Zdrowie Pań

Manifa z udziałem 70-letnich feministek domagających się m.in. bezpłatnej antykoncepcji bardziej niż groźny bunt przypominała komedię.

Czarne stroje, upiorne makijaże, wrzask, kocia muzyka z użyciem pokrywek i hasła, z których niewiele nadaje się do cytowania. Żądania nieograniczonego dostępu do aborcji, atak na rząd, wulgaryzmy, hejt pod adresem Kościoła i transparenty pełne obrzydliwych rysunków, niektóre z użyciem symboli religijnych.

Manifa 8 marca zaplanowana była jako powtórzenie wielotysięcznego, czarnego protestu z października. Wtedy KOD i jego organ, „Gazeta Wyborcza”, odtrąbili wielki sukces. Rządzący (co widać po decyzjach) też uznali, że protestu nie da się zlekceważyć. Teraz to, co miało być pokazem siły, zamieniło się w groteskę. Mimo dęcia we wszystkie możliwe tuby, mimo wielkiej sceny i nagłośnienia – frekwencja słabiutka, a w tym liczna reprezentacja emerytek, pewnie tych, co walczyły o resortowe przywileje. Manifa z udziałem 70-letnich feministek domagających się bezpłatnej antykoncepcji i bezpiecznej aborcji w ramach NFZ bardziej niż groźny bunt przypominała komedię. Równie absurdalnie brzmią hasła o dyskryminacji. W Polsce odsetek pań na kierowniczych stanowiskach wynosi 40 proc. – dwa razy więcej niż w Niemczech czy Wielkiej Brytanii. Udział Polek zarówno w polityce krajowej, jak i w Parlamencie Europejskim należy do najwyższych w EU. Wskaźniki przemocy w porównaniu z innymi krajami Europy są najniższe, a liczba zgłaszanych przypadków jest bardzo wysoka. Ale kto by się przejmował statystykami. I strajkujących, i nakręcających protest mediów to nie obchodzi. W epoce postprawdy, fake newsów i starej, dobrej, ubeckiej dezinformacji liczą się bezczelność, wrzask i emocje. Wiedza, fakty, rzetelna informacja to pojęcia z innego, dla uczestniczek strajku coraz odleglejszego świata. Demonstrantki skandując: „Aborcja prawem kobiety”, nie wiedzą również, że dzień po manifie – dokładnie 9 marca – przypadała 74. rocznica ogłoszenia na okupowanym terytorium Polski aborcji na życzenie. Prawo to wprowadził Adolf Hitler.

 

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Operacja ukraińska Moskwy w Polsce

Pisałem już o zarządzaniu refleksyjnym, czyli dostarczaniu tak wypreparowanych i sfałszowanych wiadomości, aby odbiorca sam doszedł do wniosków, do jakich chcemy go przekonać. Dziś konkretny przykład.

Gdy rosyjska propaganda głosi, że największe niebezpieczeństwo dla Polski stanowi Ukraina, a Rosja nie jest żadnym zagrożeniem, gdyż nie wysuwa roszczeń terytorialnych, jej skuteczność jest niewielka. Tezę tę łykają tylko najgłupsi poputczicy i ludzie najbardziej zaczadzeni nienawiścią do Ukrainy, która przesłania im Polskę i nasze interesy strategiczne. Polska może stracić historyczną szansę i zginąć, byleby wywołać antyukraińską histerię. Abstrahuję tu od osób działających z premedytacją, aby złymi emocjami budować pozycję polityczną, jak kiedyś Miloszewić w Serbii.

Skuteczniejsze jest jednak propagowanie przez agenturę i pożytecznych idiotów tez cząstkowych i pozostawienie wyciągania wniosków Braunowi i innym.

Przede wszystkim pokazuje się, że na Ukrainie istnieje tylko Swoboda, zwana banderowcami. Współcześni banderowcy są tymi samymi, co z okresu wojny. Ukraińcy rozwijają kult UPA, ponieważ UPA mordowała Polaków na Wołyniu. W Polsce przebywa już milion, dwa, trzy – w zależności od fantazji – Ukraińców. Do Polski z Ukrainy przemycana jest masowo broń dla Ukraińców (tu pożyteczny dla operacji jest Michalkiewicz). Ukraińcy są odwiecznymi wrogami Polaków i o niczym innym nie myślą, tylko o tym, jak nas mordować i przyłączyć do Ukrainy pół Polski.

Temu obrazowi towarzyszy odpowiednio spreparowany obraz Rosji, kraju obrońcy chrześcijaństwa, atakowanego przez zdegenerowany Zachód – zwłaszcza USA. Rosja to jedyny kraj, który może powstrzymać ukraińską agresję i zapewnić pokój na Wschodzie (Zapałowski).

Udostępnij

Tagi

Duże kłopoty średnich miast

Problemy prowincji i rejonów peryferyjnych nie zaczęły się w Polsce dziś. I nie skończą się nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, dlatego trzeba o nich rozmawiać. Jest jednak coś wymownego w tym, że tytuły takie jak „Newsweek” dopiero teraz widzą problem. Dla nich to przede wszystkim okazja, żeby przyłożyć obecnemu rządowi.

Mainstreamowe media, choć na ogół nie cierpią na nadmiar zainteresowania sprawami prowincji oraz uboższych Polaków, to skrupulatnie odnotowały cenną ekspertyzę prof. Przemysława Śleszyńskiego z Instytutu Geografii i Przestrzennego Zagospodarowania Polskiej Akademii Nauk dotyczącą średnich miast w Polsce. Dokument, który powstał na potrzeby rządowej Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, daje niestety powody do niepokoju. Wynika z niego, że niemal połowie z 255 średnich miast w Polsce grożą marginalizacja i zjawiska kryzysowe. O których ośrodkach mowa? To miejscowości poniżej stolicy województwa liczące powyżej 20 tys. mieszkańców (powyżej 15 tys., jeśli to miasta powiatowe).


Młodzi stamtąd uciekają


Część diagnozy dotyczy kwestii, które bez problemu może dostrzec laik – mowa o narastającym spadku liczby ludności, zwłaszcza osób młodych i lepiej wykształconych. Kolejne wiążą się z trudnościami na rynku pracy i wzrastającymi problemami z mobilnością zawodową. Atrakcyjne miejsca pracy są położone zbyt daleko od średnich miast, które w dodatku często nie dysponują sensowną infrastrukturą mieszkaniową. W polskich realiach ekonomicznych ani bardzo drogi, opanowany przez deweloperów rynek prywatnych mieszkań na własność, ani procesy suburbanizacyjne, ani prywatny najem nie zabezpieczają we właściwy sposób potrzeb aktywnych zawodowo 30–40-latków. Uprzywilejowują bogatszych i tych, których stać na kredyty, natomiast na znacznej części młodszych Polaków wymuszają ucieczkę do metropolii lub za granicę. Szansą dla średnich miast byłaby jedynie ogólnokrajowa sieć mieszkań komunalnych, która czyniłaby o wiele bardziej racjonalną decyzję o osiedleniu się lub pozostaniu w mniejszym mieście i nie drenowałaby kieszeni przytłaczającej większości i pracowników najemnych.


Ale na tym nie koniec problemów. Zdaniem Wojciecha Długoborskiego, który kieruje Unią Miasteczek Polskich, dla niektórych miast problemem jest zapewnienie wkładu własnego do unijnych inwestycji. Średnich miast nie stać na rozwój, bo gospodarczo zamierają. „Są pozbawione przemysłu, firm, zakładów pracy, które mogłyby dawać miejsca pracy mieszkańcom, trudno się dziwić, że następuje migracja. Stagnacja postępowała, bo te miasta nie miały potencjału, kapitału” – stwierdza Długoborski w rozmowie z mediami. Te realia powodują, że średnie miasta stają się przystanią biznesu w rodzaju lombard, apteka, sklep z używaną odzieżą. A stawiane na obrzeżach według krótkowzrocznej logiki rozwoju centra handlowe zaczynają świecić pustkami, uciekają z nich nie tylko lokalni przedsiębiorcy, lecz także sieciówki, może poza tymi, które oferują bardzo tanią i niskiej jakości chińszczyznę.


Miasto to ludzie


Żywe miasto to ludzie – różnych warstw i zawodów. Każde miasto, większe i mniejsze, potrzebuje swoich centrów wzrostu, w zależności od czasu, miejsca i okoliczności są to zakłady przemysłowe, szeroko rozumiane strefy turystyczne, innowacyjne przedsiębiorstwa, a także instytucje. Reforma administracyjna Polski za czasów premiera Jerzego Buzka przynosi negatywne skutki, o których nikt z poziomu metropolii, z warszawocentrycznej perspektywy, nie chciał myśleć. Precyzyjnie przedstawia te kwestie prof. Śleszyński w rozmowie z Polską Agencją Prasową. Jak wskazuje, w wielu średnich miastach występują niekorzystne tendencje demograficzne, brakuje miejsc pracy, które utracono z powodu zmian podziału administracyjnego w 1999 r., kiedy 49 województw zastąpiło 16: „Większe ośrodki wypłukują z tych miejscowości funkcje wyższego rzędu, a przemysł, który był jednym z głównych motorów napędzających te miasta, upadł. Do tego dochodzą kwestie niedostatecznego powiązania z siecią dróg wyższego rzędu: autostradami i drogami ekspresowymi”.


Na początku lat 90. XX w. polskie społeczeństwo słyszało przede wszystkim ze strony staro-nowych elit, że teraz będzie już tylko pięknie i coraz lepiej. Obawy o treść nowej rzeczywistości, o zagrożenia, które mogą ją dotknąć, płynące zarówno ze strony zepchniętych na pobocze debaty publicznej środowisk lewicy społecznej, jak i społecznej prawicy, lekceważono. Nowa wspaniała III RP w opinii jej demiurgów właściwie nie miała wad. Ale przemilczanie potencjalnych problemów albo naiwna wiara, że mechanizmy rynkowe są jedynymi, które mogą w sposób efektywny pozytywnie wpływać na społeczeństwo, okazują się zgubne. Problemy średnich miast wiążą się właśnie z wieloletnią naiwną wiarą, że państwo powinno totalnie wycofać się z przemyślanych strategii rozwojowych – ten głupi i szkodliwy pogląd nie tylko sprzyja pogłębianiu peryferyjności w skali kraju, lecz także pogłębia neokolonialny status Polski na mapie środkowo-zachodniej Europy.


Zapomniane dobro


A przecież średnie miasta, pomimo realnych i potencjalnych kłopotów, jakie przeżywają, są miejscami, w których warto żyć. Decydują o tym nader proste racje: ludzie nie są abstrakcyjnym zasobem ekonomicznym, przeżywają miłości, obawy, nadzieje, cierpienia, bardzo wiele osób po prostu potrzebuje zakorzenienia, żeby lepiej funkcjonować, w stabilnym i przyjaznym otoczeniu rozwijać relacje z bliskimi ludźmi, z najbliższym otoczeniem, ze swoim środowiskiem. Średnie miasta, miasta narodzin, dzieciństwa i młodości wielu Polaków stanowią dla nich punkt odniesienia – rodzinnie i wspólnotowo. Wbrew bardzo popularnej w mediach kalce, że każdy przebojowy człowiek za wszelką cenę i bez względu na koszty osobiste dąży do sukcesu, ogromna większość zwykłych ludzi chce łączyć życie zawodowe z osobistym poczuciem bezpieczeństwa. Małe i średnie miasta często takie poczucie dają lub mogłyby dać.


Dlaczego? Po pierwsze, ze względu na nieocenioną dla sporej części ludzi bliskość rodziny, krewnych, przyjaciół. W świecie takim jak nasz nawet nieliczne, ale wypróbowane grono nieodległych (to ważne!) bliskich zwiększa poczucie lepszego życia. Po drugie, mniejsze miasta to nierzadko szansa na pracę w najbliższej okolicy, a w sytuacji lokalnej prosperity – całe mnóstwo lokalnych usług publicznych i prywatnych, zarówno takich, które gwarantują szybki dostęp do instytucji, jak i takich, które oferują w najbliższym otoczeniu zaplecze sportowe, rozrywkowe, dostęp do niższej i wyższej kultury. Po trzecie wreszcie, mniejsze miasta dają nierzadko poczucie spokojnego, ustabilizowanego życia – a zatem zmniejszają ryzyko stresów, zaburzeń i chorób psychicznych, których przybywa w Polsce w zastraszającym tempie.


Widać coraz wyraźniej, jak duże długofalowe szkody społeczno-gospodarcze spowodowała dezindustrializacja Polski jeszcze w latach 90. XX w. i wyprowadzenie instytucji publicznych z wielu niegdysiejszych wojewódzkich miast. Za wyspowy charakter rozwoju III RP najwięcej jak zwykle zapłacą słabsze regiony. Samorządy zagrożonych kryzysem średnich miast nie poradzą sobie bez rzetelnego wsparcia instytucji centralnych.

Udostępnij

Tagi

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl