Skąd przewaga Rosji?

Pisałem już na łamach „Gazety Polskiej”, że żyjemy nie tylko w epoce dezinformacji – zostaliśmy zanurzeni w swoistym kisielu dezinformacyjnym, chyba już po pas. A chcąc przemieszczać się w kisielu w jakimś wybranym przez siebie kierunku, zużywając wiele energii, tylko nieznacznie zmieniamy swoje położenie.

Ów kisiel, owo informacyjne przeciążenie, to efekt połączenia dwóch zjawisk. Rewolucji cyfrowej, która zasila nas strumieniami informacji przez 24 godziny na dobę, oraz szalonej popularności mediów społecznościowych z Facebookiem na czele. Wiele osób jest aktywnych w tych mediach głównie po to, by zbierać „lajki” – oznaki sympatii ze strony innych, choćby kompletnie nieznanych osób. Często nie bardzo już wierząc w swoje szanse na bliskość z innymi w realu, wrzucają jedno selfie po drugim, licząc, że ktoś to dostrzeże, doceni, pochwali…

Pewnie jeszcze długo uważano by, że w takim kisielu nie ma nic politycznego, gdyby nie wstrząs, który przyniosły wybory prezydenckie w USA. Wreszcie policzono, że wiadomości fałszywe często lepiej rozprzestrzeniają się w sieci od prawdziwych. I zapytano: Czy demokracja przetrwa wyścig fałszu z prawdą?

Cyfrowi najemnicy

Dostrzeżono też coś jeszcze bardziej politycznego: internet dał szeroki dostęp do umysłów obywateli dostatnich państw Zachodu cyfrowym najemnikom na służbie reżimów autorytarnych. Co więcej, coraz powszechniej przyznaje się, iż w walce dez/informacyjnej to państwa autorytarne uzyskały przewagę. A przecież to w krajach demokratycznych powstały te technologie, które infozgiełk umożliwiły. Poprzedni tekst w „GP” zakończyłem formułując pytania, które w tym kontekście same powinny się narzucać, rzadko są jednak stawiane. Przypomnę je tu i spróbuję na nie odpowiedzieć.

Jak to…

Jak to możliwe, że dzisiejsza Rosja, państwo o niskim potencjale innowacyjności, odcinające swych obywateli od prawdziwych informacji o biegu spraw na świecie, potrafiło uzyskać wyraźną przewagę w wojnie toczonej w sferze cyfrowej, w grze na boisku internetu, które przecież zostały wymyślony na Zachodzie? Czyż podstawowe technologiczne węzły i platformy internetu nie pozostają nadal pod kontrolą USA?

Dlaczego rosyjska (można przyjąć, że także chińska) maszyna propagandowa nie grzęźnie w infokisielu, ale z powodzeniem realizuje złożone operacje wprowadzania w błąd nie tylko społeczeństw, ale także elit i ekspertów demokratycznego, wolnego Zachodu? Dlaczego wygląda tak, jakby w wyścigu cyfrowych zbrojeń słabszy technologicznie, zacofany gospodarczo system autorytarny odnosił sukces za sukcesem w konfrontacji z wysoce rozwiniętymi państwami NATO i Unii Europejskiej?

A może Rosja gra według reguł, których Zachód nie rozumie? Wreszcie: jak Rosja potrafi w infozgiełku nie paść ofiarą swoich własnych operacji dezinformacyjnych?

Co ma władza?

Jedną z odpowiedzi podsunął mi dobrze znany Czytelnikom „GP” dr Jerzy Targalski. Odpowiedź ta pokazuje na (tak to nazwę) autorytarną busolę epistemologiczną. Brzmi zbyt zawile? Ale oddaje istotę rzeczy, którą można też wyrazić prosto – jak ujął to Targalski. W Rosji obowiązuje zasada: „Władza ma zawsze rację!”. Jednak ta prosto wyłożona reguła wcale nie jest taka zrozumiała. Tak jak nie jest łatwa do analizy rosyjska dusza. Niemniej przyjmijmy, że w Rosji opłaca się zakładać, że władza ma rację. Trzymając się tej reguły, społeczeństwo rosyjskie nie jest zagubione w zakrętach własnej propagandy. Wie, że zawsze istnieje właściwa, poprawna odpowiedź na pytanie, według czego orientować się w infokisielu. Społeczeństwo rozumie, w jaki sposób odróżnić rzeczy ważne od nieważnych, mądre od głupich – wystarczy słuchać, co władza mówi, co robi i na co wskazuje. Co po cichu myśli, to sprawa osobna.

W pluralistycznych, rozdyskutowanych społeczeństwach wolnego Zachodu taka busola nie działa, bo byłaby zupełnie bezużyteczna. Tu funkcjonują (tzn. do niedawna działały) inne sposoby dochodzenia do prawdy, oparte nie na autorytecie władzy, ale na autorytecie racjonalnej metody naukowej. Kłopot z tym, że w odróżnieniu od świata laboratoriów badawczych, gdzie metoda naukowa się świetnie sprawdza, w świecie zgiełku mediów społecznościowych autorytet nauki działa słabiutko.

Busola autorytarnego porządkowania informacji – niesprzyjająca nawykom samodzielnego myślenia – powoduje, że nawet w świecie dezinformacji jest możliwa względnie skuteczna komunikacja. Dla nas nie brzmi to zachęcająco.

Reguły

Wiele wskazuje na to, iż Rosja – a także Chiny, choć w swoisty dla siebie sposób – postępuje według reguł, których zachodnia opinia publiczna nie rozumie, nie akceptuje i hurtem odrzuca.

Chyba nigdy nie wzięła ona sobie do serca rad chińskiego klasyka Sun Tzu. W „Sztuce wojny” pisze on o rozgardiaszu bitewnym, w którym „może być widać zamieszanie, a jednak musi panować tam porządek; w chaotycznym starciu wojska mogą kręcić się w kółko, ale nie mogą przegrać. Zamieszanie rodzi się z porządku, płochliwość bierze się z odwagi, a słabość wynika z siły. Uporządkowanie chaosu to kwestia odpowiedniej hierarchii, zastąpienie płochliwości odwagą to kwestia potencjału bitewnego, zastąpienie słabości siłą to kwestia formy militarnej. Tak więc dobry wojskowy urabia sobie wroga, a ten jest mu posłuszny. Co wróg dostaje, to bierze. Zwab go przynętą i oczekuj, gotów do walki”.

Dla jednych to słowa, które mogą wydać się nawet dość banalne. A ktoś inny potrafi każdy punkt tej wypowiedzi przetworzyć na metody, dyrektywy oraz zespoły gotowe do działania. Do działania na nowym polu stworzonym przez technologie zachodnie – w świecie cyfrowym. Może jest tak, że ludzie przyzwyczajeni do skrytości lepiej radzą sobie w sytuacjach nieprzejrzystych, zgiełkowych?

Jak pokazał Edward Lucas w książce „Oswoić cyberświat”, internet nie został zbudowany jako przestrzeń chroniona przed zagrożeniami. Wyobraźmy sobie, że w dzielnicy, gdzie żyją syci, spokojni mieszczanie, którzy czują się tak bezpiecznie, że nie zawsze zamykają swoje domy, pewnego dnia pojawiają się ludzie, którzy przyzwyczajeni są do innych zasad niż poszanowanie cudzej własności i wrażliwości… Czy ludzie od pokoleń wychowani w cywilizacji dwulicowości, zakłamania i uniżoności wobec władzy w takiej dzielnicy nie uzyskają znaczącej przewagi nad mieszczanami?

Autorytaryzm lepiej radzi sobie z kłamstwem

Wygląda jakby Rosja, kraj o zablokowanym obecnie potencjale rozwojowym, jednak przenikliwie zdefiniowała nadchodzące trendy. Jakby to ona właśnie najpoważniej potraktowała tezy o społeczeństwie informacyjnym i gospodarce informacyjnej. Jakby na czas rozpoznała słabe punkty Zachodu i przygotowała właściwy oręż – koncepcje i kadry oraz dość zaawansowaną maszynę dezinformacyjną.

O celu dezinformacyjnych operacji Rosji i co to znaczy, że umysł ludzki stał się polem walki – w następnym tekście.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Ein żubr, ein sztucer, ein myśliwy

Od lat powtarzam, że w żadnym europejskim kraju nie podchodzi się z taką ostrożnością do ochrony przyrody jak w Polsce. Wbrew temu, o czym trąbią ekologiczni aktywiści, polski system działa i jest skuteczny. Między bajki można włożyć na przykład ekologiczne gadanie o krwiożerczych myśliwych, którzy strzelają do wszystkiego, co się rusza.

Ci stanowią jedynie 0,3 proc. społeczeństwa, co oznacza, że jeden myśliwy przypada na 380 mieszkańców. Tymczasem w Irlandii współczynnik ten wynosi 1 do 9, a w Szwecji 1 do 31. W Europie znacznie częściej się strzela. Jak podchodzi się za naszą zachodnią granicą do zwierząt, przekonał się pewien sędziwy żubr, który ostatnio postanowił zwiedzić Niemcy. Wizyta była krótka, a zwierzę, które od kilku lat w spokoju przemierzało województwo lubuskie, zostało w pierwszym dniu potraktowane ołowiem. Niemieccy policjanci tłumaczą, że stwarzało niebezpieczeństwo. Pewnie mieli rację. Było zagrożeniem dla ludzi, tak samo jak zwierzęta w Polsce: łosie, jelenie, dziki, które codziennie są przyczynami kolizji drogowych. Niemcy stwierdzili oczywistość. Zapadła decyzja. Wkrótce potem padł strzał. Jak to wygląda w Polsce? Gdy niedźwiedź zagryzł człowieka w Bieszczadach, to odbyła się dwutygodniowa ogólnopolska debata o tym, czy zwierzę należy zabić. Część mediów i ekspertów broniła misia, twierdząc, że mężczyzna zginął w wyniku sprytnie zaplanowanego morderstwa. Zanim zdążyliśmy się dogadać, niedźwiedź był nie do wytropienia. Wilki hulają sobie, zjadając owce. Bobry zatapiają pola. Łosie zżerają drzewa leśnikom. W Polsce nie można wyciąć nawet suchego świerka w puszczy.

Czy nasz system jest lepszy? Uważam, że tak. Powinniśmy to tylko dostrzec. Może w ciele tego zabitego żubra?

 

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Raje podatkowe rozbijają UE

Jeśli ktoś obecnie rozbija jedność Unii Europejskiej, to w pierwszej kolejności czynią to raje podatkowe, od lat funkcjonujące w najlepsze na jej terenie, czyli m.in. Luksemburg, Holandia i Irlandia. Jeszcze bardziej bulwersuje, że to kraje ojczyste ważnych europejskich decydentów.

Rozdmuchany do przesady problem pracowników delegowanych pokazuje, że krajom Europy Zachodniej coraz bardziej doskwiera konkurencyjność państw naszego regionu i szerzej tzw. nowej Unii. Pracownicy delegowani to w sumie 2 mln osób, a więc mniej niż jeden procent wszystkich zatrudnionych w UE, których jest niemal 220 mln. Na oko więc widać, że to problem w istocie marginalny. A skoro tak, to możemy się spodziewać, że to jedynie przygrywka, po której nadejdą kolejne, tym razem już naprawdę dotkliwe dla nas próby ograniczania konkurencyjności Polski, Rumunii czy Słowacji. Przedsmak mogliśmy poczuć, gdy wtedy jeszcze kandydat na prezydenta Francji Emmanuel Macron odgrażał się przed przeniesioną do Polski fabryką Whirlpoola, że „coś z tym zrobi”. A zablokowanie przenoszenia miejsc pracy z zachodu na wschód UE miałoby już naprawdę fatalne konsekwencje dla naszej gospodarki. Parafrazując Angelę Merkel, w takiej sytuacji nie możemy siedzieć cicho.


Wyścig do dna


Od lat kilka krajów starej UE prowadzi nieuczciwą konkurencję podatkową, zamieniając swoje państwa w europejskie raje podatkowe na wzór Panamy czy Wysp Dziewiczych. Mowa w szczególności o Luksemburgu, Holandii i Irlandii. Umożliwiają one uszczuplanie budżetów państw krajów członkowskich, szczególnie krajów mniej rozwiniętego Wschodu UE, które nie dysponują tak sprawną administracją skarbową, przez co unikanie płacenia podatków jest tam łatwiejsze. Obniżając stawki podatkowe dla największych koncernów, doprowadzają także do zaistnienia zjawiska „wyścigu do dna”, czyli obniżania stawek podatku korporacyjnego również wśród pozostałych państw UE. Skutkuje to ograniczaniem środków publicznych w całej UE, z których to opłaca się programy społeczne, inwestycje publiczne czy wsparcie najuboższych. Tak więc na nieuczciwej konkurencji rajów podatkowych cierpią obywatele, a zyskuje wąska grupa udziałowców największych koncernów. Jakimś dziwnym trafem akurat te kraje nie są w pierwszym rzędzie europejskich maruderów. W sumie nic dziwnego, w końcu pochodzą z nich prominentni działacze Komisji Europejskiej, choćby jej szef Jean-Claude Juncker oraz jego zastępca Holender Frans Timmermans. A zrobienie wreszcie porządku z unijnymi rajami podatkowymi wiązać się będzie także z kłopotliwymi pytaniami do tych panów osobiście.


Optymalizacja po celtycku


W 2015 r. Irlandia zanotowała wzrost PKB na poziomie... 25,6 proc. PKB. Tak więc w ciągu roku jej gospodarka wzrosła o ponad jedną czwartą. To oficjalne dane, które zupełnie spokojnie można znaleźć na stronie Eurostatu. Czy odbyła się na forum UE jakaś większa dyskusja na temat przyczyn tego, że ten niewielki wyspiarski kraj zanotował jednoroczny wzrost zupełnie nieosiągalny nigdy w historii nawet dla Chin? Nieszczególnie, tymczasem te przyczyny są zupełnie jasne.

Ówczesny minister finansów Irlandii M. Noonan przyznał wprost, że to wynik „inwersji podatkowej”. Czyli eufemistycznie nazwanego zjawiska przenoszenia dochodów do krajów, w których nie grozi im podatek. Irlandia oferuje największym koncernom wręcz cieplarniane warunki – nie tylko mogą liczyć na dużo niższe stawki podatku CIT (12,5 proc.), ale przede wszystkim na niejawne układy, które jeszcze bardziej obniżają ich obciążenia. Nic dziwnego, że do Irlandii ciągną one na potęgę. Przeniosły się tam już Apple czy Google. Swoją spółkę córkę uruchomił tam nawet amerykański gigant handlowy Wal-Mart, choć... nie ma tam żadnego sklepu. Wielką wędrówką kapitału do Irlandii zainteresowała się w końcu KE – nawet wydała decyzję, według której Apple powinien zwrócić do jej budżetu 13 mld euro. Problem w tym, że Irlandia tę decyzję, mówiąc kolokwialnie, zupełnie olała. To znaczy jej rząd oświadczył, że akceptuje decyzję KE, tylko że... nie zamierza egzekwować należnego podatku od amerykańskiego giganta.


Luxafera


W listopadzie 2014 r. wybuchła afera LuxLeaks. Ujawniła, że ponad 340 spółek zawierało z Luksemburgiem niejawne umowy dotyczące obniżania podatków płaconych przez nie od osiąganych w Europie dochodów. Można wręcz powiedzieć, że ten proceder był głównym pomysłem, jaki miało na siebie luksemburskie państwo. W okresie, który obejmowała afera, Jean-Claude Juncker był premierem, a nieco wcześniej ministrem finansów. Junckera kara nie spotkała – wręcz przeciwnie, został szefem Komisji Europejskiej. Ale winni, owszem, się znaleźli – zostali nimi dwaj księgowi z firmy doradczej PwC, którzy... poinformowali o tym procederze dziennikarzy. Tak więc skazano doręczycieli złych informacji, a ich sprawcy nadal spokojnie robią karierę. Warunki, jakie oferował Luksemburg, były tak znakomite, że przykładowo McDonald’s w latach 2009–2013 przeniósł do tamtejszej spółki córki niemal 4 mld euro, choć zatrudniała ona ledwie 13 osób. W 2013 r. Luksemburg miał aktywnych 120 porozumień cenowych z korporacjami, które legalizowały ich praktyki dotyczące cen transferowych (to dzięki cenom transferowym przenoszą one dochody z jednej filii do drugiej). Siedemdziesiąt razy większa od Luksemburga Polska miała w tym czasie aktywnych ledwie 20 takich umów.


Holenderska kanapka


Jednym z najsłynniejszych sposobów omijania podatków jest tzw. holenderska kanapka. W dużym skrócie, polega ona na tym, że właściciel spółek w Holandii i na Antylach Holenderskich (terytorium zależne od Holandii) może równocześnie korzystać z umów o unikaniu podwójnego opodatkowania między Holandią i pozostałymi krajami UE oraz z umowy o zwolnieniu dywidend z opodatkowania między Holandią oraz Antylami. Dzięki temu można zminimalizować opodatkowanie zysków. Z holenderskiej kanapki korzystały m.in. Google i Apple. O umowach podatkowych Holandii z innymi krajami mógłby nieco powiedzieć Frans Timmermans, który w latach 2012–2014 był ministrem spraw zagranicznych. Właśnie m.in. dzięki gęstej sieci międzynarodowych umów podatkowych Holandia stała się „bezpieczną przystanią dla kapitału”. W 2014 r. jedną z takich umów wypowiedziało afrykańskie Malawi, gdy australijski właściciel tamtejszej kopalni uranu wykorzystał ją, by uszczuplić budżet tego biednego kraju o miliony dolarów. Holandia jest też zupełnie bezkonkurencyjna, jeśli chodzi o zawieranie z koncernami porozumień cenowych – w 2013 r. miała aktywnych 228 takich porozumień, tymczasem średnia unijna wynosiła... ponad sto razy mniej.


Jak widać z nieuczciwej konkurencji podatkowej w UE na potęgę korzystają te kraje, którym równocześnie niemal nie schodzą z ust europejskie wartości i unijna solidarność. Jakoś zapominają o tej solidarności, gdy uszczuplają budżety pozostałych krajów członkowskich. O tym procederze Polska powinna przypominać za każdym razem, gdy ktoś znowu wspomni o „dumpingu socjalnym”, jaki rzekomo stosujemy. Polska, która należy do krajów UE na optymalizacji podatkowej tracących miliardy, powinna też być jednym z autorów unijnego planu na walkę z unikaniem podatków. Możliwych postulatów jest sporo – choćby zakaz zawierania niejawnych umów między państwami a korporacjami. Albo uniemożliwienie obniżania podatku od niektórych rodzajów dochodów (np. od zysków z licencji i praw do marek), z czego najczęściej korzystają firmy optymalizujące podatki. Walka z unikaniem podatków powinna się stać głównym polem aktywności Polski na forum UE – oprócz tworzenia wspólnej polityki obronnej oraz unijnej polityki energetycznej. 

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl