W stronę normalności

W ubiegłym roku udział płac w PKB po raz pierwszy od ośmiu lat wyraźnie wzrósł. Towarzyszył mu też duży wzrost zarobków. W wyniku czynników demograficznych oraz działań politycznych polscy pracownicy nareszcie byli w stanie wykroić sobie nieco większy kawałek tortu.

Wzrost płac wyniósł w 2016 r. 4,2 proc., czyli był o 20 proc. wyższy niż w 2015 r., w którym i tak płace rosły stosunkowo szybko. Tak wysoki realny wzrost wynagrodzeń był w naszej gospodarce w ostatnim ćwierćwieczu raczej rzadko spotykany. Obok również czteroprocentowego wzrostu liczby narodzonych dzieci to najbardziej optymistyczny wskaźnik ekonomiczno-społeczny z ubiegłego roku. Wydawałoby się, że w kraju, w którym od lat zauważa się, że głównym problemem są niskie płace, taka informacja musi być powodem do radości. Okazuje się, że niekoniecznie. Krzysztof Adam Kowalczyk, kierownik działu ekonomicznego „Rzeczpospolitej”, w swoim komentarzu o wymownym tytule „Wzrost płac może zaszkodzić” w zasadzie nad tym ubolewa. No cóż, zapewne dla gospodarki byłoby najlepiej, gdyby część zatrudnionych zgodziła się pracować za darmo – w końcu w niewolniczych południowych stanach USA eksport kwitł aż miło, a produkcja bawełny biła kolejne rekordy.

Polityka państwa a zarobki

Redaktor Kowalczyk zauważa, że płace wzrosły bardziej niż produktywność (której wzrost wyniósł prawdopodobnie ok. 2 proc.), co może się odbić na polskiej konkurencyjności. W sytuacji, gdy wynagrodzenie pracowników rośnie szybciej niż wydajność, przedsiębiorcy muszą podnosić ceny, a przecież niskie ceny to nasza główna przewaga konkurencyjna. I lepiej jej się nie pozbywać, dopóki polska gospodarka nie wypracuje innej przewagi, typowej dla krajów Zachodu – czyli innowacyjności. Nasi przedsiębiorcy mogą nie zdążyć zbudować innowacyjnych firm i produktów, gdyż zawczasu zarżną ich koszty pracy. Redaktor oskarża też polityków, którzy swoimi działaniami (500+, podwyżka płacy minimalnej) mieli sztucznie przyspieszyć wzrost polskich zarobków, co finalnie może Polsce zaszkodzić.
Jeśli można się w czymś zgodzić z red. Kowalczykiem – rzeczywiście działania polityczne pomogły wzrostowi płac. Program 500+ wzmocnił pozycję negocjacyjną posiadających potomstwo pracowników, dzięki temu nie musieli się już godzić na nierzadko uwłaczające pensje, gdyż mieli bufor bezpieczeństwa w postaci państwowego wsparcia na dzieci. Pamiętamy przecież, że niemal zaraz po wprowadzeniu 500+ mogliśmy podziwiać wręcz serię podwyżek (Lidl, Biedronka, nieco wcześniej Ikea). Zapowiedzi podwyższenia płacy minimalnej w 2017 r. i wprowadzenia minimalnej stawki godzinowej też zwiększyły presję na wzrost płac – gdy ktoś zarabiający 2200 zł słyszy, że pensja minimalna wzrośnie do 2 tys., to naturalnie zaczyna się domagać, by jego zarobki były wyższe niż 200 zł nad kreską. Oczywiście głównymi powodami wzrostu zarobków nad Wisłą są ogromna emigracja i wyludnienie się wielkich połaci kraju. A brak rąk do pracy to od co najmniej epidemii dżumy w XIV w. najskuteczniejszy sposób skłonienia pracodawców do podzielenia się zyskiem. Pozostałe argumenty redaktora są już jednak, delikatnie mówiąc, dosyć dęte.

Płace w pogoni za wydajnością

Oczywiście regularny i utrzymujący się przez lata wzrost zarobków przewyższający wzrost produktywności byłby dla gospodarki w długiej perspektywie zabójczy. Tylko że wspominanie o takiej możliwości w kontekście Polski jest nie na miejscu. Płace od lat nie nadążały za wzrastającą wydajnością, choć zapewne akurat nad tym Krzysztof Adam Kowalczyk specjalnie nie lamentował. Według danych OECD w latach ­2001–2012 jednostkowy koszt pracy rósł w Polsce średniorocznie o 0,9 proc., a produktywność o 3,3 proc., czyli ponadtrzykrotnie szybciej. Relacja ta była najmniej korzystna dla płac ze wszystkich krajów OECD w tym okresie. Był to też trzeci najwyższy wzrost produktywności wśród członków tej organizacji (za Słowacją i Estonią). W Czechach jednostkowy koszt pracy rósł w tym czasie dwa razy szybciej przy wzroście produktywności o 0,5 pkt proc. niższym. W ostatnich latach wyścig między wynagrodzeniami a wydajnością nieco się wyrównał, jednak to drugie wciąż rosło nieco szybciej. Według Eurostatu w latach 2010–2015 polska produktywność wzrosła o 12 proc., a godzinowy koszt pracy o nieco ponad 10 proc. Obecnie mamy więc w Polsce korektę – tak jak na giełdzie, gdy po znacznych spadkach lub wzrostach następuje urealnienie wycen aktywów. Urealnienie płac to zjawisko, nad którym na pewno nie powinniśmy załamywać rąk. Nasi pracownicy czekali na to od lat.

Nie jest również prawdą, że w sytuacji korekty przedsiębiorcy muszą podnieść ceny. Jest jeszcze jedna możliwość, która najwyraźniej red. Kowalczykowi nie mieści się w głowie. Mianowicie mogą jeszcze zmniejszyć swoje dochody, czyli po prostu podzielić się zyskiem z załogami, które współtworzą ich firmy. Nie zapominajmy, że nawet najbardziej błyskotliwy pracodawca nie jest herosem, który jednoosobowo wytwarza całe swoje przychody, pracownicy zaś – zawalidrogami, które tylko mu w tym przeszkadzają. Wielu polskich pracodawców ma spore możliwości podzielenia się zyskiem. Udział płac w PKB, który pokazuje podział dochodów między zyski a pensje, spada w naszym kraju od 2008 r. W latach 2008–2015 spadł z 50,1 proc. PKB do 46,9 proc. Średnia unijna to 55,4 proc. Przewaga zysków nad płacami jest w Polsce jedną z najwyższych w UE. Według szacunków Komisji Europejskiej w 2016 r. udział płac w PKB nad Wisłą wzrósł do 47,5 proc., co jest pierwszym wyraźnym wzrostem od ośmiu lat. A i tak to wciąż szósty najniższy wynik w UE. Tak więc w ubiegłym roku, w wyniku czynników demograficznych i działań politycznych, pracownicy wreszcie wykroili sobie nieco większy kawałek tortu. Który im się należał jak psu buda.

Płace impulsem dla innowacyjności

Wątpliwy jest również argument, że wzrost płac zahamuje wzrost innowacyjności, przez co nie doczekamy się gospodarki opartej na wiedzy, gdyż wcześniej przedsiębiorstwa zostaną zarżnięte przez rozpasane roszczenia pracowników. W rzeczywistości kolejność najczęściej jest odwrotna – to wzrost płac napędza wzrost innowacyjności, gdyż przedsiębiorcy są zmuszeni szukać bardziej zaawansowanych sposobów produkcji, by mimo to mieć wysokie zyski. W sytuacji niskich kosztów pracy przedsiębiorcy nie mają motywacji do rozwijania swoich produktów, ponieważ produkcja tanich towarów przy jeszcze niższych kosztach i tak zapewnia im godziwy dochód. Gdy są postawieni pod ścianą konieczności płacenia więcej, zaczynają eksperymentować z bardziej zaawansowanymi metodami produkcji, które zmniejszyłyby koszty. Szukają też ulepszeń swoich produktów, by móc generować większe dochody. Najlepszym tego przykładem jest rewolucja przemysłowa. Ian Morris w dziele „Dlaczego Zachód rządzi – na razie” zastanawia się m.in., dlaczego rewolucja przemysłowa miała miejsce w Wielkiej Brytanii, a nie w Chinach czy na południu Europy. Mimo że Chińczycy byli w tym okresie równie rozwinięci technologicznie co Zachód, a północ Włoch również nie ustępowała Brytyjczykom pod względem bogactwa. Jednym z powodów były różnice w płacach. Pracownik w Londynie realnie zarabiał ponadpięciokrotnie więcej niż pracownik w Pekinie lub we Florencji. A więc brytyjscy przedsiębiorcy nieustannie szukali sposobów usprawnienia produkcji, tymczasem równie bogaci przedsiębiorcy z Chin czy Włoch zadowalali się tym, co już mają. I dzięki temu to James Watt usprawnił silnik parowy, a nie któryś z licznych chińskich naukowców.

Wyraźny wzrost płac w 2016 r. to dowód na to, że relacja pracownik–pracodawca w naszym kraju wreszcie normalnieje. A więc to powód raczej do radości, a nie rytualnego załamywania rąk. Ostatecznie nie tylko wielkość tortu się liczy, ale też to, w jaki sposób rozdzielimy go między gości. Przecież ktoś, kto po raz kolejny dostaje wąski kawałeczek, niespecjalnie się cieszy, że w tym roku tort znów był większy.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

O Azerbejdżanie całkiem inaczej

Poprzednio mówiliśmy o Gruzji, dziś zajmiemy się drugim kaukaskim krajem mogącym się stać ważnym ogniwem rodzącego się bloku Międzymorza. W Polsce bardzo mało się wie o Azerbejdżanie, w przekonaniu przeciętnego rodaka jakimś tam państewku w Azji, bez żadnego dla nas znaczenia. W rzeczywistości zaś jest to kraj jak najbardziej europejski, a z racji położenia i znakomitego wykorzystania bogactw naturalnych – lokalne mocarstwo. W dodatku – o czym się wie jeszcze mniej – życzliwe Polsce i mogące wspomóc nas w dążeniu do całkowitego uniezależnienia się od rosyjskiej ropy i gazu. Ale po kolei…

Azerbejdżan to kraj paradoksów – dziś jego ludność w 97 proc. to wyznawcy islamu, choć dwa tysiące lat temu na tych ziemiach istniało jedno z pierwszych państw chrześcijańskich – Albania Kaukaska. Bezpośrednimi potomkami Albanów są Udini, maleńka obecnie grupa narodowościowa zachowująca własny język, alfabet i wiarę, wspierana… przez muzułmańskie państwo! Robiąc film o Albanii Kaukaskiej, przekonałem się, że w Azerbejdżanie panuje autentyczna tolerancja religijna, i to niezarządzona odgórnie. Chrześcijańskie święta obchodzi się tu wspólnie z muzułmańskimi sąsiadami, a na stołach biesiadnych nie brakuje wina i miejscowej bardzo mocnej wódki wyrabianej z morwy lub ajwy.

Islam na Kaukazie jest inny

Bo tu jest Kaukaz i antyalkoholowe zapisy Koranu nijak się mają do tutejszej żywiołowej obyczajowości! Tłumacząc na polski azerbejdżański epos narodowy o szlachetnym zbójniku Korogłu, co rusz napotykałem opisy wspaniałych uczt, wyprawianych przezeń po każdej udanej wyprawie, gdzie wino lało się istnymi rzekami, choć biesiadnicy byli wiernymi wyznawcami islamu – i tak jest do dzisiaj.

Taki islam – tolerancyjny, zgodnie współżyjący z chrześcijańskimi sąsiadami w kraju i za granicą – Europa i my powinniśmy wspierać i przeciwstawiać go fanatycznym arabskim wyznawcom dżihadu.

Kolejnym paradoksem jest fakt, że ludność Azerbejdżanu liczy ok. 10 mln, ale aż 24 mln Azerów mieszka… w Iranie! A dokładniej na terenach, które włączono do Persji w wyniku rozbioru Azerbejdżanu dokonanego przez zwycięską Rosję i pokonaną Persję w 1813 r. na mocy traktatu pokojowego w Gulistanie. Skolonizowany przez Rosjan kraj zyskał niespodziewaną szansę na gwałtowny rozwój w momencie odkrycia niesłychanie bogatych zasobów ropy naftowej na wybrzeżach Morza Kaspijskiego.

Ówczesny bakijski boom przełomu XIX i XX w. przyniósł fortunę wielu cudzoziemcom, np. firmie Bracia Nobel – to na ropie, a nie na dynamicie zrobił pieniądze Alfred – a w rozwój przemysłu naftowego mieli ogromny wkład Polacy, do dziś pamiętani i szanowani w Azerbejdżanie, a niemal zapomniani w ojczystym kraju…

Polscy bohaterowie Azerbejdżanu

Inżynier Witold Zglenicki jest postacią wybitną na skalę światową – to on pierwszy odkrył, że główne zasoby ropy naftowej zalegają nie na lądzie, ale na podmorskim szelfie i tam właśnie zaczął ją eksplorować, co przyniosło mu pokaźną fortunę.

Umierając bezpotomnie w dalekim Baku, nie zapomniał o ojczyźnie, zapisując większość dochodów z ropodajnych działek słynnej Kasie im. Mianowskiego, wspierającej rozwój polskiej nauki. Powołana w 1881 r. przez tak zasłużonych dla kraju ludzi, jak Prus, Sienkiewicz, Chałubiński, bracia Kronenbergowie, Kasa cierpiała na stały niedostatek finansów, aż nagle na skutek testamentu Zglenickiego od 1904 r. aż do I wojny światowej zaczęła otrzymywać tak olbrzymie kwoty, że nie była w stanie ich w pełni wykorzystać! Tylko w latach 1908–1915 z jego legatu dotarło do Kasy Mianowskiego w Warszawie prawie 1,5 mld rubli!

Witold Zglenicki współdziałał też z wybitnym azerbejdżańskim mecenasem postępu nauki i techniki, Hadżim Tagijewem, na forum Bakijskiego Oddziału Imperatorskiego Rosyjskiego Towarzystwa Technicznego propagował ideę tworzenia na terenach azerskich i polskich szkół rzemieślniczo-artystycznych, przekonany o wspólnych wysokich potrzebach estetycznych i zdolnościach Polaków oraz narodów kaukaskich. Gdy starania te nie zyskały odzewu, Zglenicki swoim testamentem sam zadbał o ich realizację: „...na utworzenie w mieście Baku szkoły rzemieślniczo-artystycznej, gdzie kształcić się winni rzemieślnicy wyrobów ze złota i srebra o orientalnym smaku – 50 tysięcy rubli, przy czym proszę starać się o otrzymanie od miasta bezpłatnej działki pod budowę budynku dla tej szkoły; na utrzymanie jej proszę wydawać corocznie w ciągu dziesięciu lat po 5 tysięcy rubli”.

„Polskie lobby” w Baku

Aby szybko przeskoczyć do współczesności, już w 1904 r. od Baku w Azerbejdżanie przez Gruzję do portu w Supsie współpracownik Zglenickiego, również Polak, inżynier Rozwadowski, budował pierwszą magistralę naftową. Dziś dokładnie na tej samej trasie działa gigantyczny rurociąg zbudowany przez British Petroleum na mocy tzw. umowy wieku, zawartej przez poprzedniego prezydenta Azerbejdżanu Hejdara Alijewa.

Polska była żywotnie zainteresowana jego budową, gdyż spora część tej ropy płynęła do ukraińskiego portu Piwdennyj pod Odessą, skąd miała docierać przez Brody do Płocka! Tyle że Ukraińcy swoją część do Brodów zbudowali, a rządzona przez SLD, a potem Platformę Polska nie zrobiła nic, by się uniezależnić tym sposobem od monopolu Rosji…

Jedynie Lech Kaczyński konsekwentnie zacieśniał przyjazne stosunki z Azerbejdżanem, wielokrotnie zapraszając do Polski prezydenta Ilhama Alijewa i często lobbując na rzecz polskiej energetyki w Azerbejdżanie.

Miałem okazję towarzyszyć prezydentowi RP w jednej z takich podróży w 2007 r. Jednym z punktów programu była na pozór czysto kurtuazyjna wizyta w stołecznym Uniwersytecie Słowiańskim, którego prezydent Kaczyński został doktorem honoris causa w 2005 r.

Na powitanie chór uczelniany odśpiewał po polsku „Mazurek Dąbrowskiego”, a rektor wygłosił mowę piękną, literacką polszczyzną. Później ze zdziwieniem dowiedziałem się, że wbrew moim przypuszczeniom kilka tysięcy absolwentów polonistyki z Baku w ogóle nie ma żadnych polskich korzeni (sądziłem, iż znaczna ich część to potomkowie licznych na Kaukazie popowstaniowych zesłańców), a wybrali te studia po prostu z sympatii i podziwu dla Polski, i jej osiągnięć w walce o wolność i pełną suwerenność! Taki ogromny potencjał zaufania, zamiast stać się mocnym opiniotwórczym „polskim lobby” w Azerbejdżanie, od śmierci prezydenta Kaczyńskiego marnował się bez żadnego wsparcia ze strony polskiego MSZ-etu pod kierunkiem Radosława Sikorskiego…

Za wolność „naszą i waszą”

A przecież nie tylko przesłanki ekonomiczne nas łączą, ale i walka o niepodległość: Azerbejdżan również odzyskał niepodległość w 1918 r., a liczna grupa polskich Tatarów z gen. Maciejem Sulkiewiczem odegrała ogromną rolę w organizowaniu sprawnej administracji młodego państwa, pierwszej demokracji w kręgu cywilizacji islamskiej. Generał, w nowej ojczyźnie znany jako Sulejman Sulkiewicz, z niezwykłą energią przystąpił do organizowania armii azerbejdżańskiej, co kosztowało go życie – został rozstrzelany przez bolszewików po zawojowaniu Azerbejdżanu przez Sowiety w 1920 r. Piękną książkę „Tatarzy polscy w służbie Azerbejdżanu”, którą miałem przyjemność przetłumaczyć na polski, poświęcił im były ambasador tego kraju w Polsce Vilayat Guliyev.

Przykładem walki „za naszą i waszą” w odwrotną stronę jest azerbejdżański książę Veli bek Jedigar, po podbiciu Azerbejdżanu przez Sowietów na przymusowej emigracji, od 1922 r. oficer Wojska Polskiego, dyplomowany podpułkownik – absolwent Wyższej Szkoły Wojskowej w Warszawie, ulubiony „Turek” marszałka Piłsudskiego, kawaler Virtuti Militari za udział w wojnie obronnej 1939 r., żołnierz Armii Krajowej, twórca pierwszej konspiracyjnej podchorążówki i pułku „Jeleń”, wreszcie dowódca całej akowskiej kawalerii w Komendzie Głównej AK.

Gdy jeszcze wspomnieć, że Mehmet Rasul-zade, najważniejszy z twórców demokratycznego Azerbejdżanu w 1918 r. – po jego podboju przez Rosjan schronił się na długie lata w Warszawie, gdzie nie tylko współpracował z marszałkiem Piłsudskim w ruchu prometejskim, ale także znalazł polską żonę o imieniu Wanda, widać, że łączą nas nie tylko interesy, ale i więzi przyjaźni.

Jaką zatem lekcję powinna wyciągnąć polska polityka zagraniczna z tej zadziwiającej i wielowątkowej historii? Otóż taką, że polityka owa w żadnym razie nie może się kończyć na wschodnich opłotkach za Bugiem, a na jakimś tam odległym Kaukazie niech się dzieje, co chce. Bo wtedy będzie się tam działo, co chce ktoś inny, a otwarcie nam wrogi – imperialna Rosja!

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl