Jaka przyszłość OFE?

Po przejęciu przez rząd PO-PSL ponad 153 mld zł z otwartych funduszy emerytalnych (OFE) oraz wprowadzeniu mechanizmu tzw. suwaka (przekazywanie środków ubezpieczonego z OFE do ZUS-u przez 10 lat przed osiągnięciem wieku emerytalnego) istnienie tych funduszy całkiem straciło sens.

Obecny rząd musi zatem zdecydować, co zrobić z pozostałymi środkami, które w nich zgromadzono. W ostatnich dniach ubiegłego roku Komitet Ekonomiczny Rady Ministrów rekomendował przekazanie 25 proc. środków zgromadzonych w OFE do Funduszu Rezerwy Demograficznej. Ich wartość ma być zaewidencjonowana na subkontach prowadzonych przez ZUS, a Polski Fundusz Rozwoju ma dbać, aby kapitał ten był dobrze inwestowany. Z kolei pozostałe 75 proc. aktywów ma trafić w zarząd do funduszy inwestycyjnych (FI), które powstaną z przekształcenia obecnych OFE i zasilą III filar emerytalny. Trybunał Konstytucyjny w listopadzie 2015 r. stwierdził, że pieniądze „zgromadzone w otwartych funduszach emerytalnych, są – w sensie konstytucyjnym – środkami publicznymi”. Przekazanie 75 proc. aktywów OFE do FI sprawi, że przestaną one być publiczne, a staną się indywidualną własnością oszczędzających.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Między złotą epoką a ruiną

Najwspanialszy polski wiek, XVI, nazywany słusznie złotą epoką, poprzedziło sto lat jednoczenia ziem polskich i następne sto lat budowania międzynarodowych unii, najpierw z Węgrami, a potem z Litwą, a przez to i Rusią. Ogromne państwo kontrolowało znaczną część handlu w regionie, rozkwitło kulturalnie i wreszcie długo było niepobite militarnie. To był właśnie okres wielkich triumfów najlepszej ówczesnej formacji zbrojnej świata – husarii.

Złota epoka skończyła się w połowie wieku XVII, kiedy Rzeczpospolitą zaczęły pustoszyć wielkie wojny. Rozpoczął się proces, który sto lat później doprowadził do rozbiorów. Rzeczy nie działy się nagle, a obserwatorzy z pozycji nawet jednego pokolenia łatwo mogli zlekceważyć zagrożenia. Zwycięskie wojny dawały nadzieję, że Polacy zawsze jakoś sobie poradzą. Nadzieję złudną, bo za błędy przodków zapłaciły następne pokolenia. Płaciliśmy niewolą i krwią tysięcy powstańców. Trzeba było kolejnego wieku wysiłków i międzynarodowej koniunktury, by odbudować choćby częściowo dawne państwo. Historia pozwoliła nam doświadczyć i wielkości, i upadku. Jedno i drugie spowodowane było decyzjami politycznymi przodków.

Złota era to efekt umiejętnego zawierania sojuszy, ale też dobrych wodzów i silnej armii. Upadek wynikał dokładnie z odwrotności tych działań, słabej armii i kłótni z sojusznikami, szczególnie z Kozakami. Nie ma dzisiaj znaczenia, kto bardziej zawinił, liczy się skutek. W takich awanturach każdy ma dosyć argumentów, by udowodnić swoje racje.

Troska o Rzeczpospolitą polega na tym, by wybiegać myślą naprzód nie o rok, dwa, ale o całe pokolenia. Mamy dzisiaj propozycję dla Polski na pokolenia, czyli projekt Międzymorza, faktycznie projekt powrotu do czasów złotej epoki. Już dzisiaj korzystamy z naszego położenia oraz długiego okresu pokoju. Polska gospodarka rozwija się niemal jak żadna, a złotówka uznana została w ostatnich miesiącach za najsilniejszą na świecie (w relacji do ceny innych walut). Jest dobrze, ale ten okres nie będzie trwać wiecznie. Bez stałego wysiłku wszystkich podmiotów społecznych i politycznych obozu patriotycznego, bez mądrego patrzenia na sprawy publiczne, spoglądania na nie bez emocji, ale za to z wielkim rozumem, złoty okres się skończy. Trzeba o tym pamiętać w bieżącej polityce i w planach na przyszłość. Historia nas mocno doświadczyła i musimy to unikalne doświadczenie przekazać następnym pokoleniom. Tym razem, miejmy nadzieję, już tylko jako przestrogę.

Udostępnij

Tagi

Święto, polityka i dramat

Święto Wojska Polskiego oprócz wymiaru patriotycznego i wspólnotowego zyskało w tym roku również znaczenie praktyczne. Ministerstwo Obrony Narodowej, wzmocnione sondażowym poparciem Polaków, ogłosiło plany reform zmierzające do stworzenia armii mogącej samodzielnie bronić kraju.

Trudno byłoby sobie wyobrazić taką sytuację jeszcze kilka lat temu, gdy lansowano zbliżenie z Rosją i tyle utopijną, co niebezpieczną tezę o braku wrogów. Żyjemy w czasach narastających konfliktów i bezczelnych watażków wykorzystujących naiwność i bezsilność politycznie poprawnych elit do budowania własnej pozycji, nieraz, jak w wypadku Rosji, kosztem innych państw.


Ataki i spory


Dla Polski wyjątkowo korzystne jest to, że od 2015 r. za bezpieczeństwo odpowiadają osoby zdające sobie sprawę z tych zagrożeń. Równocześnie zaś to właśnie one – tak jak minister Antoni Macierewicz – padają ofiarą najmocniejszych ataków, w tym absurdalnych oskarżeń o prorosyjskość. To nie o nim przecież prokremlowskie media pisały jako o „naszym człowieku w Warszawie”, o czym jednak dziś pamiętać nie jest w dobrym tonie. Trudno oczekiwać, że budowa wojsk obrony terytorialnej, plany usprawnienia polskiej armii, zmiany struktury jej dowodzenia czy zwiększenie liczebności do 200 tys. osób nie będą budziły sprzeciwu. Pojawiał się on zawsze, wiemy to nie z kilkunasto-, lecz kilkusetletniej historii naszego kraju.


Niestety przy tej okazji znów wraca kwestia chłodnych relacji MON-u z otoczeniem prezydenta i – mającym być łącznikiem między tymi ośrodkami zwierzchnictwa nad armią – BBN-em. Nie jest to zjawisko nowe. Obecne pogorszenie wzajemnych stosunków między prezydentem a Prawem i Sprawiedliwością, spowodowane zawetowaniem ustaw zmierzających do reformy wymiaru sprawiedliwości, wynika bezpośrednio z wad konstytucji stworzonej w 1997 r. pod patronatem Aleksandra Kwaśniewskiego i środowiska Unii Wolności. Ostatnim akordem tego sporu jest brak generalskich nominacji, które zwyczajowo odbywają się 15 sierpnia.


Choć napięcia na linii ­MON–prezydent nie są niczym nowym, to po prezydenckich wetach w naturalny sposób odbierane są jako część większego konfliktu. Przez ten sam pryzmat wyborcy PiS-u (i Andrzeja Dudy, bo coraz częściej trzeba ostatnio podkreślać oczywisty fakt zbieżności tych dwóch elektoratów) rozpatrują obecnie prawie wszystkie personalne tarcia i roszady – czy będą to zmiany w Telewizji Polskiej, czy odejście z pałacu wybitnego prezydenckiego fotografa Andrzeja Hrechorowicza. Ostatnie dni pokazują, że niepewność co do zachowania jedności, rozczarowanie prezydentem z jednej lub zbyt szybkim przekreślaniem Andrzeja Dudy z drugiej strony, stają się stałym elementem dyskusji po prawej stronie. Ten narastający rozdźwięk może być najpoważniejszą konsekwencją ostatnich wydarzeń. Na politykach PiS-u i obozie prezydenta spoczywa tu wielka odpowiedzialność. Błędy, które wydają się pierwszą przyczyną sporu, i niedostatki komunikacyjne między najważniejszymi organami państwa nie powinny przekreślać nadziei, które wyniosły środowisko PiS-u do władzy w roku 2015.


Historia stanowi punkt wyjścia do rozmowy o przyszłości polskiej armii. Czy tego chcemy, czy nie, na długie lata, być może już na zawsze, określać będzie ona w olbrzymim stopniu nasze relacje z sąsiadami, zarówno z Rosją, jak i z Niemcami. Rozpoczęta przed wizytą Donalda Trumpa dyskusja na temat reparacji wojennych, które powinniśmy uzyskać od Niemiec, w ostatnich dniach nabrała nowego impetu. Poświęciłem temu zjawisku swój zeszłotygodniowy tekst, jednak emocje generowane przez na pozór oczywistą sprawę narastają i prowadzą do coraz bardziej absurdalnych zarzutów. Gdy po 10 kwietnia 2010 r. domagaliśmy się od Rosji prawdy o Smoleńsku, bardzo częstą odpowiedzią ówczesnej władzy i jej zwolenników było retoryczne pytanie, czy powinniśmy wypowiedzieć wojnę Rosji.


Róża Thun und reparacje


Dziś okazuje się, że również próby uzyskania sprawiedliwości od Niemców są tożsame z wypowiedzeniem wojny. W podobne tony uderzyła w telewizyjnym studiu europosłanka Platformy Obywatelskiej Róża Gräfin von Thun und Hohenstein, zanim wyszła z programu po ripoście Tomasza Sakiewicza. Emocje jednak nie zniknęły wraz z zejściem poseł Thun z wizji. Na Twitterze wsparł ją mocno Paweł Rabiej z Nowoczesnej. Kandydat na prezydenta Warszawy pochwalił wyjście ze studia i dodał: „Ja bym walnął w twarz za takie słowa. Dość terroru chamów – pseudopatriotów w rodzaju @TomaszSakiewicz i s-ka”. Nie po raz pierwszy Rabiej wypowiada się co najmniej ryzykownie, gdy pojawia się temat Niemiec. Kilka miesięcy temu zaszokował swoich czytelników na Twitterze słowami, że za zbrodnie odpowiadają naziści, lecz nie Niemcy. Takie słowa nie przystoją kandydatowi na prezydenta miasta, którego mieszkańcy tak bardzo ucierpieli z rąk naszych zachodnich sąsiadów, i będą się za politykiem ciągnęły o wiele dłużej niż do kampanii przed wyborami samorządowymi. Ciekawe też, że Nowoczesna, dysponując w Warszawie chyba jedynym w swoich szeregach politykiem cieszącym się sympatią przynajmniej części pisowskiego elektoratu – posłem Zbigniewem Gryglasem – zdecydowała się na Rabieja. Ten zaś, choć w kilku sprawach (dawny konflikt z Wałęsą i Wachowskim, inwigilacja przez WSI w pierwszej połowie lat 90., praca w komisji weryfikacyjnej do spraw reprywatyzacji) mógłby się zbliżyć do sporej części potencjalnych wyborców, decyduje się na konfrontację w imię dobrego samopoczucia Niemców. Specyfika warszawska jest zaś taka, że choć druga tura wyborów prezydenckich prawdopodobnie rozegra się między kandydatem PiS-u a kimś z opozycji, to można sobie wyobrazić scenariusz gorszy, w którym ściera się dwóch kandydatów z obozu przeciwników rządu. W takim układzie obaj będą musieli podjąć próbę zyskania części głosów zwolenników PiS-u. Rabiej znalazł się tu, na własne życzenie, na straconej pozycji.


Nikt nas tak nie pogodzi


Zachowanie Pawła Rabieja, Róży Thun i wielu innych polityków PO i Nowoczesnej przypomina nam o tym, że istnieje siła zdolna pogodzić chwilowo patrzących na siebie nieufnie zwolenników Prawa i Sprawiedliwości i prezydenta. To opozycja. Gdy po jednej stronie trwa rozmowa (a nawet – spór) o sposób reformowania Polski, czy to w zakresie bezpieczeństwa, czy wymiaru sprawiedliwości, po drugiej stronie mamy jedynie opór przeciw wszelkim zmianom mogącym wzmocnić siłę państwa i jego podmiotowość. Nie możemy wreszcie zapominać, że konflikt, dopóki chodzi w nim o coś więcej niż ambicje, może być twórczy. Zgoda była ulubionym fetyszem środowiska Bronisława Komorowskiego, któremu służyła często za knebel dla politycznych oponentów. „Zgoda buduje” – hasło wcześniej wykorzystywane przez PRON czy kuriozalne „Nie ma zgody na brak zgody” długo jeszcze pozostaną w pamięci wyborców. Obecne nieporozumienia są szansą, by wypracować nowy model relacji rządu z prezydentem, zerwać z dziedzictwem konstytucji III RP.


Na atmosferze święta bardziej niż polityka cieniem kładzie się dramat, jaki stał się w sierpniu udziałem wielu polskich rodzin. Fatalne warunki pogodowe odebrały wielu ludziom dach nad głową, pozbawiły tysiące gospodarstw prądu, zebrały wreszcie również śmiertelne żniwo. Zbyt wcześnie, by oceniać, czy państwo zdało w tej sytuacji egzamin. Pojawiły się jednak opinie krytykujące zbyt małe zaangażowanie władz, również wojska czy obrony terytorialnej. Część z nich pochodzi od zawodowych przeciwników Beaty Szydło i Antoniego Macierewicza, jednak autentycznych skarg od mieszkańców rząd, opierający swoją dotychczasową politykę na empatii, nie powinien lekceważyć.

Udostępnij

Tagi

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl