsko-moskiewski wydaje się podobny do porozumienia starożytnych Hetytów i Egipcjan. II wojna światowa uczyniła z dwóch totalitaryzmów sojuszników, a potem wrogów, Niemcy nieomal zniknęły z mapy silnych państw (jedna z amerykańskich koncepcji zakładała np. deindustrializację Niemiec i uczynienie z nich kraju rolniczo-pasterskiego), a świat podzielił się wzdłuż osi Moskwa–Waszyngton.

Później oś pękła i powstał świat wielobiegunowy, Unia Europejska weszła w nową fazę, a Rosję zepchnięto kilkaset kilometrów w stronę Uralu. Przynajmniej pięć zwrotów akcji w dziejach obydwu państw powinno włożyć założenia nazistowsko-komunistyczne do szuflady, ale okazuje się, że szuflada wcale nie jest zamknięta, a w poszczególnych punktach tamtego porozumienia politycy obu mocarstw cały czas grzebią i nad nimi wzdychają.

Powody, dla których 23 sierpnia 1939 r. jest nadal aktualny, zmuszają mniejsze kraje do solidarności i przeciwdziałania. Polacy powinni to zrozumieć najszybciej.

Zostawmy świat mocarstwom

Tak zdają się brzmieć nuty koncertu mocarstw, które po upadku Napoleona ustanowiły w 1815 r. w Wiedniu nowy ład – przedstawiciele europejskich potęg podzielili Europę, rysując granice z łatwością szkolnego ćwiczenia z plastyki. I tak sposób urządzania życia narodom, polegający na porozumiewaniu się silnych ponad słabymi wszedł do polityki jako zwyczaj, nawyk, odruch.

Ten system rozbił w 100 lat później prezydent USA Woodrow Wilson, który walnął pięścią w europejski stół i zarządził zasadę o samostanowieniu narodów. Każdy naród urządza się, jak chce, a granice ustalamy tak, jak ludność określi, do której wspólnoty należy. Wobec Polski tę zasadę osłabili Brytyjczycy, rysując sobie zwyczajem z 1815 r. linię Curzona, która wyznaczała zasięg niepodważalnych wpływów Warszawy. I tak w pierwszej połowie XX w. ucierały się dwie zasady – albo silni będą rozdawali karty, albo każdy urządza swój pokój w Europie tak, jak chce i potrzebuje.

I tu właśnie na scenę weszli Hitler i Stalin, którzy poprzez swoich ministrów 23 sierpnia 1939 r. zawarli ów słynny pakt, który przeważył w przepychankach: koncert mocarstw czy samostanowienie.

Losy dziesiątków milionów ludzi miały być przesądzane w zamkniętych gabinetach przez wąskie grono dygnitarzy dumających nad mapą kontynentu. I jeśli ktoś myśli, że Ribbentrop-Mołotow to zamknięta przeszłość, niech się przyjrzy, jak los Ukrainy ustalany jest między Angelą Merkel i Władimirem Putinem, jak bierność Europy towarzyszy aktywności Rosji, jakby znowu ziemie na wschód od Sanu były w strefie spadkobierców Lenina. Wiemy, jak biznes niemiecki naciska na rząd ukraiński, by móc handlować z oligarchami, wiemy, jak 12 lutego 2015 r. w Mińsku Francja i Niemcy mediowały między Ukrainą a Rosją i jak nic z tego mediowania nie wyszło – bo tak właściwie (szeptem mówiąc) to Ukraina nadal jest postrzegana jako część interesów Rosji – podobnie było w 1939 r.

Demokracja swoje, a pieniądze swoje

Zbliżenie niemiecko-sowieckie było szokiem dla obserwatorów. Przecież komunizm jest tak antynazistowski! Ależ nazizm tak nienawidzi komunizmu, przecież wybił czerwonych u siebie w kraju! Tymczasem mądrzejsi analitycy wiedzieli, że tyrady polityków należy rozdzielić od rozmów przy stole – że interesy biorą górę ponad zasadami, zwłaszcza w krajach, które nie utożsamiają się z zachodnią cywilizacją. Zachód opiera się na wolności, partycypowaniu obywateli w rządzeniu, konkurencji – gdy te zasady podkopie, zamieni się w gruzowisko. Państwa totalitarne mogą sobie żonglować ideologiami, bo spaja je siła, żądza ekspansji, kult przywódców. I tak było tym razem – na Kremlu i w Reichstagu przesunięto wajchę i z łatwością porozumiano się z dawnymi wrogami.

Co do Rosji nie żywimy złudzeń – nadal imperialna, kierująca się przemocą, agresją, używająca oszustw i zbrojnych przewrotów. Po powojennym państwie niemieckim natomiast moglibyśmy się spodziewać więcej – zbudowane na chrześcijańskiej perspektywie sędziwego Konrada Adenauera (kanclerz RFN-u 1949–1963), który obawiał się przyszłej pruskiej dominacji w jego kraju, miały odżegnywać się od koncertu mocarstw i ideowej hipokryzji. Ale kolejni przywódcy, od Willy’ego Brandta czy Gerharda Schrödera prawdopodobnie po Angelę Merkel, pokazywali, że demokracja zachodniej Europy coraz częściej jest fasadą dla mocarstwowych interesów.

Ta rozbieżność między deklaracjami a prawdziwymi żądzami jest groźniejsza, niż nam się wydaje – bez demokracji, chrześcijaństwa i wolności Europa straci atrakcyjność, która od wieków była motorem jej rozwoju. Ubić interes z Gazpromem to niezły biznes w perspektywie dziesięciu lat – ale wielkie ryzyko w dłuższej perspektywie. Na co światu autorytarna Europa z anonimowymi dyktatorami w fotelach prezesów wielkich firm przemysłowych? Unia Europejska ma ponad 500 mln mieszkańców. Czy chce porzucić swoje wartości i stać się ziemią pracowników, niewolników i marionetek wielkich tego świata? Jeśli tak…

Ameryko, daj nam wizy, zrób z nas kolejny stan swojej ziemi wolności, ale nie zostawiaj nas na pastwę handlarzy narodami!

Złowieszcze granice

Nawet tak oczywiste i jednoznaczne ustalenia, jak granice państw w Europie Wschodniej, niewiele się różnią od ustaleń Ribbentrop-Mołotow. Co prawda wschodnia granica Polski nie leży dziś na Wiśle, jak pierwotnie przewidywał pakt, ale w dużym stopniu odzwierciedla podział RP, który nastąpił po wrześniu 1939 r. Wyraźną różnicą jest może powrót Białegostoku do macierzy, a i włączenie do Polski części Prus Wschodnich, ale dalej na południe ustalenia Stalina i Hitlera pozostają bardziej aktualne.

Nawet malutka Besarabia, której chciał Kreml w 1939 r., jest dziś patologicznym państewkiem – Mołdawią czy też Mołdową, czy też Republiką Mołdowy – nawet nazwy, granic, religii i języka nie ma ustanowionych dokładnie, bo o tym decyduje się gdzie indziej.

Dodajmy do tego złowieszczy fakt, że na granice między Wschodem a Zachodem, które ciągną się na południe od Białegostoku aż po Morze Czarne (ze Lwowem po „rosyjskiej” stronie), są starsze niż w pakcie Ribbentrop-Mołotow – są one bowiem wymarzoną strefą wpływów Moskwy już od czasów carów – o nich marzył Iwan IV Groźny, realizował je Aleksy Romanow podczas potopu szwedzkiego, doprowadził do ich realizacji zwycięzca Napoleona Bonapartego – car Aleksander I. A więc, o zgrozo, geopolityczne marzenia Polaków o Międzymorzu są dziś wyszydzane i wciąż daleko im do spełnienia, a sny ze stolic – Berlina, a zwłaszcza Moskwy, są bardzo bliskie rzeczywistości. Dziś więc rogatki graniczne stoją nieopodal tych miejsc, gdzie sobie ustalili Stalin z Hitlerem!

Jak daleko jest z Moskwy do Berlina?

To pytanie Polacy stawiają sobie od czasów złotego wieku króla Zygmunta Starego, wtedy bowiem dyplomaci Rzeszy Niemieckiej (wówczas z centrum w Wiedniu, a nie Berlinie) omijali granice Rzeczypospolitej, by dotrzeć na dwór carów. I wówczas nasi monarchowie wiedzieli, że tę drogę trzeba wydłużyć, a najlepiej uczynić niemożliwą. Że to zbliżenie nigdy nie będzie Polsce służyło i jest to zasada, którą złotymi literami należałoby wykuć nad biurkami Pałacu Prezydenckiego, Belwederu i Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

Pakt Ribbentrop-Mołotow pozostaje w tym aspekcie aktualny, ale chwała Bogu w niewielkim stopniu. Choć Berlin i Moskwa ciążą ku sobie, nie zawierają takich jednoznacznych traktatów, jak to miało miejsce w I połowie XX w. Dziękujmy tu Ukraińcom – to oni, biorąc na siebie agresję rosyjską, płacąc za bitwę o wolność na kijowskim Majdanie, zdarli z Putina szatę hipokryzji, obnażając antydemokratycznego i antyzachodniego dyktatora. Gdyby nie to rażące naruszenie zasad międzynarodowych przez Moskwę, do dziś Polska byłaby postrzegana jako histeryczny rusofob, który nie widzi rzekomych procesów westernizujących Rosję. Droga z Berlina do Moskwy nieco się więc wydłużyła – ale na jak długo?

Jak trudno jest przepłynąć Atlantyk?

To zagadnienie jest analogiczne do odległości między Berlinem a Moskwą. Bo każde zbliżenie europejskich hegemonów odsuwa Europę od Ameryki. I nasz kontynent, stara kolebka zachodniej wszechmocy, cierpi na jakiś irracjonalny kompleks wobec Stanów Zjednoczonych. Choć Waszyngton ratował nas w I i II wojnie światowej, a potem pokonał komunizm, to nadal jego „imperializm” jest zrównywany z żądzą dominacji totalitarnej lub autorytarnej Rosji. Moskwa zresztą umiejętnie od kilkudziesięciu lat podsyca antagonizmy amerykańsko-europejskie: ubolewała nad obecnością wojsk USA w Niemczech w latach 40., podsycała przekonanie Charles’a de Gaulle’a, że może stać na podium mocarstw bez pomocy Waszyngtonu, wreszcie gotowa była na kompromis w sprawie zjednoczenia Niemiec, byle wycofać stamtąd amerykańskich żołnierzy i zlikwidować bazy NATO.

Ponoć kompleksy wobec Ameryki biorą się też z zazdrości – USA jest krajem sukcesu, którego brakuje na ziemi od Lizbony po Ural. Jak to się ma do paktu Ribbentrop-Mołotow? Otóż 23 sierpnia 1939 r. pokazał, że można wyobrażać sobie Europę podzieloną na Zachód (kraje romańskie), środek (wpływy niemieckie) i Wschód (Rosja). Tyle wystarczy, ten triumwirat nie tylko zajmie się narodami, jak to na koncert mocarstw przystało, ale też nie potrzebuje większego brata zza Atlantyku. Dla salonów w Paryżu, Berlinie czy Moskwie Biały Dom nie musi istnieć, a nawet istnieć nie powinien. Ale Polska Ameryki potrzebuje – tak jak potrzebuje wszystkich narodów dawnej Rzeczypospolitej, potrzebuje z nimi porozumienia i zbliżenia, aby w razie kolejnych salonowych paktów nowych Ribbentropów i Mołotowów starczyło nam sił, by głośno przez Atlantyk zawołać, że stara Europa znowu wariuje i śni się jej niewolenie ludzi i narodów.

Udostępnij

Tagi
Najnowsze opinie

Partnerzy do reformy?

Od kogo odszkodowania

Jak podnieść ciśnienie Polakom

500+ ma się dobrze

W obliczu nieszczęścia

Tak, terroryści są także wśród „uchodźców”

Po każdym kolejnym zamachu podnoszą się w Polsce ze strony części opozycji głosy, jakoby kłamliwe i niemoralne było wiązanie kwestii relokacji nielegalnych imigrantów z zagrożeniem islamskim terroryzmem. Przypomnijmy zatem pewne fakty.

W czasie zamachów w Paryżu 13 listopada 2015 r. (130 zabitych, 413 rannych) wysadziło się w powietrze dwóch Irakijczyków przybyłych do Europy przez Grecję jako „uchodźcy”. Inni „uchodźcy” powiązani z tymi pierwszymi brali udział w przygotowaniu zamachów z 22 marca 2016 r. w Brukseli (32 zabitych, 340 rannych). To Tunezyjczyk, były mieszkaniec ośrodka dla uchodźców na Sycylii, zabił polskiego kierowcę i wjechał w tłum na jarmarku bożonarodzeniowym w Berlinie 19 grudnia 2016 r. (12 zabitych, 56 rannych). Uzbek, który wjechał ciężarówką w tłum w Sztokholmie 7 kwietnia 2017 r. (5 zabitych, 14 rannych), złożył wcześniej wniosek o azyl.

Amerykański think tank Heritage Foundation opublikował na początku sierpnia statystykę, z której wynika, iż „uchodźcy” brali udział w 15 proc. wszystkich projektów zamachów (udanych i nieudanych) w Europie od 2014 r. Takie są fakty.

Udostępnij

Tagi
Najnowsze opinie

Opozycji sondażowy ból głowy

Autograf dla mafiosa

Powtórka z historii?

KOD-masochiści!

Milczenie w sprawie aneksu WSI

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl