Tusk zagrał polskim interesem. Pójście na zwarcie i działanie na szkodę Polski

Tomasz Adamowicz/Gazeta Polska

Katarzyna Gójska-Hejke

Kontakt z autorem

- Mówiąc o peryferiach Europy, Tusk przyczynia się do odtwarzania żelaznej kurtyny na naszym kontynencie – mówi prof. Krzysztof Szczerskim, minister w Kancelarii Prezydenta, w najnowszym numerze tygodnika „Gazeta Polska”.

Czy Donald Tusk zdradził interes Polski?

W moim przekonaniu Donald Tusk przedłożył własny interes ponad europejską jedność. W tym sensie uczynił krzywdę nie tylko Polsce, lecz także całej Unii. Jako przewodniczący Rady Europejskiej, organu reprezentującego państwa członkowskie, powinien być szczególnie wyczulony na równość krajów i budowanie konsensusu. W tym przypadku, z powodu swoich politycznych emocji, wolał rozbić jedność Unii, byle tylko przedłużyć swój mandat i równocześnie zaszkodzić polskiemu rządowi, wobec którego jest w opozycji. Takie działanie jest sprzeczne z duchem integracji europejskiej i fakt, że zostało zaakceptowane przez kraje członkowskie, świadczy o poważnym kryzysie Unii, o którym zresztą piszę w mojej najnowszej książce pt. „Utopia europejska. Kryzys integracji i polska inicjatywa naprawy”. Nie sądzę wszakże, by było to ze strony Tuska działanie przypadkowe. Wręcz odwrotnie, przez ostatnie miesiące bardzo intensywnie konfrontował się z polskim rządem, agresywnie wtrącając się w wewnętrzne sprawy Polski. Nie wyobrażam sobie, by jakikolwiek rząd kraju członkowskiego Unii zaakceptował takie zachowania, gdyby dotyczyły one jego samego. To była celowa taktyka: pójście na zwarcie i działanie na szkodę Polski. W tym sensie rząd Beaty Szydło nie miał innego wyjścia, jak odmówić poparcia dla kogoś, kto w tak ewidentny sposób narusza podstawowe normy unijnej polityki. Przypominam też, że decyzja ta nie zapadła w ostatniej chwili. Była sygnalizowana od dłuższego czasu, co dawało Tuskowi szansę na zmianę zachowania i podjęcie dialogu z Polską. Nic takiego jednak się nie stało. Celem było bowiem doprowadzenie do starcia. Za każdą cenę. Dlatego skandaliczne są dziś głosy tryumfu polskiej opozycji. Świadczą o tym, że taktyka „ulica i zagranica” nadal obowiązuje; że dla odsunięcia Prawa i Sprawiedliwości od władzy opozycja jest w stanie grać polskim interesem.

Premier Beata Szydło zapowiedziała, że nie podpisze konkluzji szczytu w Brukseli. Jakie będą konsekwencje tej decyzji?
Konsekwencją jest to, że mandat przewodniczącego Rady Europejskiej jest najsłabszy w krótkiej historii tej funkcji. Wszystkie poprzednie głosowania były jednomyślne. W taki sam sposób powinno wybierać się na przykład przewodniczącego Komisji Europejskiej. Nikt do tej pory, w stosunku do szefa Rady Europejskiej, nie próbował forsować decyzji większościowej. Brak potwierdzenia tego głosowania w oficjalnych konkluzjach, jakie przyjmowane są zgodnie przez wszystkich na zakończenie posiedzenia, podkreśla tylko słabość tego wyboru i pokazuje, na jak poważnym zakręcie znalazła się Unia. Nie chciałbym, żeby sam fakt wyboru przewodniczącego urastał do rangi strategicznej, to w gruncie rzeczy trzeciorzędna sprawa. Ważny jest proces decyzyjny. W tym przypadku jego przebieg oznacza zrujnowanie zasady lojalnej współpracy państw, przejrzystości proceduralnej, czyli podstaw ładu instytucjonalnego w Unii. Ta korozja, która zżera system europejski, zaczęła się już jakiś czas temu, wraz z takimi potworkami prawnymi jak Pakt Fiskalny, który też był przyjęty w drodze tricku prawnego. Teraz sięgnęło to spraw personalnych. Obawiam się, że to nie koniec i ten precedens może być w przyszłości wykorzystywany także dla potrzeb realizowania interesów (np. gospodarczych) jednych krajów przeciw drugim. Dlatego prezydent Duda w swojej kurtuazyjnej depeszy do przewodniczącego Rady Europejskiej, którą warto przeczytać dokładnie, by zrozumieć jej sens, tak wyraźnie zwrócił uwagę, że Unia nie jest dzisiaj jednością i że brak w niej poszanowania dla równości państw.

Czy 9 marca nie powinniśmy traktować jako symbolicznej daty rozpoczęcia procesu przekształcania UE w rodzaj superpaństwa? Wybrano kandydata przeciwko jego ojczyźnie, zrezygnowano z pełnego konsensusu w tym wyborze, nagięto procedury unijne, by zneutralizować sprzeciw Polski.
To nie są narodziny superpaństwa. Takie stwierdzenie oznaczałoby, że był to wyraz siły, kreatywności. A tymczasem był to objaw choroby, słabości i upadku idei jedności, która kiedyś była w Europie tak atrakcyjna. To narodziny Unii bez legitymacji powszechnej, Unii jednych przeciw innym. W tym sensie to kolejny syndrom rozpadu. Widać, że elity europejskie niczego się po Brexicie nie nauczyły. Dominującymi nastrojami, jakie dziś wśród nich panują, są niechęć i strach przed zmianą. Dlatego dla wielu szefów rządów przedłużenie kadencji Tuska było kwestią prostego opowiedzenia się za kontynuacją, czyli działaniem „żeby było tak, jak było”. Znamy to bardzo dobrze także z postawy części polskich środowisk, znakomicie sobie radzących za poprzednich rządów, a dziś zagrożonych w swoich beneficjach. Elity europejskie panicznie boją się, że syndrom zmiany, której przejawem były m.in. wybory z 2015 r. w Polsce, może dosięgnąć także ich. I tym samym położyć kres ich uprzywilejowanej pozycji. Dlatego nie odczytuję tego głosowania jako narodzin czegokolwiek, tylko jako objaw schyłku Europy takiej, jaką znamy – Europy opartej na zasadzie demokracji. Gdy rządy drżą o swoją przyszłość po wyborach, to znaczy, że czują strach przed wolą wyborców, a to oznacza kryzys demokracji. Widać to dziś bardzo dobrze w krajach zachodniej Europy. One popierały Tuska, bo każdy rodzaj trwania status quo jest w ich oczach wartością samą w sobie. Postrzegają brak zmiany jako objaw siły, a zmianę jako słabość. „Skoro coś zmieniamy, to oznacza, iż ci, co tej zmiany się dopominali, mogli mieć rację. Oni, a nie my. Zatem przegraliśmy” – tak można podsumować sposób myślenia dzisiejszych elit europejskich.

Jak Pan ocenia wypowiedzi niemieckich polityków, którzy straszyli Polaków, że niepopieranie Tuska skończy się źle dla naszego kraju, czy głos prezydenta Francji o możliwości odebrania Polsce funduszy strukturalnych? Czy to próba wpłynięcia – poprzez strach – na polską opinię publiczną?
Tuż po głosowaniu w sprawie przewodniczącego RE mieliśmy do czynienia z całym festiwalem niemądrych wypowiedzi ze strony tych, którzy uważają siebie za zwycięzców tego starcia, zarówno w kraju, jak i w Europie. Te emocjonalne reakcje wiele pokazują. To, co w nich uderza, to – w Polsce – gigantyczna dawka kompleksów na tle innych, zaś w Europie – arogancja wywodząca się z wciąż żywego stereotypowego podziału na „tych ze wschodu” i lepszą zachodnią resztę. Wydawało się, że to już za nami, a tu się okazuje, że podskórnie to wciąż realne postawy, które wychodzą na wierzch pod wpływem emocji. Co ciekawe, obie te postawy spotykają się we wspólnym przekonaniu, że Polska to peryferie Europy. Niestety, w podobnym duchu o własnym kraju wypowiadał się również przewodniczący Tusk.

Czy sprzeciw Polski wobec wyboru Tuska – przy jednoczesnej zgodzie na niego wszystkich państw naszego regionu – nie wpłynie na pogorszenie współpracy choćby w formacie wyszehradzkim?
To się okaże. Z pewnością jeśli ta sytuacja ma mieć jakieś realne negatywne konsekwencje w krótkiej perspektywie, to właśnie może odbić się negatywnie na współpracy w naszym regionie. Musimy tego uniknąć i działać na rzecz utrzymania regionalnej spójności. To byłaby bowiem poważna szkoda, która nie wynika ze strategicznej różnicy zdań. Powiedzmy sobie szczerze: mamy w regionie istotniejsze wspólne zadania i problemy niż wybór szefa Rady Europejskiej.

Dlaczego nie dowiedzieliśmy się, czyim kandydatem jest były polski premier? Politycy europejscy, ale i opozycja w Polsce, jak ognia unikali jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie.
Cały proces wyboru przewodniczącego Rady Europejskiej to zaprzeczenie przejrzystości i demokratycznej odpowiedzialności przed społeczeństwami. Został on tak skonstruowany właśnie po to, by w kuluarach, poufnie, budować konsensus wokół kandydatów i unikać konfrontacji. Jednakże w chwili, w której zdecydowano się rozstrzygać nie jednomyślnie, lecz większością, cały ten pomysł legł w gruzach, zaś sama procedura obnażyła swe kompromitujące słabości. Okazało się, że tak naprawdę wszystko odbywa się potajemnie. Ciekawe zresztą, gdzie są teraz te wszystkie organizacje, które nieustannie domagają się przejrzystości życia publicznego i ochoczo żądają dostępu do faktur na zakup papieru toaletowego przez urzędy publiczne? Wybór szefa Rady Europejskiej to sprawa chyba dużo ważniejsza. Jednakże jakoś nikt nie pisze protestów i nie domaga się dostępu do informacji publicznej…

Całość wywiadu w najnowszym wydaniu tygodnika „Gazeta Polska”
Źródło: Gazeta Polska

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Kodziarze nie mogą pogodzić się z sukcesem Marszu Niepodległości. Odlot Frasyniuka

Władysław Frasyniuk / Zbyszek Kaczmarek/Gazeta Polska

Partie „totalnej opozycji” i środowiska je wspierające postanowiły po raz kolejny pokazać, co sądzą o największym patriotycznym marszu w Europie - tego, który odbył się 11 listopada w Warszawie. Zorganizowali protest przeciwko „narastającej fali faszyzmu i rozrastającego się rasizmu, antysemityzmu i ksenofobii”. Jak daleko się jeszcze posuną w obrzydzaniu Marszu Niepodległości?

Demonstrację przygotowały organizacje Wroclawdlademokracji.pl, Ogólnopolski Strajk Kobiet, KOD Wrocław, Obywatele RP, Inicjatywa Demokratyczna oraz partie: Razem, Zieloni, Nowoczesna i SLD.

Wszystkich połączyła jedna idea.  „Nie ma naszej zgody na wydarzenia, które miały miejsce 11 listopada w Warszawie i we Wrocławiu” - podkreślili organizatorzy.

Organizatorzy tej inicjatywy włączyli się tym samym w antypolską kampanię, która rozpoczęła się w lewicowych mediach.

CZYTAJ WIĘCEJ: Holenderska gazeta, która kolaborowała z Hitlerem, zarzuca Polakom... neonazizm 

Demonstranci zgromadzili się na placu przed Dworcem Głównym PKP. Mieli ze sobą transparenty z napisami „Polska bez faszyzmu” czy „Moją ojczyzną jest człowieczeństwo”. Skandowano m.in. „Faszyzm nie przejdzie”.

CZYTAJ WIĘCEJ: Jest reakcja ambasady RP w USA ws. obrzydliwego, oczerniającego Polaków artykułu Grossa

W manifestacji uczestniczył m.in. Władysław Frasyniuk, który podzielił się ze zgromadzonymi swoimi obserwacjami. 

Według niego w Polsce trwa proces „jednoczenia się faszystów z oddziałami militarnymi”

To jest śmiertelne zagrożenie dla społeczeństwa (…) My, społeczeństwo musimy pokazać, że nie ma w Polsce zgody na faszyzm i na rasizm

- mówił.

Potem Marta Lempart z Ogólnopolskiego Strajku Kobiet tłumaczyła zgromadzonym, że faszyzm i nazizm nie są poglądami do dyskusji w debacie publicznej.

CZYTAJ WIĘCEJ: Goebbelsowskie kłamstwa niemieckich mediów

Możemy rozmawiać o tym, czy jesteśmy prawicą, lewicą, konserwatystami, ale nie będziemy rozmawiać o tym, że faszyzm i nazizm to są poglądy, które mają prawo istnieć w debacie publicznej. To są zbrodnicze ideologie

- oznajmiła. 

Dodała, że Wrocław to miasto, które „ma być dla wszystkich”.

Nie chodzi o to byśmy się ze sobą zgadzali, ale o to, aby w momencie, kiedy się nie zgadzamy, nie dochodziło do przemocy

- mówiła Lempart.

CZYTAJ WIĘCEJ: Ruszyła akcja demaskująca kłamstwa Grossa. Ujawniono też niechlubne fakty z jego młodości

Źródło: PAP, niezalezna.pl

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl