​Raj podatkowy nad Wisłą

W 2015 r. połowa działających w Polsce spółek zagranicznych nie zapłaciła podatku dochodowego, a udział podatku korporacyjnego w PKB naszego kraju był najniższy w regionie. Korporacje urządziły sobie nad Wisłą raj podatkowy.

Jednym z podstawowych atrybutów państwa jest faktyczna możliwość ściągania podatków. Analogicznie atrybutem państwa teoretycznego jest tylko teoretyczna możliwość ściągania podatków. Oczywiście nie oznacza to, że państwo teoretyczne w ogóle nie ma żadnych wpływów. Po prostu zamiast ściągać je solidarnie ze wszystkich w sprawiedliwych proporcjach, ściąga je głównie z tych, którzy się nie postawią albo nie mają gdzie uciec ze swoimi dochodami. A na resztę patrzy przez palce.

Na fiskalizmie państwa teoretycznego cierpi więc rodzima społeczność, a w szczególności grupy najsłabsze, które najsilniej dostają po głowie. Za to zamożni i wpływowi oraz podatnicy z zagranicy czują się jak ryby w wodzie. Po pierwsze, wiedzą, że wykiwać włodarzy państwa teoretycznego to żadna wielka sztuka, wystarczy zaledwie nieco wysiłku i przebiegłości. Po drugie, mają pewność, że nikt też ich nie będzie specjalnie za to ścigał – po co, skoro są zastępy maluczkich, którym można przywalić dodatkowymi daninami w taki sposób, że nawet się nie zorientują. Na przykład podnosząc VAT, którego płacenia nikt bezpośrednio nie odczuwa, bo jest zawarty w cenie.

Swoją fiskalną nieudolność włodarze państwa teoretycznego często ubierają w szatki probiznesowe. Otóż to dlatego są tacy łaskawi dla wielkich koncernów, ponieważ chcą przyciągnąć inwestycje zagraniczne. Faktycznie, gdy państwo teoretyczne zapewni pewien podstawowy poziom przestrzegania prawa, to z inwestycjami zagranicznymi nie jest źle. Skoro rada plemienna oficjalnie mówi, że można wyzyskiwać tanich tubylców, jeszcze w dodatku niemal nic za to nie płacąc do ich wspólnej kasy, to w zasadzie czemu nie?

Środkowoeuropejskie eldorado

Na razie za wcześnie jest przewidywać, czy etatystyczny zwrot obecnej ekipy rządzącej pozwoli nam wydostać się z kolein państwa teoretycznego. Są na to szanse, ale nie opublikowano jeszcze wystarczająco dużo twardych danych.

Mamy za to pewność, że do 2015 r. żyliśmy na terytorium zarządzanym przez państwo teoretyczne. Dwa świeże raporty – „Uciekające podatki” kilku środkowoeuropejskich think tanków oraz „Działalność gospodarcza podmiotów z kapitałem zagranicznym w 2015 r.” autorstwa GUS-u – obfitują w dowody na to, że w zakresie ściągalności podatków w ostatnim roku rządów PO instytucje publiczne niemal idealnie wpisywały się w wyżej opisany model. Grzecznie zgadzały się na to, żeby korporacje zrobiły sobie nad Wisłą raj podatkowy, a rekompensowały to sobie dokładnym strzyżeniem zwykłych obywateli – którzy mieszkania, członków rodziny albo drobnego biznesu na Panamę raczej nie przeniosą.

Zaprzyjaźnione think tanki z Bułgarii, Czech, Węgier, Łotwy, Słowenii i Polski (nasz kraj reprezentował Instytut Globalnej Odpowiedzialności) postanowiły przyjrzeć się temu, jak wyglądała w naszym regionie Europy ściągalność podatku korporacyjnego w 2015 r. Wnioski, do których doszły, są przygnębiające. Kraje Europy Środkowej nie potrafią ściągać należności z koncernów, w związku z czym napełniają swoje budżety podatkami nakładanymi na obywateli – przede wszystkim VAT-em oraz opodatkowaniem pracy. Co gorsza, nawet na tym nieciekawym tle Polska wypadła... najgorzej. Gdyby oceniać państwowość przez pryzmat ściągalności CIT-u, w 2015 r. nawet Bułgaria była od nas państwem znacznie poważniejszym.

Znikające pieniądze

Dochody z podatku dochodowego od osób prawnych, czyli CIT, mają w Polsce marginalne znaczenie. Według autorów raportu w 2015 r. wyniosły one 1,5 proc. PKB, co było najniższym wynikiem wśród badanych krajów. W Bułgarii i na Węgrzech CIT stanowi 2 proc. PKB, a w Czechach nawet 3,5 proc. PKB. Średnia OECD to 3 proc. PKB, co oznacza, że kraje członkowskie tej organizacji przeciętnie ściągają z korporacji dwukrotnie więcej niż Polska.

Skalę nieudolności organów podatkowych lub celowego patrzenia przez palce na optymalizację podatkową w dużych firmach najlepiej obrazuje fakt, że Bułgaria potrafi ściągać z korporacji 2 proc. PKB, choć jej stawka CIT wynosi 10 proc., a więc jest niemal... dwukrotnie niższa od polskiej (19 proc.).

Poza Czechami we wszystkich badanych krajach z naszego regionu udział podatku korporacyjnego w PKB znacznie odbiegał od średniej OECD. W Europie Środkowej korporacje mają więc wyjątkowo udane życie – dużo łatwiejsze niż w najbardziej rozwiniętych krajach Zachodu. Niestety, na wygodnym życiu koncernów cierpią społeczeństwa – państwa odbijają sobie ubytki we wpływach podwyższaniem danin, które najbardziej obciążają obywateli. Przede wszystkim kryminogennym i uderzającym szczególnie w mniej zamożnych VAT em. Udział tego podatku w dochodach budżetowych w niektórych krajach naszego regionu jest wyższy nawet o 50 proc. od średniej OECD. Oprócz tego utrzymują one również stosunkowo wysokie obciążenie pracy daninami różnego rodzaju, w czym szczególnie przoduje Polska. Składki na ubezpieczenie społeczne stanowią nad Wisłą niemal połowę wpływów budżetowych, co jest rekordem wśród krajów regionu. A skoro wysokie składki ZUS i VAT są rekompensatą za utracony CIT, to w lepszej ściągalności danin z koncernów leży klucz do ulżenia nadmiernie opodatkowanym pracownikom i konsumentom.

Zysk tylko przeszkadza

Szersze światło na raj podatkowy, który urządziły sobie nad Wisłą korporacje, rzuca niedawna publikacja GUS-u opisująca wyniki działających w Polsce spółek z kapitałem zagranicznym. Otóż na 25 961 podmiotów, które złożyły bilans w 2015 r., zysk wykazało 13 717 z nich. Oznacza to, że niemal połowa funkcjonujących na naszym rynku firm zagranicznych nie płaci polskiego podatku dochodowego. Zamiast dochodu do opodatkowania wykazuje straty, zwykle fikcyjne, bo chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie da wiary, że kapitał zagraniczny ściąga nad Wisłę, by prowadzić tu działalność charytatywną. Sztucznie pompując koszty dzięki operacjom z siostrzanymi spółkami w innych krajach, podmioty zagraniczne potrafią „ciągnąć na stratach” latami. Zysk nie jest im do niczego potrzebny, a w zasadzie to jest nawet zbędny – w końcu od zysku trzeba zapłacić podatek. A nawet jeśli w końcu będzie trzeba, zawsze można załapać się jeszcze na jakąś ulgę. Według danych GUS-u efektywna stawka płaconego przez firmy zagraniczne podatku od wykazanego dochodu wynosi 17 proc., a więc jest o 2 pkt proc. niższa od stawki ustawowej. Spółki zagraniczne nie tylko więc zaniżają swój dochód (który przeciętnie wynosi zaledwie 4 proc. ich przychodu), ale też podatek płacony od tego i tak zaniżonego już dochodu.

Według autorów raportu „Uciekające podatki” ogólne polskie wpływy podatkowe w stosunku do PKB w 2015 r. były najniższe w regionie. Wyniosły 27 proc. PKB, tymczasem na Węgrzech 39 proc., w Czechach 34 proc., a nawet w Bułgarii 28 proc.

Tak niski wynik nie jest wcale efektem świadomej polityki opartej bna niskich podatkach, gdyż same stawki nad Wisłą nie są wcale niskie – stawka polskiego podatku CIT należy do najwyższych w Europie Środkowej. To efekt przede wszystkim nieudolności organów skarbowych oraz wieloletniego patrzenia przez palce na machinacje prowadzone przez największych podatników. Skończenie z istnieniem w Polsce państwa teoretycznego wymaga w pierwszej kolejności odbudowy polskich wpływów podatkowych. Tak, by podatki nad Wisłą płacili ci, którzy naprawdę mają z czego, a nie ci, z których najłatwiej je ściągnąć.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...
Najnowsze opinie
Czas zbliżenia z Polską

Czas zbliżenia z Polską

Polska Wschodnia i Północna…

Polska Wschodnia i Północna…

Polski fenomen

Polski fenomen

Węzeł koreański

Węzeł koreański

 Kultura niepodległa?

Kultura niepodległa?

Czas zbliżenia z Polską

W czasie wizyty w Waszyngtonie mieszkam w hotelu „Willard”, znajdującym się niedaleko Białego Domu. Gdy wracam do hotelu po kolejnym spotkaniu z przedstawicielami amerykańskiej administracji (tym razem z Danem Mullaneyem odpowiadającym za handel z Europą), wsiadam do windy, ale przytrzymuję drzwi, aby mogło wejść starsze amerykańskie małżeństwo oraz jakiś jankes w garniturze.

Drzwi się zamykają, ale ktoś jeszcze zdołał wpaść do środka. Krótkie spodenki, t-shirt, zziajany i spocony, widać, że miłośnik joggingu ma parę kilometrów w nogach. Patrzę, a na jego koszulce znak… Polski Walczącej. To wiceminister obrony narodowej Tomasz Szatkowski, który wraz z ministrem Antonim Macierewiczem, ministrem Witoldem Waszczykowskim, a także moją skromną osobą wezmą udział w corocznej konferencji CEPA. To skrót od Center for European Policy Analysis.

Era Trumpa: czas na nowych partnerów USA w UE

Konferencja zdominowana jest przez Amerykanów oraz reprezentantów naszego regionu. Poza szefami MSZ-etu i MON‑u Polski jest też prezydent Łotwy Raimonds Vejonis, szef MSZ-etu Węgier Peter Szijjarto, ale też sekretarz stanu MSZ-etu Słowacji Ivan Korčok, minister obrony Estonii Juri Luik, wiceszefowie MON‑u Czech (Daniel Kostoval) i Łotwy (Janis Garisons), wreszcie znany z niechęci do Rosji szef MSZ-etu Litwy Linas Linkievicius. Są też: generał z Estonii, przedstawiciel prezydenta Rumunii i wielu wpływowych Amerykanów, poczynając od generała Marka A. Milleya (szefa sztabu armii USA), Kurta Volkera, amerykańskiego negocjatora w sprawie Ukrainy czy Richarda Hookera z Narodowej Rady Bezpieczeństwa USA. Tematyka konferencji jest taka, jak polityczno-militarna rzeczywistość w relacjach amerykańsko-europejskich w erze Trumpa: szczególne zwrócenie uwagi na Polskę, kraje bałtyckie i Grupę Wyszehradzką.

Temat pierwszego panelu (z udziałem ministrów spraw zagranicznych Polski i Węgier) dotyczył właśnie relacji między USA a V4, czyli Wyszehradem. Kolejne natomiast mają koncentrować się na „Reformie NATO w XXI w.”, „Przyszłości relacji transatlantyckich: wpływ relacji USA–Rosja na bezpieczeństwo euroatlantyckie”, a także na wojnie informacyjnej w czasie konfrontacji Zachód–Rosja oraz na temacie „Migracja i bezpieczeństwo: perspektywy USA i Europy”. Jest też mowa o „Przyszłej obecności militarnej USA w Europie” – zarówno w kontekście zmieniających się okoliczności geopolitycznych, a także nowych wyzwań w postaci wojny hybrydowej, cyberataków, terroryzmu i adekwatnych międzynarodowych i lokalnych odpowiedzi na te wyzwania. Nie ma w tym jakoś ani Niemiec, ani Francji, ani Wielkiej Brytanii. Ale konweniuje to z wygłoszonym przez prezydenta Donalda J. Trumpa przemówieniem na Zgromadzeniu Ogólnym ONZ w Nowym Jorku, gdy po raz kolejny wspomniał o Polsce.

Siła amerykańskiej prawicy

Rzeczywiście, w tym samym czasie w Stanach Zjednoczonych w ramach polskiej ofensywy obecni byli prezydent Andrzej Duda, ministrowie spraw zagranicznych i obrony narodowej, wiceminister z MON‑u, a także „polski komponent” w ramach Parlamentu Europejskiego. To dobre miejsce, aby przybliżyć spotkania, w których miałem okazję brać udział od ostatniego poniedziałku, reprezentując prezydium Grupy Politycznej Europejskich Konserwatystów i Reformatorów w PE. Całe spektrum instytutów, fundacji, think tanków i mediów, które tworzą zaplecze dla republikańskiej większości w Senacie i Izbie Reprezentantów oraz republikańskiego prezydenta, było kolejnym dla mnie doświadczeniem wielobarwności, a przez to siły amerykańskiej prawicy.

Wymienię te republikańskie podmioty, z których szefami podczas tych czterech dni w Waszyngtonie mogłem się spotkać: CATO Institute, Congressional Institute, Newsmax, Mornings on the Mall, Republican National Committeee, Hudson Institute, Heritage Foundation, American Enterprise Institute, White House Writers Group czy już tu wspomniana Center for European Policy Analysis, jak również Kyle House Group, IRI (International Republic Institute), Instytut Konkurencyjnej Przedsiębiorczości, OPIC (Overseas Private Investment Corporation) oraz agenda państwowa, jaką jest USTR (United States Trade Representative).
Widziałem się też z politykami: Viktorią Coates – ważną doradczynią prezydenta Trumpa, członkiem Rady Bezpieczeństwa Narodowego, odpowiedzialną za negocjacje międzynarodowe (w rozmowie ze mną entuzjastycznie wspominała wizytę prezydenta USA w Warszawie, któremu towarzyszyła), Paulem Tellerem – doradcą Trumpa do spraw legislacyjnych, Dustinem Brownem – zajmującym się budżetem i zasobami kadrowymi Białego Domu, Milesem Taylorem – odpowiedzialnym za bezpieczeństwo wewnętrzne USA, Christopherem J. Andersonem – odpowiadającym w Departamencie Stanu za negocjacje z Ukrainą, Justonem Johnsonem – dyrektorem politycznym Krajowego Komitetu Republikańskiego czy wreszcie generałem Michaelem Haydenem, byłym szefem CIA (z administracji George’a Walkera Busha).

Były też spotkania ze specjalistami od kampanii wyborczych, w tym z Coreyem Lewandowskim, naszym rodakiem, który przez długi czas był szefem kampanii wyborczej zwycięskiego prezydenta D.J. Trumpa, a także Stephenem Moore’em. Ten ostatni dość przekonująco tłumaczył, że sukces kandydata Republikanów w wyborach na 45. prezydenta USA spowodowany był także tym, że Trump był wszechobecny: ci, którzy go brutalnie atakowali, najpierw przyczynili się do jego niebywałej rozpoznawalności, by potem uczynić z niego główny punkt odniesienia. Skądinąd Moore, istotny człowiek Heritage Foundation, podkreślał, że Trump wcześniej występował w telewizyjnych show, a więc docierał do ludzi, których polityka w ogóle nie obchodziła... Mr. Moore noszący starszą, bardziej konserwatywną i nobliwą wersję imienia Steven – czyli Stephen – w swoim wystąpieniu cytował polskiego papieża Jana Pawła II i odnosił się do Polski, choć gdy odprowadzałem go do wyjścia, wyznał, że nigdy nie był ani w Polsce, ani w naszym regionie Europy. Został więc zaproszony.

Polskie polityczne żagle

Przed wizytą w Waszyngtonie spędziłem niespełna dobę w Chicago, najbardziej „polskim” mieście poza naszym krajem. Tam mój program zawierał wyłącznie spotkania z przedstawicielami polskich organizacji, muzeów, instytucji kultury, licznych naszych mediów oraz Kościoła rzymskokatolickiego. Można więc powiedzieć, że były to dwa uzupełniające się światy: „nasze” Chicago i amerykański, polityczny Waszyngton. Oby owe „polskie Chicago”, będące metaforą polskiego lobby miało coraz większy i realny wpływ na amerykańską politykę. Czas najwyższy. Jesteśmy bowiem w sytuacji niebywałej koniunktury w relacjach Warszawy i Waszyngtonu, ale przy nawet bardzo pomyślnych wiatrach optymalne byłoby jeszcze właściwe ustawienie żagli. Te żagle to synonim roli amerykańskiej Polonii czy też „polskiej Ameryki”, którą tworzą zarówno Amerykanie w drugim, trzecim, czwartym, piątym, szóstym i dalej – pokoleniu funkcjonującym w USA, ale też polscy imigranci, polityczni i ekonomiczni oraz ich dzieci – wszyscy mający amerykańskie paszporty. To jednak materiał na osobny artykuł. Warto jednak uświadomić sobie, że mamy bodaj największą od lat 80. czy 90. – ba, może od czasów prezydenta Woodrowa Wilsona sprzed wieku! – hossę w naszych relacjach ze Stanami Zjednoczonymi Ameryki Północnej. Polska jako jeden z czterech europejskich członków NATO – obok Wielkiej Brytanii, Grecji i Estonii – co najmniej 2 proc. PKB przeznacza na obronność, co Trump jeszcze jako „kandydat na kandydata” Republikanów na prezydenta publicznie doceniał. Ale też po brexicie Polska staje się wewnątrz UE głównym, strategicznym partnerem politycznym i militarnym  dla USA. Do tego dochodzą względy gospodarcze i wspólny, polsko-amerykański sprzeciw wobec Gazociągu Północnego. To ze strony Białego Domu podyktowane jest chęcią eksportu do Europy amerykańskiego gazu z jednej, a dywersyfikacją źródeł energii dla Polski – z drugiej strony.

Ciężkim grzechem zaniechania byłoby, gdybyśmy nie skorzystali z tej dziejowej koniunktury.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Polska Wschodnia i Północna – ziemie zapomniane?

Rząd PiS‑u zwraca dużą uwagę na inwestycje na wschodzie Polski. To w dużym stopniu decyzja polityczna, ściśle związana z uwarunkowaniami podziału na Polskę A i Polskę B. Ale wiele wskazuje na to, że wkrótce to północne obszary kraju zaczną domagać się od polityków większego zainteresowania.

Regres ziem wschodnich to tradycyjne wyzwanie dla polskiej polityki rozwojowej. Od początku lat 90. XX w. zanik lokalnej wytwórczości i wielkoobszarowego PGR-owskiego rolnictwa, któremu towarzyszył rozwój przemysłu spożywczego, upadek połączeń kolejowych i autobusowych, doprowadził do stopniowego wyludniania ściany wschodniej. Zrozumiała ucieczka młodych oraz ludzi w sile wieku, zdolnych do pracy, doprowadziła do znaczącego wyludnienia wschodnich rejonów.

Dzietniejszy, uboższy Wschód

Nawet migracja zarobkowa nie zapobiegła strukturalnemu ubóstwu i bezrobociu (mieliśmy raczej do czynienia z samonapędzającym się regresem). I nawet jeśli przez lata wiele mówiono o potrzebie zrównoważonego rozwoju, a środki unijne zapewniały punktowe inwestycje w większe miasta wschodniej Polski, to całościowo rzecz przedstawiała się kiepsko. Poza tym dla władz Platformy Obywatelskiej liczyły się przede wszystkim niektóre obszary ziem zachodnich i Gdańsk. Bardziej zorientowane politycznie na prawo rejony wschodnie karano brakiem sensownego zainteresowania.

Wymowne dane, pokazujące skalę ubóstwa rodzin na wschodzie Polski, zawiera opracowanie Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, dotyczące świadczeń wychowawczych i polityki rodzinnej. Proporcjonalnie z największych środków korzystają dzieci z województw lubelskiego, podkarpackiego i podlaskiego. Ktoś powie: to również regiony o większej dzietności, więc nic dziwnego, że płyną tam większe środki. To prawda, ale od lat badaczki i badacze ubóstwa oraz stowarzyszenia zrzeszające duże rodziny podkreślają, że ubóstwo w Polsce to przede wszystkim znaczne zagrożenie dla rodzin wielodzietnych i takich, w których są niepełnosprawni podopieczni. I właściwie rodziny ze ściany wschodniej najwięcej traciły na niesprawiedliwym, aspołecznym, opartym na systemowym karaniu uboższych modelu rozwojowym III RP. Prawu i Sprawiedliwości – tylko z pomocą programu Rodzina 500+ – udało się zdecydowanie na lepsze zmienić sytuację w tej materii.

Pieniądze to nie wszystko

Bezpośrednie transfery finansowe do rodzin to nie wszystko. Poseł Prawa i Sprawiedliwości Artur Soboń, szef sejmowego zespołu ds. reindustrializacji Polski, zwracał niedawno uwagę, że wschodnie obszary wciąż pozostają w tyle za bardziej rozwiniętymi regionami kraju. Dużym problemem jest cywilizacyjna degradacja średnich miast i otaczających je obszarów. Soboń zwraca uwagę, że sporym problemem dla społeczności na tych terenach jest niski poziom dostępności komunikacyjnej, potrzebnej choćby dla odtworzenia i rozwoju przemysłu, który znacznie zwiększa produktywność poszczególnych rejonów. Ważne jest również, by nowe inwestycje nie miały charakteru fasadowego i doraźnego, co umożliwi ich dalsze funkcjonowanie już po ustaniu unijnego dofinansowania (przytaczam opinie posła Sobonia za PortalemSamorządowym.pl).

Sztandarowym projektem komunikacyjnym dla ściany wschodniej ma być polski odcinek Via Carpatia, biegnący od Białegostoku do Rzeszowa. W szerszym planie ta międzynarodowa inwestycja ma łączyć kraje wschodnio-południowej Europy i wzmocnić cywilizacyjne znaczenie wielu mocno zapóźnionych dotąd rejonów, choćby poprzez poprawienie ich konkurencyjności. Via Carpatia to oczko w głowie polityki transportowej rządu Prawa i Sprawiedliwości. Trzeba jednak niestety zwrócić też uwagę, że mamy do czynienia z charakterystycznym już uprzywilejowaniem transportu drogowego kosztem komunikacji kolejowej, o której jak zwykle mówi się niewiele, a jeszcze mniej się dla niej faktycznie robi. To zresztą stała cecha polityki transportowej w III RP i jak się wydaje, obecny gabinet jest w tej kwestii rządem kontynuacji, a nie – dobrej! – zmiany. Chyba zrobię kiedyś quiz wśród polityków: dlaczego tak nie lubicie Państwo kolei?

Północna Polska ma się coraz gorzej?

Jeżeli w ciągu dwóch najbliższych dekad uda się realnie poprawić sytuację wschodniej Polski, może się okazać, że to północna część kraju stanie się na naszej ojczystej mapie nową ziemią zapomnianą. W połowie września 2017 r. red. Łukasz Guza z „Dziennika” opublikował treściwy artykuł „Państwo tak bardzo skupiło się na biednej ścianie wschodniej, że północną zostawiło samą sobie”. Notabene: nawet jeśli uświadomimy sobie, że mainstream dostrzega pewne problemy, by przyłożyć nimi PiS‑owi, nie ma sensu naśladować wieloletniej strategii mediów przyjaznych niegdyś PO i lekceważyć pozawarszawskich bolączek i wyzwań. Przeciwnie, ta ekipa wygrała wybory i wciąż przoduje w sondażach, bo widzi „gorszą” Polskę. I niech tak zostanie.

Wróćmy do problemów północnej części kraju. Okazuje się, że pogarsza się sytuacja rozwojowa Kujaw, Pomorza Zachodniego, Warmii. Nawet jeśli przyjąć tylko częściową miarodajność danych dotyczących PKB na mieszkańca czy średniego wynagrodzenia, to w połączeniu ze wskaźnikami bezrobocia rzecz budzi niepokój. Redaktor Guza przypomina również, że północ Polski to także mniej ośrodków metropolitalnych, a to równa się gorszemu zapleczu naukowemu, technologicznemu, komunikacyjnemu – kapitał materialny jak zwykle ściśle wiąże się z ludzkim kapitałem.

Inwestować, skoro są środki

Warto pamiętać, że choćby zachodniopomorskie obszary popegeerowskie od kilku dekad są rejonami strukturalnego bezrobocia i masowej ucieczki za chlebem. Socjologia ubóstwa traktuje je od zawsze jako przykład niemal podręcznikowy. Tylko że w liberalnych mediach nikogo to nie obchodziło. A dziś mainstreamowy tytuł ma nieledwie pretensję, że PiS postawiło na wschodnią ścianę. Najwyraźniej premier Tusk z okna samolotu kursującego między Warszawą a Gdańskiem nie widział, jak bieduje się na wielu rolniczych obszarach otaczających Trójmiasto – obszarach położonych poza nadmorskim pasem turystycznym. Sytuacja wielu małych i mniejszych miejscowości północnej Polski faktycznie w niczym się nie różni od sytuacji na wschodniej ścianie: zniszczona komunikacja publiczna, upadek zakładów produkcyjnych, rozpad i atrofia sieci zatrudnienia w rolnictwie wielkoobszarowym, wymywanie kapitału ludzkiego. I rzeczywiście, warto to dziś głośno powiedzieć i zacząć się zastanawiać, czy północna Polska nie potrzebuje strategii rozwojowej w nie mniejszym stopniu niż lubelskie, podlaskie i podkarpackie.

PiS powinien w tym momencie wykorzystać optymizm rozwojowy, również własnych wysokich urzędników ds. spraw finansowych, i naciskać na rozbudowę polityki społecznej i rozwojowej. Jak się zdaje, jesteśmy w takiej sytuacji ekonomicznej, że nawet umiarkowana poprawa ściągalności VAT‑u i wzrost nakładów na politykę społeczną skutkuje wzrostem gospodarczym dla milionów Polek i Polaków, a nie tylko dla milionerów. Widać wyraźnie, że społeczeństwo ma dość polityki zaciskania pasa... na szyjach słabszych – beneficjenci transformacji muszą się z tym pogodzić. Wiadomo, że trudno z dnia na dzień przeprowadzić choćby korektę polityki zrównoważonego rozwoju, ale warto do wyborów samorządowych zwrócić większą uwagę na północne ziemie zapomniane.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl