​Wielka niewiadoma nad Sekwaną

W niedzielę 23 kwietnia odbędzie się we Francji pierwsza tura wyborów prezydenckich. W czołówce znajduje się radykalny lewicowiec, katolicki konserwatysta, lewicowy liberał i przedstawicielka twardej prawicy narodowej. Warto pospekulować, kto może zostać w maju prezydentem drugiego co do wielkości kraju Unii Europejskiej.

Mój kolega z europarlamentu, skrajny lewak i dużej klasy demagog Jean-Luc Melenchon, ma szansę wejść do drugiej tury wyborów prezydenckich we Francji! W PE niemal w ogóle go nie ma, chyba że sesja odbywa się w Strasburgu, w Alzacji, gdzie też trzeba się ubiegać o wyborców. Zamiast do Brukseli woli jeździć do Marsylii czy Lens i tam populistycznie przykładać zarówno Frontowi Narodowemu, „centroprawicy ustanowionej”, czyli republikanom de Gaulle’a, jak również rządzącym socjali-stom. Jest więc politykiem zwalczającym establiszment, ale trudno go porównać z nurtem antyestabliszmentowym w Polsce, ponieważ Jarosław Kaczyński, a nawet Paweł Kukiz, to przy nim Himalaje, a może lepiej francuskie Alpy rozsądku ekonomicznego i równowagi budżetowej. 

Jeden ze środkowoeuropejskich think tanków wykazał powiązania lewaka Melenchona z Rosją, co mnie nie dziwi, bo Rosjanie jeśli nie zawsze, to prawie zawsze grają w krajach swojej strefy wpływów lub budzących ich zainteresowanie na paru politycznych fortepianach. We Francji wynik wyborów jest tak nieprzewidywalny, że Moskwa nie tylko utrzymuje relacje z bardzo prawicowym Frontem Narodowym czy centroprawicowym, konserwatywnym François Fillonem, ale też skrajnie lewicowym Jeanem-Lukiem Melenchonem. Skądinąd złośliwi mówią, że o ile Le Pen ma być prorosyjska „za pieniądze”, to Fillon jest prorosyjski z własnych przekonań. Trzeba jednak uważać z takimi etykietami, bo łatki „rosyjskiego agenta wpływu” przypinane są często politykom czy ugrupowaniom nie tyle ze względów merytorycznych, ile dla ich dyskredytacji. Jednocześnie jest faktem, że Kreml używa dość często środowisk właśnie antyestabliszmentowych do tworzenia w Europie Zachodniej PPR, czyli Partii Przyjaciół Rosji. 

Europoseł Melenchon był już kandydatem w wyborach prezydenckich w 2011 r. Uzyskał wtedy niemal 4 mln głosów, czyli zagłosował na niego co dziewiąty Francuz (11,1 proc.). Kiedyś komunista i trockista, potem socjalista, wreszcie lider Partii Lewicy, która w 2009 r. utworzyła sojusz wyborczy na wybory europejskie AD 2009 z partią komunistyczną. Dla Melenchona był to korzystny ruch, bo dzięki temu po raz pierwszy uzyskał mandat europosła (przed trzema laty wybrany został ponownie). Ten 66-letni polityk urodzony w marokańskim Tangerze, choć ostro krytykuje establiszment, to jednak przez dwa lata był ministrem w socjalistycznym rządzie Lionela Jospine’a, a przez aż 19 lat senatorem. W dużym stopniu w tym samym czasie, gdy był w izbie wyższej Zgromadzenia Narodowego czy był ministrem, przez aż 18 lat był radnym, przez sześć lat wicemerem i dwa lata wiceprzewodniczącym departamentu. Można powiedzieć, że Melenchon walczy z establiszmentem, którego od bardzo dawna jest częścią. 

Skandalem w Fillona, czyli stara broń lewicy

W niektórych sondażach Melenchon ma 20 proc. i zaskakująco dobrze finiszuje. Już pobił swoje najlepsze sondaże sprzed poprzedniej kampanii, gdzie miał maksimum 15 proc. Niektórzy wieszczą scenariusz skrajnie zaskakujący i dla mnie bardzo mało prawdopodobny, czyli starcia dwóch panów „M” w drugiej turze: Macron–Melenchon.

Gdy ostatnio w Strasburgu rozmawiałem z pewną znaną francuską polityk z partii Republikanów, gotowa była się zakładać, że jej kandydat François Fillon będzie w drugiej turze z Marine Le Pen, a to by oznaczało bezproblemowe zwycięstwo w pierwszą niedzielę maja. 

François Fillon, 63-letni polityk, rozpoczął karierę tuż po studiach, gdy został asystentem jednego z republikańskich deputowanych. Po roku jego patron Joel Le Theule został ministrem transportu i pociągnął Fillona do Paryża jako wicedyrektora swojego gabinetu. Po czterech latach, a więc zaledwie w wieku 27 lat, został pierwszy raz posłem. Potem był jeszcze pięciokrotnie deputowanym, ale też ministrem szkolnictwa wyższego i badań (przez dwa lata), ministrem usług pocztowych i technologii informacyjnych (też przez dwa lata), wreszcie ministrem spraw społecznych, pracy i solidarności. Po wygranej Nicolasa Sarkozy’ego w wyborach prezydenckich został premierem, a po zwycięskich dla jego partii wyborach parlamentarnych ponownie stanął na czele rządu. Po raz trzeci Fillon premierem został w 2011 r., pozostając cały czas całkowicie lojalny i w cieniu „Sarko”, co w polityce francuskiej nie jest zbyt częste. Jeszcze parę miesięcy temu wydawał się pewniakiem do fotela w Pałacu Elizejskim. Przy słabych kandydatach podzielonej lewicy miał łatwo w drugiej turze zmieść Madame Le Pen. Tymczasem został zaatakowany ewidentnie przy wykorzystaniu służb i dyspozycyjnych prokuratorów z ekipy François Hollande’a. Ci sami ludzie wcześniej staranowali Sarkozy’ego, gdy niedawno wydawał się pewniakiem do nominacji na prezydenta ze strony centroprawicy. Mechanizm był identyczny, ale zwierzyna łowna już inna. To, że François Fillon zatrudniał we własnym biurze dzieci jako asystentów, a jego żona miała w dużej mierze fikcyjną posadę u zaprzyjaźnionego wydawcy to fakt, tyle że akurat zaatakowała go o to słynąca z nepotyzmu i korupcji ekipa socjalistyczna. W sposób bardzo znaczący zmniejszyło to szanse Fillona, a zwiększyło kandydata lewicowo-liberalnego Emmanuela Macrona. Fillon ma jeszcze szanse, ale rolę faworyta przejął od niego młodszy o niemal ćwierć wieku Macron.

Miła dla ucha Francuzów Le Pen

Jeżeli nawet nie wygra tych wyborów, to tak naprawdę już jest ich politycznym zwycięzcą. Front Narodowy stał się partią lewicową pod względem socjalnym, dawno porzucając ostro wolnorynkowe postulaty i rezygnując z retoryki skierowanej przeciwko związkom zawodowym. Jakie są główne różnice między pretendentami na stanowisko prezydenta Republiki? Skrajna lewica spotyka się ze skrajną prawicą, gdy chodzi o eurosceptycyzm. Le Pen wprost mówi o frexicie, a więc o wyjściu przede wszystkim z UE, ale też raczej z NATO. Melenchon co prawda nie jest tak radykalny, ale ostro krytykuje euroentuzjastów i federalistów, uważając że obecna Unia to chłopiec na posyłki kapitalistów i ponadnarodowych korporacji. To klasyczny lewicowy eurosceptycyzm, którego podłożem jest nie tyle niechęć do internacjonalizmu – jak u prawicy narodowej – co postawienie znaku równości „UE = krwiożerczy kapitalizm”. W tym sensie, gdyby został prezydentem – choć na pewno nim nie zostanie – nie śpiewałby w establiszmentowym, federalistycznym chórze.

W przeciwieństwie do Le Pen i Melenchona Macron i Fillon to euroentuzjaści, zwolennicy przyśpieszonej integracji europejskiej i kolejnych kroków do Stanów Zjednoczonych Europy. Pod tym względem ‒ mimo przepaści ideologicznej i w jakiejś mierze obyczajowej Fillon jest na prawym skrzydle Republikanów, a Macron, choć umiarkowany liberał, nie odrzuca liberalno-lewicowych, postępowych dogmatów – grają w jednej drużynie.

Gdybym miał wskazać teraz prezydenta Francji, to największe szanse ma Emmanuel Macron, choć całkowite ich odbieranie Fillonowi jest bezzasadne. Pozostała dwójka potencjalne swoje bardzo dobre lub świetne wyniki wyborów prezydenckich może przekuć w potencjalny sukces swoich formacji politycznych w wyborach parlamentarnych. Przy czym Madame Le Pen pójdzie to o wiele łatwiej niż outsiderowi bez struktur – Monsiuer Melenchonowi.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Turcja to partner, nie wróg

Liberalny i europejski Macron niemal zaraz po zaprzysiężeniu przyjął Władimira Putina. Nie ma więc powodu, by Polska wstydziła się wizyty Recepa Erdoğana. Tym bardziej że Turcja to wciąż nasz sojusznik z NATO.

W związku z przyjazdem do Polski prezydenta Turcji Recepa Erdoğana część środowisk lewicowych zechciała wyrazić swoją, delikatnie mówiąc, głęboką dezaprobatę dla rządów lidera Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) oraz jego przyjazdu do Polski. Wydarzenie okraszono wymowną nazwą „Korepetycje z dyktatury”, a tekst na temat przyjazdu tureckiego prezydenta pełny był stwierdzeń takich jak „haniebna wizyta” czy „międzynarodówka zamordystów”. Pod wydarzeniem podpisały się czołowe ugrupowania lewicowe: Partia Razem, Inicjatywa Polska Barbary Nowackiej i Zieloni. To zresztą nie pierwsza tego typu inicjatywa polskiej lewicy. Przed przyjazdem Donalda Trumpa środowiska lewicowe zorganizowały pikietę „Podręczne witają Trumpa”, nawiązującą do dosyć absurdalnego, choć głośnego serialu „Opowieść podręcznej”, w którym Amerykanie zrobili z nielicznych już płodnych Amerykanek niewolnice do rodzenia dzieci. I właśnie za te niewolnice przebrane były lewicowe aktywistki podczas wizyty prezydenta USA, chcąc wyrazić swój sprzeciw wobec lekceważenia kobiet przez Donalda Trumpa podczas kampanii wyborczej. Jak na razie nie doczekaliśmy się czasów, w których polskie władze wybierają sobie prezydentów USA czy Turcji, z którymi będą współpracowały, więc trudno w ogóle poważnie traktować tego typu inicjatywy. „Podręczne witające Trumpa” były przynajmniej w jakiś sposób pomysłowe i zabawne, „Korepetycje z dyktatury” były już tylko beznadziejne.

Lewicowy mesjanizm

Polski mesjanizm do tej pory był kojarzony raczej z prawicą. „Polska Chrystusem narodów” czy „przedmurze chrześcijaństwa” to hasła średnio atrakcyjne dla lewicy, której umieranie za religię raczej po głowie nie chodzi. Tymczasem w przewrotny sposób obecnie to właśnie lewica wchodzi w buty mesjanistów, chcących zbawiać świat. A przynajmniej go naprawiać nawet w najodleglejszych zakątkach. Według środowisk lewicowych polskie władze powinny więc dbać o demokrację w Chinach, prawa człowieka w Turcji, prawa kobiet w USA oraz być w awangardzie walki z globalnym ociepleniem. Troska o wszystkie światowe bolączki to dosyć ekstrawagancka postawa w kraju, w którym jest tyle do zrobienia na miejscu i tylu potrzebujących należących do tej samej wspólnoty. Ale to byłoby jeszcze nic. Problem w tym, że świat sam nie za bardzo ma ochotę na zbawienie.
Za pięknymi słowami o wzniosłych wartościach kryje się twarda walka o interesy. I walkę tę bez mrugnięcia okiem uprawiają nawet najbardziej zapatrzeni w prawa człowieka demokraci. Robią interesy z przywódcami brutalniejszymi niż Erdoğan, w krajach mniej przyjaznych niż Turcja. Spotykają się z nimi bez cienia zażenowania, rzucając przy okazji jakimś banałem o prawach człowieka, choć każdy dobrze wie, że to tylko takie niezobowiązujące odklepanie formułki, żeby opinia publiczna się nie przyczepiła.

Niemcy na potęgę robią interesy w Rosji, choć ta zdemolowała prawo międzynarodowe, atakując Gruzję, anektując Krym i najeżdżając wschodnią Ukrainę. Nasi zachodni sąsiedzi, którym prawa człowieka tak leżą na sercu, właśnie próbują przeforsować wspólnie z Rosjanami drugą nitkę Nord Streamu, która jest realnym zagrożeniem dla krajów Europy Środkowo-Wschodniej. W budowie NS2 wspiera ich zresztą wielu zachodnich sojuszników. Z Rosjanami układają się tak naprawdę wszyscy, czasem po cichu, a czasem zupełnie oficjalnie. Świeżo upieczony prezydent Francji i rzekomo „nadzieja demokracji liberalnej” Emmanuel Macron przyjął przecież z honorami samego Władimira Putina, niemal zaraz po swoim zaprzysiężeniu. Niemieckie interesy kwitną też chociażby na Białorusi, w której jest bez porównania mniej wolności niż w Turcji.

Ważny sojusznik

Turcja to bardzo ważny partner krajów Zachodu. To trzeci największy kraj NATO, po USA i Niemczech. Co więcej, to kraj dysponujący armią, na którą przeznacza 1,7 proc. PKB, co jest jednym z wyższych wyników wśród krajów Sojuszu (choć i tak niższym niż wymogi NATO). To także bardzo duży, niemal 80-milionowy rynek, dodatkowo rozwijający się znacznie szybciej niż zdecydowana większość krajów UE. Istnieje więc wiele pól, na których moglibyśmy z Turcją współpracować. Mowa chociażby o kooperacji sektorów zbrojeniowych czy ekspansji polskich firm nad Bosforem. Skoro relacje między Turcją a niektórymi czołowymi krajami UE (Niemcy, Holandia) są napięte, tym bardziej powinniśmy to wykorzystać. Gdybyśmy stali się najbliższym sojusznikiem Turcji w UE, przyniosłoby to nam ogromne korzyści. Jeśli Erdoğan jest obecnie niechętnie widziany na europejskich salonach, tym bardziej powinien być przyjmowany w Polsce. W końcu rysuje się szansa, żeby szerzej zaistnieć w ważnym kraju i nie obudzić się z drzemki dopiero wtedy, gdy już wszyscy wykorzystali swoje szanse, tylko nie my.

Turcja jest często oskarżana w Europie o szantażowanie UE uchodźcami. Zupełnie lekceważy się jednak fakt, że to właśnie ten kraj wziął na siebie największą część fali uchodźców z Syrii (obecnie około trzech milionów). Oczywiście Erdoğan bez skrupułów gra tym w relacjach z UE. Nie zmienia to jednak faktu, że gdyby nie Turcja, problem z uchodźcami w Europie byłby dużo większy. Krytykując więc politykę Erdoğana wobec UE, warto jednak też czasem docenić ogromny wysiłek Turków w utrzymywaniu na swoim terytorium tak ogromnej liczby uciekinierów z Syrii. Gdyby nie obozy w Turcji, dużo więcej uchodźców zechciałoby przedostać się do Europy.

Sojusz to nie małżeństwo

Innym zarzutem wobec Turcji są ciepłe ostatnio relacje Erdoğana z Putinem. Jednak niemal wszyscy eksperci od Turcji zgadzają się, że to sojusz tylko taktyczny i na krótką metę. Interesy Turcji i Rosji się krzyżują, co musi doprowadzić przynajmniej do ochłodzenia relacji. W perspektywie więc Turcja może być ważnym partnerem przy pacyfikowaniu agresywnych zamierzeń Kremla. Zresztą skoro nawet Ukraińcy nie robią z tego powodu Turkom problemów, to dlaczego my mielibyśmy je robić? Przecież dopiero co Erdoğana przyjął prezydent Ukrainy Petro Poroszenko, a obaj panowie zapewniali o planach bliskiej współpracy. Lider AKP oświadczył również, że Turcja nigdy nie zaakceptuje aneksji Krymu (tak jak zresztą nigdy nie zaakceptowała rozbiorów Polski). Nic zresztą dziwnego, na Krymie żyje duża społeczność Tatarów krymskich, czyli grupy etnicznej pochodzenia tureckiego, której sytuacja wyraźnie się pogorszyła po aneksji.

Oczywiście Erdoğan nie jest przesadnym demokratą, mówiąc oględnie. Jednak nie zdemolował prawa międzynarodowego i nie zaatakował suwerennego kraju, tak jak zrobiła to Rosja, której przywódca jest przyjmowany z honorami w niektórych stolicach Europy. Nie ma więc żadnego powodu, żebyśmy mieli robić Turkom edukacyjne pogadanki. Wręcz przeciwnie, skoro Turcji jest obecnie nie po drodze z wieloma krajami UE, tym bardziej powinniśmy zacieśnić nasze relacje. Oczywiście Turcy nie dlatego nie zaakceptowali rozbiorów naszego kraju, że pałają wielką miłością do Polaków. Po prostu było to niezgodne z ich interesami. Ale to właśnie najlepszy dowód na to, że w interesie Turcji jest silna Polska i odwrotnie. Sojusz to nie małżeństwo, więc nie musi być w nim miłości. Sojusz to wspólnota interesów, która między Polską i Turcją bez wątpienia istnieje.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nadal wspieramy obce media!

Od dwóch lat czekamy na zapowiadaną repolonizację mediów. To sytuacja bez precedensu w Unii Europejskiej, żeby 90 proc. lokalnej prasy należała do niemieckich właścicieli.

Jeżeli wszyscy z obozu władzy zgadzają się, że w końcu należy podjąć zdecydowane działania i przywrócić Polakom dostęp do informacji, za które będą odpowiedzialni dziennikarze niebędący na garnuszku niemieckich potentatów prasowych, to chcę zadać pytanie: Jak to jest, że Ministerstwo Rozwoju pod pozorem „Konkursu dotacji na działania informacyjne dotyczące Funduszy Europejskich w mediach” przyznało ogromne dotacje mediom szkalującym Polaków i bezpardonowo zwalczającym rząd PiS‑ u? Dlaczego jest tak, że spośród 11  projektów, które otrzymały dofinansowanie na kwotę prawie 3 mln zł, najwięcej, bo aż 722  940 zł, otrzymał niemiecki Springer, właściciel np. portalu Onet.pl, RMF i setek innych mediów? Dlaczego 600  442 zł otrzymała firma Bauer, właściciel Interia.pl i czasopism takich jak np.: „Twój Styl”, „Pani”? Dlaczego Hajdarowicz dla „Rzeczpospolitej” dostał 398  273 zł, a Angora załapała się na 111  000 zł? W jakim celu finansujemy media, które mamy podobno zrepolonizować?

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl