​Czekać, obserwować, działać

Z nowym rokiem – nowym krokiem. To stare polskie powiedzenie odnosi się także do polityki zagranicznej. A w niej w tym roku „będzie się działo”. Wydarzenie goni wydarzenie. Już w styczniu mamy dwa wielce istotne. Oby Polska zaznaczyła swoje wyraźne piętno na polityce międzynarodowej tuż przed setną rocznicą odzyskania Niepodległości.

Najpierw, 17 stycznia, odbędą się w Strasburgu wybory przewodniczącego Parlamentu Europejskiego oraz wiceprzewodniczących tego jednego z dwóch największych parlamentów świata (tylko Ogólnochińskie Zgromadzenie Przedstawicieli Ludowych jest liczniejsze, bo ma ok. 3 tys. posłów). Nie chcę przeceniać roli europarlamentu w polityce międzynarodowej, zwłaszcza światowej, jest jednak faktem, że po wejściu w życie traktatu lizbońskiego w grudniu 2009 r. (jakkolwiek by go oceniać – ja jestem krytyczny) znaczenie PE wyraźnie wzrosło: żadna unijna regulacja nie wejdzie od tamtego czasu w życie bez „OK” ze strony tegoż ciała. To swoisty paradoks, bo przecież w odróżnieniu od parlamentów narodowych Parlament Europejski nie ma inicjatywy ustawodawczej! 

Zerwany pakt chadecja–lewica

Wybory w Strasburgu mają jednak znaczenie tym razem daleko wybiegające poza europarlamentarną polityczną układankę. Po pierwsze dlatego, że nastąpiło zerwanie tzw. wielkiej koalicji chadeków (Europejska Partia Ludowa) z socjalistami. Trwała ona „od zawsze”, z krótką przerwą na lata 1999–2004, gdy miało miejsce czasowe polityczne małżeństwo EPL z liberałami (ALDE). Tym razem lewica nie dotrzymała jednak umowy i nie oddała – po pięciu latach swojej „kierowniczej roli” – szefostwa PE, co przewidywało porozumienie z chadecją z 2014 r., i zgłosiła konkurencyjnego wobec EPP (EPL) kandydata na przewodniczącego PE. Po drugie – i to jest ważniejsze – tym razem wybór szefa europarlamentu bezpośrednio może zaważyć na późniejszym o parę miesięcy wyborze przewodniczącego Rady Europejskiej.

Słowem: eurodeputowani mogą 17 stycznia zdecydować nie tylko o tym, kto będzie szefem PE, ale też kto... nie będzie kierował Radą! Zdecydować mogą o tym niepisane, ale obowiązujące od lat polityczne parytety wewnątrz Unii Europejskiej. Utarło się bowiem od 2012 r., że na trzy główne stanowiska w UE: przewodniczącego Komisji Europejskiej, szefa Parlamentu Europejskiego i ‒ to najnowszy wynalazek, zasługa właśnie traktatu lizbońskiego – przewodniczącego Rady Europejskiej, dwa przypadają tzw. chrześcijańskiej demokracji (EPL), a jedno – socjalistom. Stąd w latach 2012–2014 niemiecki socjaldemokrata Martin Schulz dzierżył europarlamentarne stery, a Komisją i Radą kierowali przedstawiciele chadeków, byli premierzy Portugalii i Belgii: José Manuel Durão Barroso i Herman van Rompuy. W okresie 2014–2017 częściowo zmieniły się nazwiska, ale parytety nadal obowiązywały: pozostał Schulz i zasada „2 do 1”, a Europejską Partię Ludową reprezentowali nowi szefowie: KE – Jean-Claude Juncker i RE – Donald Tusk. W kontekście strasburskiego głosowania 17 stycznia widać wyraźnie, że zwycięstwo kandydata socjalistów może uratować głowę Tuska, a paradoksalnie – wiktoria jego europartyjnego towarzysza może tegoż Tuska zgilotynować (politycznie oczywiście).

Kto na szefa Parlamentu Europejskiego?

Na funkcję przewodniczącego europarlamentu zgłoszono aż czworo Włochów (sic!) i dwoje Belgów (Flamandów). Realne szanse spośród „czwórki z Italii” ma dwóch: chadek Antonio Tajani i socjalista Gianni Pitella. Pierwszy z nich to obecny pierwszy wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego, a niegdyś dwukrotny włoski komisarz w Komisji Europejskiej, a nawet jej wiceprzewodniczący (za kadencji Barroso) i w przeszłości bliski współpracownik Silvio Berlusconiego. Drugi to obecny (od lipca 2014 r.) szef grupy Postępowych Socjalistów i Demokratów w PE Gianni Pitella. Poza nimi symbolicznie startują inni Włosi: eurosceptyk z Ruchu Pięciu Gwiazd komika Bepe Grillo – Piernicola Pedicini oraz Eleonora Forenza z frakcji „komunistów i nordyckiej lewicy”. Obok nich w szranki stają Belgowie z Flandrii: były premier tego kraju Guy Verhofstadt oraz Helga Stevens. Pierwszy jest szefem frakcji „liberałów i demokratów” (ALDE), znanym zresztą ze skrajnie antypolskich wypowiedzi, druga reprezentuje moją macierzystą grupę Europejskich Konserwatystów i Reformatorów. Jest też znanym mentorem środowiska ludzi sprawnych inaczej (sama jest głuchoniema). 

Poza wyborami na przewodniczącego europarlamentu odbędą się, prawdopodobnie tego samego dnia (tak było dotąd, ale dotychczas elekcja szefa PE była niekonfrontacyjna i zajmowała bardzo mało czasu), wybory na wiceprzewodniczącego tej struktury. Nominacje najpierw Prawa i Sprawiedliwości, a następnie całej frakcji EKR (po zwycięskich prawyborach z brytyjską konserwatystką) uzyskał ponownie niżej podpisany. Będę miał, z tego co widzę, niesłychanie mocną konkurencję. 

17 stycznia lub ewentualnie dzień później będą miały miejsce w Strasburgu również wybory na kwestorów (powiedzmy: skarbników) PE. Kandydatem PiS-u oraz EKR-u będzie ponownie profesor prawa międzynarodowego, były wiceminister (sekretarz stanu) spraw zagranicznych w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, obecny przewodniczący Kolegium Kwestorów – Karol Karski. Jest zatem więcej niż prawdopodobne, że co najmniej jeden Polak znajdzie się w prezydium Parlamentu Europejskiego (inne ugrupowania z Polski nie wystawiają, z różnych powodów, swoich kandydatów). 

Styczniowa inauguracja Trumpa

Taki będzie początek drugiej połowy stycznia w Europie. Jednak już po trzech dniach na drugiej półkuli odbędzie się wydarzenie nie mniej brzemienne w skutki: inauguracja prezydentury 45. głowy państwa w dziejach Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Nowymi lokatorami Białego Domu zostaną prezydent Donald John Trump i wiceprezydent Mike Richard Pence. Doprawdy, pierwszy miesiąc jest mocnym wejściem w 2017 r., będący szczególnym okresem w światowej polityce.

Jaka będzie pierwsza po ośmiu latach republikańska prezydentura w USA? Anglosaska zasada wait and see (w rosyjskim tłumaczeniu: pożiwiom – uwidim) każe poczekać i poobserwować. Przestrzegam przed dwiema skrajnościami w prognozowaniu tego, co stanie się za wielką wodą. Pierwsza, rodem z „Gazety Wyborczej”, to widzenie prezydenta jako „Wuja Samo Zło”, z definicji polityka prorosyjskiego i przyjaciela Putina. Druga, której ulega wielu prawicowych polityków i publicystów, jest swoistą reakcją na chamskie ataki na Trumpa, jako żywo przypominające „przemysł pogardy” wobec Lecha i Jarosława Kaczyńskich oraz PiS-u. To uznanie, że Trump na 100 proc. będzie wyrazicielem polskich interesów, skoro to nasi rodacy w praktyce przesądzili o zwycięskim dla niego wyniku wyborów w „swing states”, czyli stanach „wędrujących” od Demokratów do Republikanów, od wyborów do wyborów. Zostawmy oba stereotypy. Trump nie chciał wyrzucić rosyjskich dyplomatów – fakt. Ale nie on tę decyzję podejmował, łatwo mu zatem odciąć się od niej. Ponadto musiał odrzucić tezę obozu Clintonów, że to Rosja „załatwiła” zwycięstwo kandydata Republikanów. Dodajmy, że Trump będzie musiał liczyć się ze zdaniem Kongresu USA, który w sprawach polityki zagranicznej zajmuje w Stanach pozycję całkowicie autonomiczną wobec władz wykonawczych, co diametralnie różni go od parlamentów narodowych w Europie. A Kongres, zdominowany przez Republikanów, często w lekkiej opozycji do Trumpa, z liderami marzącymi o Białym Domu w przyszłości (jak Paul Davis Ryan – lider republikańskiej większości w Izbie Reprezentantów), będzie z całą pewnością korygował potencjalne prorosyjskie gesty Trumpa. Bardziej gesty zresztą, jak się wydaje, niż działania. 

Bez radykalnego zwrotu w polityce USA 

Dodajmy do tego kluczową rolę Pentagonu – każdy amerykański prezydent musi liczyć się z jego opinią. A Pentagon to w relacjach z Kremlem tradycyjnie „jastrząb” lub, jak kto woli, „hardliner”. Pentagon zaś będzie podtrzymywał kurs, który właśnie wymusił na Białym Domu za drugiej kadencji Obamy: poszerzanie strefy wpływów Zachodu kosztem Wschodu. Do tego dochodzi kluczowe w USA lobby zbrojeniowe: niegdyś to ono przesądziło o zwycięstwie Baracka Husseina Obamy nad Johnem Sidneyem McCainem III (2008 r.). I ono woli powstrzymywać Rosję niż się z nią bratać. Także we własnym dobrze pojętym interesie... Skądinąd ślepy by zauważył wzrost znaczenia Moskwy po jej interwencji w Syrii – Federacja Rosyjska weszła tu „w szkodę” Amerykanom tak głęboko, jak od dawna tego nie robiła (od czasów Związku Sowieckiego?). Reasumując: nie sądzę, aby rok 2017, rozpoczęty w jakiejś mierze od zaprzysiężenia republikańskiego tandemu Trump-Pence w Białym Domu 20 stycznia, był zwrotem w amerykańskiej polityce zagranicznej, której najświeższym symbolem jest przełomowy szczyt NATO w Warszawie. Armia USA i żołnierze innych krajów członkowskich Paktu Północnoatlantyckiego postawią nogę w krajach sąsiadujących z Rosją – Trump tego nie zatrzyma. Zresztą, jest pragmatykiem: dlatego nawet nie będzie chciał tego zatrzymać. Warto też dodać fakt, że jak w  k a ż d e j administracji, także i w tej w Waszyngtonie dużą rolę odgrywają ludzie z sektora militarnego i służb specjalnych (chyba tylko w Izraelu, spośród państw szeroko rozumianego Zachodu, rola tego sektora jest większa). 

Wybory nad Renem i Sekwaną 

Po nieprzewidywalnym w Parlamencie Europejskim styczniu przyjdzie do bólu przewidywalny w Republice Federalnej Niemiec luty. Z góry wiadomo, kto będzie zwycięzcą tamtejszych wyborów prezydenckich. Będzie on zresztą wyłoniony inaczej niż na przykład we Francji i Polsce, gdzie głowę państwa wybiera się w głosowaniu powszechnym. Inne dwa największe kraje UE – obok Paryża i Warszawy – Niemcy i Włochy (oczywiście mowa o państwach mających system prezydencki – nie wliczam tu monarchii: Wielkiej Brytanii i Hiszpanii) czynią to via parlament. Nowym prezydentem RFN-u, następcą powszechnie szanowanego Joachima Gaucka, będzie Franz-Walter Steinmeier, obecny minister spraw zagranicznych nad Renem. To wynik umowy koalicyjnej między partiami już nie europarlamentarnej, a „tylko” niemieckiej tzw. wielkiej koalicji. Żaden z potencjalnych kandydatów Angeli Merkel szans nie miał, a socjaldemokrata Steinmeier mógł w kolejnych, poza pierwszą, turach liczyć na głosy Zielonych oraz postkomunistów, co i tak przeważyłoby szalę na jego korzyść. Jednak o ile Grosse-Koalition zafunkcjonuje w lutym w niemieckich wyborach prezydenckich, to nie ma o niej mowy w jesiennych wyborach do Bundestagu. W nich wciąż faworytem wydaje się niezużyta – mimo katastrofalnych błędów w polityce imigracyjnej i mająca realną szansę na czwartą kadencję Frau Kanzlerin. Ale możliwe są też i inne warianty. Na przykład nowa, wcześniej nigdy niepraktykowana koalicja „czerwono-zielono-czerwona”, czyli SPD-Die Grünen-Die Linke. Jednak raczej to CDU-CSU, mimo napięć między Merkel a premierem Bawarii Horstem Seehoferem, będzie rozdawać karty. Pytanie tylko, czy pani kanclerz znów powyborczo zatańczy z socjalistą, obecnym wicekanclerzem Sigmarem Gabrielem, czy może z „Zielonym”, urodzonym w Niemczech Turkiem Cemem Özdemirem, czy może też z liderem „żółtych”, czyli liberałów (FDP), Christianem Lindnerem. Zresztą możliwa jest, po raz pierwszy „od zawsze”, koalicja nie trzech partii, jak teraz czy w przeszłości (CDU-CSU-SPD lub CDU-CSU-FDP) lub dwóch (SPD-Zieloni), ale aż czterech (CDU-CSU-Zieloni-FDP). Poza rządem na pewno będzie eurosceptyczna i najbardziej antyimigracyjna, ale też najbardziej prorosyjska (a pokażcie mi w Niemczech jakąkolwiek partię kremlosceptyczną...) AfD, czyli Alternatywa dla Niemiec. Dla nas, Polaków, ma spore znaczenie nie tylko to, kto będzie kanclerzem w Berlinie, ale też jaki będzie skład koalicji rządowej – bo zawsze partia nr 2 obsadza kluczowy nie tylko dla sąsiadów RFN-u fotel ministra spraw zagranicznych (obecnie SPD, dawniej Zieloni czy przez długi czas FDP). 

Jesienne wybory nad Renem i Sprewą to pewna niewiadoma, choć nie jest szczególnie ryzykowne obstawienie Merkel. Łatwiejsze jest przewidzenie wyników wiosennych wyborów do Zgromadzenia Narodowego Francji. Wbrew temu, co słyszymy zewsząd, zwłaszcza ze strony lewicy i liberałów, nie wygra ich, ani nawet nie ma na to szans, kandydatka Frontu Narodowego Marine Le Pen. Przejdzie do II tury – tak.

Może wygra za pięć lat – wcale bym tego nie wykluczał. Ale nie tym razem. Miałaby na pewno szansę na zwycięstwo, gdyby kandydatem Republikanów został Nicolas Sarkozy. Mniejsze, ale jednak, gdyby francuska centroprawica wybrała Alaina Juppe’ego. Ale najbardziej z nich prawicowy i antyimigracyjny ekspremier François Fillon po prostu garściami bierze głosy z elektoratu madame Le Pen. Ten wybór politycznych dzieci marszałka de Gaulle’a jest najgorszy dla Frontu Narodowego, choć zapewne może być najlepszy dla Republiki Francuskiej. 

Dochodzimy wreszcie do być może największej wyborczej niewiadomej w Europie A.D. 2017. Dotyczy ona jednego z najbogatszych krajów Unii, o globalnej – z racji swoich dawnych kolonii na paru kontynentach – polityce międzynarodowej. Chodzi o jedno z ośmiu najliczebniejszych państw UE – Królestwo Holandii. Na ile sukces – choć nie wygrana – austriackiej Partii Wolnościowej w wyborach prezydenckich nad Dunajem czy w pewnej mierze wiktoria Trumpa i wzrost wpływów euronegatywistycznych i antyimigracyjnych w całej Europie otworzy bramę do znaczącego rezultatu Gerta Wildersa i jego Partii Wolności? Czy będzie on tylko dyżurnym postrachem dla establishmentu w Hadze? Oto jest niderlandzkie pytanie.

Kluczowe wybory w ONZ-ecie

Skoro zacząłem od instytucji międzynarodowej, to na takowej też kończę. Dla Polski w 2017 r. szczególnie ważne będą wybory w Organizacji Narodów Zjednoczonych. Chodzi o decyzje w sprawie niestałego członka w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Nie byliśmy tam obecni od dwóch dekad. To kwestia prestiżu, choć nie tylko przecież: można to wykorzystać jako instrument poszerzania wpływów Rzeczypospolitej w naszym regionie i poza nim. Naszym głównym konkurentem zapewne będzie Bułgaria – a więc kraj z tej samej części Starego Kontynentu. Sofia jest zdeterminowana, bo niespodziewanie dla wielu przegrała – na skutek zresztą w dużej mierze swoich błędów, a także braku koordynacji tej kampanii w skali regionu – stanowisko sekretarza generalnego ONZ. Według niepisanych, ale dotąd przestrzeganych parytetów funkcja ta miała, pierwszy raz w historii, przypaść Europie Środkowo-Wschodniej. Bułgaria najpierw wystawiła jedną kandydatkę, postkomunistyczną ambasador przy UNESCO w Paryżu Irinę Bokową, by potem, w ostatniej chwili, zmienić ją na wiceprzewodniczącą Komisji Europejskiej, komisarz Kristalinę Georgijewą. W rezultacie Sofia prowadziła w praktyce dwie równolegle kampanie, a inne kraje naszej części Europy, widząc kompletny rozgardiasz u Bułgarów, zaczęły w ramach promocji państw i ludzi masowo zgłaszać... własne kandydatury. Tak uczyniły, między innymi, Słowacja, Słowenia, Chorwacja, Serbia, Czarnogóra, Macedonia i Mołdawia. Gdzie dwie Bułgarki się biją (i niemal tuzin innych kandydatów), tam Portugalczyk Antonio Guterres korzysta. Europa Środkowo-Wschodnia obeszła się smakiem. Rozpisałem się o tym tak szczegółowo, bo warto, aby Polska jako lider naszego regionu wyciągnęła wnioski z żenującej sytuacji i pod kątem głosowania w Nowym Jorku za kilka miesięcy (choć miejsce niestałego członka RB ONZ obejmiemy ewentualnie od 2018 r. – na dwa lata), i generalnie na przyszłość. 

Tak, 2017 r. to będzie fascynujący czas w światowej polityce. Powyżej przedstawiłem tylko subiektywnie wybrane wydarzenia. Oby Polska odcisnęła piętno na polityce międzynarodowej tuż przed setną rocznicą odzyskania niepodległości przez Najjaśniejszą Rzeczpospolitą.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Ein żubr, ein sztucer, ein myśliwy

Od lat powtarzam, że w żadnym europejskim kraju nie podchodzi się z taką ostrożnością do ochrony przyrody jak w Polsce. Wbrew temu, o czym trąbią ekologiczni aktywiści, polski system działa i jest skuteczny. Między bajki można włożyć na przykład ekologiczne gadanie o krwiożerczych myśliwych, którzy strzelają do wszystkiego, co się rusza.

Ci stanowią jedynie 0,3 proc. społeczeństwa, co oznacza, że jeden myśliwy przypada na 380 mieszkańców. Tymczasem w Irlandii współczynnik ten wynosi 1 do 9, a w Szwecji 1 do 31. W Europie znacznie częściej się strzela. Jak podchodzi się za naszą zachodnią granicą do zwierząt, przekonał się pewien sędziwy żubr, który ostatnio postanowił zwiedzić Niemcy. Wizyta była krótka, a zwierzę, które od kilku lat w spokoju przemierzało województwo lubuskie, zostało w pierwszym dniu potraktowane ołowiem. Niemieccy policjanci tłumaczą, że stwarzało niebezpieczeństwo. Pewnie mieli rację. Było zagrożeniem dla ludzi, tak samo jak zwierzęta w Polsce: łosie, jelenie, dziki, które codziennie są przyczynami kolizji drogowych. Niemcy stwierdzili oczywistość. Zapadła decyzja. Wkrótce potem padł strzał. Jak to wygląda w Polsce? Gdy niedźwiedź zagryzł człowieka w Bieszczadach, to odbyła się dwutygodniowa ogólnopolska debata o tym, czy zwierzę należy zabić. Część mediów i ekspertów broniła misia, twierdząc, że mężczyzna zginął w wyniku sprytnie zaplanowanego morderstwa. Zanim zdążyliśmy się dogadać, niedźwiedź był nie do wytropienia. Wilki hulają sobie, zjadając owce. Bobry zatapiają pola. Łosie zżerają drzewa leśnikom. W Polsce nie można wyciąć nawet suchego świerka w puszczy.

Czy nasz system jest lepszy? Uważam, że tak. Powinniśmy to tylko dostrzec. Może w ciele tego zabitego żubra?

 

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Raje podatkowe rozbijają UE

Jeśli ktoś obecnie rozbija jedność Unii Europejskiej, to w pierwszej kolejności czynią to raje podatkowe, od lat funkcjonujące w najlepsze na jej terenie, czyli m.in. Luksemburg, Holandia i Irlandia. Jeszcze bardziej bulwersuje, że to kraje ojczyste ważnych europejskich decydentów.

Rozdmuchany do przesady problem pracowników delegowanych pokazuje, że krajom Europy Zachodniej coraz bardziej doskwiera konkurencyjność państw naszego regionu i szerzej tzw. nowej Unii. Pracownicy delegowani to w sumie 2 mln osób, a więc mniej niż jeden procent wszystkich zatrudnionych w UE, których jest niemal 220 mln. Na oko więc widać, że to problem w istocie marginalny. A skoro tak, to możemy się spodziewać, że to jedynie przygrywka, po której nadejdą kolejne, tym razem już naprawdę dotkliwe dla nas próby ograniczania konkurencyjności Polski, Rumunii czy Słowacji. Przedsmak mogliśmy poczuć, gdy wtedy jeszcze kandydat na prezydenta Francji Emmanuel Macron odgrażał się przed przeniesioną do Polski fabryką Whirlpoola, że „coś z tym zrobi”. A zablokowanie przenoszenia miejsc pracy z zachodu na wschód UE miałoby już naprawdę fatalne konsekwencje dla naszej gospodarki. Parafrazując Angelę Merkel, w takiej sytuacji nie możemy siedzieć cicho.


Wyścig do dna


Od lat kilka krajów starej UE prowadzi nieuczciwą konkurencję podatkową, zamieniając swoje państwa w europejskie raje podatkowe na wzór Panamy czy Wysp Dziewiczych. Mowa w szczególności o Luksemburgu, Holandii i Irlandii. Umożliwiają one uszczuplanie budżetów państw krajów członkowskich, szczególnie krajów mniej rozwiniętego Wschodu UE, które nie dysponują tak sprawną administracją skarbową, przez co unikanie płacenia podatków jest tam łatwiejsze. Obniżając stawki podatkowe dla największych koncernów, doprowadzają także do zaistnienia zjawiska „wyścigu do dna”, czyli obniżania stawek podatku korporacyjnego również wśród pozostałych państw UE. Skutkuje to ograniczaniem środków publicznych w całej UE, z których to opłaca się programy społeczne, inwestycje publiczne czy wsparcie najuboższych. Tak więc na nieuczciwej konkurencji rajów podatkowych cierpią obywatele, a zyskuje wąska grupa udziałowców największych koncernów. Jakimś dziwnym trafem akurat te kraje nie są w pierwszym rzędzie europejskich maruderów. W sumie nic dziwnego, w końcu pochodzą z nich prominentni działacze Komisji Europejskiej, choćby jej szef Jean-Claude Juncker oraz jego zastępca Holender Frans Timmermans. A zrobienie wreszcie porządku z unijnymi rajami podatkowymi wiązać się będzie także z kłopotliwymi pytaniami do tych panów osobiście.


Optymalizacja po celtycku


W 2015 r. Irlandia zanotowała wzrost PKB na poziomie... 25,6 proc. PKB. Tak więc w ciągu roku jej gospodarka wzrosła o ponad jedną czwartą. To oficjalne dane, które zupełnie spokojnie można znaleźć na stronie Eurostatu. Czy odbyła się na forum UE jakaś większa dyskusja na temat przyczyn tego, że ten niewielki wyspiarski kraj zanotował jednoroczny wzrost zupełnie nieosiągalny nigdy w historii nawet dla Chin? Nieszczególnie, tymczasem te przyczyny są zupełnie jasne.

Ówczesny minister finansów Irlandii M. Noonan przyznał wprost, że to wynik „inwersji podatkowej”. Czyli eufemistycznie nazwanego zjawiska przenoszenia dochodów do krajów, w których nie grozi im podatek. Irlandia oferuje największym koncernom wręcz cieplarniane warunki – nie tylko mogą liczyć na dużo niższe stawki podatku CIT (12,5 proc.), ale przede wszystkim na niejawne układy, które jeszcze bardziej obniżają ich obciążenia. Nic dziwnego, że do Irlandii ciągną one na potęgę. Przeniosły się tam już Apple czy Google. Swoją spółkę córkę uruchomił tam nawet amerykański gigant handlowy Wal-Mart, choć... nie ma tam żadnego sklepu. Wielką wędrówką kapitału do Irlandii zainteresowała się w końcu KE – nawet wydała decyzję, według której Apple powinien zwrócić do jej budżetu 13 mld euro. Problem w tym, że Irlandia tę decyzję, mówiąc kolokwialnie, zupełnie olała. To znaczy jej rząd oświadczył, że akceptuje decyzję KE, tylko że... nie zamierza egzekwować należnego podatku od amerykańskiego giganta.


Luxafera


W listopadzie 2014 r. wybuchła afera LuxLeaks. Ujawniła, że ponad 340 spółek zawierało z Luksemburgiem niejawne umowy dotyczące obniżania podatków płaconych przez nie od osiąganych w Europie dochodów. Można wręcz powiedzieć, że ten proceder był głównym pomysłem, jaki miało na siebie luksemburskie państwo. W okresie, który obejmowała afera, Jean-Claude Juncker był premierem, a nieco wcześniej ministrem finansów. Junckera kara nie spotkała – wręcz przeciwnie, został szefem Komisji Europejskiej. Ale winni, owszem, się znaleźli – zostali nimi dwaj księgowi z firmy doradczej PwC, którzy... poinformowali o tym procederze dziennikarzy. Tak więc skazano doręczycieli złych informacji, a ich sprawcy nadal spokojnie robią karierę. Warunki, jakie oferował Luksemburg, były tak znakomite, że przykładowo McDonald’s w latach 2009–2013 przeniósł do tamtejszej spółki córki niemal 4 mld euro, choć zatrudniała ona ledwie 13 osób. W 2013 r. Luksemburg miał aktywnych 120 porozumień cenowych z korporacjami, które legalizowały ich praktyki dotyczące cen transferowych (to dzięki cenom transferowym przenoszą one dochody z jednej filii do drugiej). Siedemdziesiąt razy większa od Luksemburga Polska miała w tym czasie aktywnych ledwie 20 takich umów.


Holenderska kanapka


Jednym z najsłynniejszych sposobów omijania podatków jest tzw. holenderska kanapka. W dużym skrócie, polega ona na tym, że właściciel spółek w Holandii i na Antylach Holenderskich (terytorium zależne od Holandii) może równocześnie korzystać z umów o unikaniu podwójnego opodatkowania między Holandią i pozostałymi krajami UE oraz z umowy o zwolnieniu dywidend z opodatkowania między Holandią oraz Antylami. Dzięki temu można zminimalizować opodatkowanie zysków. Z holenderskiej kanapki korzystały m.in. Google i Apple. O umowach podatkowych Holandii z innymi krajami mógłby nieco powiedzieć Frans Timmermans, który w latach 2012–2014 był ministrem spraw zagranicznych. Właśnie m.in. dzięki gęstej sieci międzynarodowych umów podatkowych Holandia stała się „bezpieczną przystanią dla kapitału”. W 2014 r. jedną z takich umów wypowiedziało afrykańskie Malawi, gdy australijski właściciel tamtejszej kopalni uranu wykorzystał ją, by uszczuplić budżet tego biednego kraju o miliony dolarów. Holandia jest też zupełnie bezkonkurencyjna, jeśli chodzi o zawieranie z koncernami porozumień cenowych – w 2013 r. miała aktywnych 228 takich porozumień, tymczasem średnia unijna wynosiła... ponad sto razy mniej.


Jak widać z nieuczciwej konkurencji podatkowej w UE na potęgę korzystają te kraje, którym równocześnie niemal nie schodzą z ust europejskie wartości i unijna solidarność. Jakoś zapominają o tej solidarności, gdy uszczuplają budżety pozostałych krajów członkowskich. O tym procederze Polska powinna przypominać za każdym razem, gdy ktoś znowu wspomni o „dumpingu socjalnym”, jaki rzekomo stosujemy. Polska, która należy do krajów UE na optymalizacji podatkowej tracących miliardy, powinna też być jednym z autorów unijnego planu na walkę z unikaniem podatków. Możliwych postulatów jest sporo – choćby zakaz zawierania niejawnych umów między państwami a korporacjami. Albo uniemożliwienie obniżania podatku od niektórych rodzajów dochodów (np. od zysków z licencji i praw do marek), z czego najczęściej korzystają firmy optymalizujące podatki. Walka z unikaniem podatków powinna się stać głównym polem aktywności Polski na forum UE – oprócz tworzenia wspólnej polityki obronnej oraz unijnej polityki energetycznej. 

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl