​Czekać, obserwować, działać

Z nowym rokiem – nowym krokiem. To stare polskie powiedzenie odnosi się także do polityki zagranicznej. A w niej w tym roku „będzie się działo”. Wydarzenie goni wydarzenie. Już w styczniu mamy dwa wielce istotne. Oby Polska zaznaczyła swoje wyraźne piętno na polityce międzynarodowej tuż przed setną rocznicą odzyskania Niepodległości.

Najpierw, 17 stycznia, odbędą się w Strasburgu wybory przewodniczącego Parlamentu Europejskiego oraz wiceprzewodniczących tego jednego z dwóch największych parlamentów świata (tylko Ogólnochińskie Zgromadzenie Przedstawicieli Ludowych jest liczniejsze, bo ma ok. 3 tys. posłów). Nie chcę przeceniać roli europarlamentu w polityce międzynarodowej, zwłaszcza światowej, jest jednak faktem, że po wejściu w życie traktatu lizbońskiego w grudniu 2009 r. (jakkolwiek by go oceniać – ja jestem krytyczny) znaczenie PE wyraźnie wzrosło: żadna unijna regulacja nie wejdzie od tamtego czasu w życie bez „OK” ze strony tegoż ciała. To swoisty paradoks, bo przecież w odróżnieniu od parlamentów narodowych Parlament Europejski nie ma inicjatywy ustawodawczej! 

Zerwany pakt chadecja–lewica

Wybory w Strasburgu mają jednak znaczenie tym razem daleko wybiegające poza europarlamentarną polityczną układankę. Po pierwsze dlatego, że nastąpiło zerwanie tzw. wielkiej koalicji chadeków (Europejska Partia Ludowa) z socjalistami. Trwała ona „od zawsze”, z krótką przerwą na lata 1999–2004, gdy miało miejsce czasowe polityczne małżeństwo EPL z liberałami (ALDE). Tym razem lewica nie dotrzymała jednak umowy i nie oddała – po pięciu latach swojej „kierowniczej roli” – szefostwa PE, co przewidywało porozumienie z chadecją z 2014 r., i zgłosiła konkurencyjnego wobec EPP (EPL) kandydata na przewodniczącego PE. Po drugie – i to jest ważniejsze – tym razem wybór szefa europarlamentu bezpośrednio może zaważyć na późniejszym o parę miesięcy wyborze przewodniczącego Rady Europejskiej.

Słowem: eurodeputowani mogą 17 stycznia zdecydować nie tylko o tym, kto będzie szefem PE, ale też kto... nie będzie kierował Radą! Zdecydować mogą o tym niepisane, ale obowiązujące od lat polityczne parytety wewnątrz Unii Europejskiej. Utarło się bowiem od 2012 r., że na trzy główne stanowiska w UE: przewodniczącego Komisji Europejskiej, szefa Parlamentu Europejskiego i ‒ to najnowszy wynalazek, zasługa właśnie traktatu lizbońskiego – przewodniczącego Rady Europejskiej, dwa przypadają tzw. chrześcijańskiej demokracji (EPL), a jedno – socjalistom. Stąd w latach 2012–2014 niemiecki socjaldemokrata Martin Schulz dzierżył europarlamentarne stery, a Komisją i Radą kierowali przedstawiciele chadeków, byli premierzy Portugalii i Belgii: José Manuel Durão Barroso i Herman van Rompuy. W okresie 2014–2017 częściowo zmieniły się nazwiska, ale parytety nadal obowiązywały: pozostał Schulz i zasada „2 do 1”, a Europejską Partię Ludową reprezentowali nowi szefowie: KE – Jean-Claude Juncker i RE – Donald Tusk. W kontekście strasburskiego głosowania 17 stycznia widać wyraźnie, że zwycięstwo kandydata socjalistów może uratować głowę Tuska, a paradoksalnie – wiktoria jego europartyjnego towarzysza może tegoż Tuska zgilotynować (politycznie oczywiście).

Kto na szefa Parlamentu Europejskiego?

Na funkcję przewodniczącego europarlamentu zgłoszono aż czworo Włochów (sic!) i dwoje Belgów (Flamandów). Realne szanse spośród „czwórki z Italii” ma dwóch: chadek Antonio Tajani i socjalista Gianni Pitella. Pierwszy z nich to obecny pierwszy wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego, a niegdyś dwukrotny włoski komisarz w Komisji Europejskiej, a nawet jej wiceprzewodniczący (za kadencji Barroso) i w przeszłości bliski współpracownik Silvio Berlusconiego. Drugi to obecny (od lipca 2014 r.) szef grupy Postępowych Socjalistów i Demokratów w PE Gianni Pitella. Poza nimi symbolicznie startują inni Włosi: eurosceptyk z Ruchu Pięciu Gwiazd komika Bepe Grillo – Piernicola Pedicini oraz Eleonora Forenza z frakcji „komunistów i nordyckiej lewicy”. Obok nich w szranki stają Belgowie z Flandrii: były premier tego kraju Guy Verhofstadt oraz Helga Stevens. Pierwszy jest szefem frakcji „liberałów i demokratów” (ALDE), znanym zresztą ze skrajnie antypolskich wypowiedzi, druga reprezentuje moją macierzystą grupę Europejskich Konserwatystów i Reformatorów. Jest też znanym mentorem środowiska ludzi sprawnych inaczej (sama jest głuchoniema). 

Poza wyborami na przewodniczącego europarlamentu odbędą się, prawdopodobnie tego samego dnia (tak było dotąd, ale dotychczas elekcja szefa PE była niekonfrontacyjna i zajmowała bardzo mało czasu), wybory na wiceprzewodniczącego tej struktury. Nominacje najpierw Prawa i Sprawiedliwości, a następnie całej frakcji EKR (po zwycięskich prawyborach z brytyjską konserwatystką) uzyskał ponownie niżej podpisany. Będę miał, z tego co widzę, niesłychanie mocną konkurencję. 

17 stycznia lub ewentualnie dzień później będą miały miejsce w Strasburgu również wybory na kwestorów (powiedzmy: skarbników) PE. Kandydatem PiS-u oraz EKR-u będzie ponownie profesor prawa międzynarodowego, były wiceminister (sekretarz stanu) spraw zagranicznych w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, obecny przewodniczący Kolegium Kwestorów – Karol Karski. Jest zatem więcej niż prawdopodobne, że co najmniej jeden Polak znajdzie się w prezydium Parlamentu Europejskiego (inne ugrupowania z Polski nie wystawiają, z różnych powodów, swoich kandydatów). 

Styczniowa inauguracja Trumpa

Taki będzie początek drugiej połowy stycznia w Europie. Jednak już po trzech dniach na drugiej półkuli odbędzie się wydarzenie nie mniej brzemienne w skutki: inauguracja prezydentury 45. głowy państwa w dziejach Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Nowymi lokatorami Białego Domu zostaną prezydent Donald John Trump i wiceprezydent Mike Richard Pence. Doprawdy, pierwszy miesiąc jest mocnym wejściem w 2017 r., będący szczególnym okresem w światowej polityce.

Jaka będzie pierwsza po ośmiu latach republikańska prezydentura w USA? Anglosaska zasada wait and see (w rosyjskim tłumaczeniu: pożiwiom – uwidim) każe poczekać i poobserwować. Przestrzegam przed dwiema skrajnościami w prognozowaniu tego, co stanie się za wielką wodą. Pierwsza, rodem z „Gazety Wyborczej”, to widzenie prezydenta jako „Wuja Samo Zło”, z definicji polityka prorosyjskiego i przyjaciela Putina. Druga, której ulega wielu prawicowych polityków i publicystów, jest swoistą reakcją na chamskie ataki na Trumpa, jako żywo przypominające „przemysł pogardy” wobec Lecha i Jarosława Kaczyńskich oraz PiS-u. To uznanie, że Trump na 100 proc. będzie wyrazicielem polskich interesów, skoro to nasi rodacy w praktyce przesądzili o zwycięskim dla niego wyniku wyborów w „swing states”, czyli stanach „wędrujących” od Demokratów do Republikanów, od wyborów do wyborów. Zostawmy oba stereotypy. Trump nie chciał wyrzucić rosyjskich dyplomatów – fakt. Ale nie on tę decyzję podejmował, łatwo mu zatem odciąć się od niej. Ponadto musiał odrzucić tezę obozu Clintonów, że to Rosja „załatwiła” zwycięstwo kandydata Republikanów. Dodajmy, że Trump będzie musiał liczyć się ze zdaniem Kongresu USA, który w sprawach polityki zagranicznej zajmuje w Stanach pozycję całkowicie autonomiczną wobec władz wykonawczych, co diametralnie różni go od parlamentów narodowych w Europie. A Kongres, zdominowany przez Republikanów, często w lekkiej opozycji do Trumpa, z liderami marzącymi o Białym Domu w przyszłości (jak Paul Davis Ryan – lider republikańskiej większości w Izbie Reprezentantów), będzie z całą pewnością korygował potencjalne prorosyjskie gesty Trumpa. Bardziej gesty zresztą, jak się wydaje, niż działania. 

Bez radykalnego zwrotu w polityce USA 

Dodajmy do tego kluczową rolę Pentagonu – każdy amerykański prezydent musi liczyć się z jego opinią. A Pentagon to w relacjach z Kremlem tradycyjnie „jastrząb” lub, jak kto woli, „hardliner”. Pentagon zaś będzie podtrzymywał kurs, który właśnie wymusił na Białym Domu za drugiej kadencji Obamy: poszerzanie strefy wpływów Zachodu kosztem Wschodu. Do tego dochodzi kluczowe w USA lobby zbrojeniowe: niegdyś to ono przesądziło o zwycięstwie Baracka Husseina Obamy nad Johnem Sidneyem McCainem III (2008 r.). I ono woli powstrzymywać Rosję niż się z nią bratać. Także we własnym dobrze pojętym interesie... Skądinąd ślepy by zauważył wzrost znaczenia Moskwy po jej interwencji w Syrii – Federacja Rosyjska weszła tu „w szkodę” Amerykanom tak głęboko, jak od dawna tego nie robiła (od czasów Związku Sowieckiego?). Reasumując: nie sądzę, aby rok 2017, rozpoczęty w jakiejś mierze od zaprzysiężenia republikańskiego tandemu Trump-Pence w Białym Domu 20 stycznia, był zwrotem w amerykańskiej polityce zagranicznej, której najświeższym symbolem jest przełomowy szczyt NATO w Warszawie. Armia USA i żołnierze innych krajów członkowskich Paktu Północnoatlantyckiego postawią nogę w krajach sąsiadujących z Rosją – Trump tego nie zatrzyma. Zresztą, jest pragmatykiem: dlatego nawet nie będzie chciał tego zatrzymać. Warto też dodać fakt, że jak w  k a ż d e j administracji, także i w tej w Waszyngtonie dużą rolę odgrywają ludzie z sektora militarnego i służb specjalnych (chyba tylko w Izraelu, spośród państw szeroko rozumianego Zachodu, rola tego sektora jest większa). 

Wybory nad Renem i Sekwaną 

Po nieprzewidywalnym w Parlamencie Europejskim styczniu przyjdzie do bólu przewidywalny w Republice Federalnej Niemiec luty. Z góry wiadomo, kto będzie zwycięzcą tamtejszych wyborów prezydenckich. Będzie on zresztą wyłoniony inaczej niż na przykład we Francji i Polsce, gdzie głowę państwa wybiera się w głosowaniu powszechnym. Inne dwa największe kraje UE – obok Paryża i Warszawy – Niemcy i Włochy (oczywiście mowa o państwach mających system prezydencki – nie wliczam tu monarchii: Wielkiej Brytanii i Hiszpanii) czynią to via parlament. Nowym prezydentem RFN-u, następcą powszechnie szanowanego Joachima Gaucka, będzie Franz-Walter Steinmeier, obecny minister spraw zagranicznych nad Renem. To wynik umowy koalicyjnej między partiami już nie europarlamentarnej, a „tylko” niemieckiej tzw. wielkiej koalicji. Żaden z potencjalnych kandydatów Angeli Merkel szans nie miał, a socjaldemokrata Steinmeier mógł w kolejnych, poza pierwszą, turach liczyć na głosy Zielonych oraz postkomunistów, co i tak przeważyłoby szalę na jego korzyść. Jednak o ile Grosse-Koalition zafunkcjonuje w lutym w niemieckich wyborach prezydenckich, to nie ma o niej mowy w jesiennych wyborach do Bundestagu. W nich wciąż faworytem wydaje się niezużyta – mimo katastrofalnych błędów w polityce imigracyjnej i mająca realną szansę na czwartą kadencję Frau Kanzlerin. Ale możliwe są też i inne warianty. Na przykład nowa, wcześniej nigdy niepraktykowana koalicja „czerwono-zielono-czerwona”, czyli SPD-Die Grünen-Die Linke. Jednak raczej to CDU-CSU, mimo napięć między Merkel a premierem Bawarii Horstem Seehoferem, będzie rozdawać karty. Pytanie tylko, czy pani kanclerz znów powyborczo zatańczy z socjalistą, obecnym wicekanclerzem Sigmarem Gabrielem, czy może z „Zielonym”, urodzonym w Niemczech Turkiem Cemem Özdemirem, czy może też z liderem „żółtych”, czyli liberałów (FDP), Christianem Lindnerem. Zresztą możliwa jest, po raz pierwszy „od zawsze”, koalicja nie trzech partii, jak teraz czy w przeszłości (CDU-CSU-SPD lub CDU-CSU-FDP) lub dwóch (SPD-Zieloni), ale aż czterech (CDU-CSU-Zieloni-FDP). Poza rządem na pewno będzie eurosceptyczna i najbardziej antyimigracyjna, ale też najbardziej prorosyjska (a pokażcie mi w Niemczech jakąkolwiek partię kremlosceptyczną...) AfD, czyli Alternatywa dla Niemiec. Dla nas, Polaków, ma spore znaczenie nie tylko to, kto będzie kanclerzem w Berlinie, ale też jaki będzie skład koalicji rządowej – bo zawsze partia nr 2 obsadza kluczowy nie tylko dla sąsiadów RFN-u fotel ministra spraw zagranicznych (obecnie SPD, dawniej Zieloni czy przez długi czas FDP). 

Jesienne wybory nad Renem i Sprewą to pewna niewiadoma, choć nie jest szczególnie ryzykowne obstawienie Merkel. Łatwiejsze jest przewidzenie wyników wiosennych wyborów do Zgromadzenia Narodowego Francji. Wbrew temu, co słyszymy zewsząd, zwłaszcza ze strony lewicy i liberałów, nie wygra ich, ani nawet nie ma na to szans, kandydatka Frontu Narodowego Marine Le Pen. Przejdzie do II tury – tak.

Może wygra za pięć lat – wcale bym tego nie wykluczał. Ale nie tym razem. Miałaby na pewno szansę na zwycięstwo, gdyby kandydatem Republikanów został Nicolas Sarkozy. Mniejsze, ale jednak, gdyby francuska centroprawica wybrała Alaina Juppe’ego. Ale najbardziej z nich prawicowy i antyimigracyjny ekspremier François Fillon po prostu garściami bierze głosy z elektoratu madame Le Pen. Ten wybór politycznych dzieci marszałka de Gaulle’a jest najgorszy dla Frontu Narodowego, choć zapewne może być najlepszy dla Republiki Francuskiej. 

Dochodzimy wreszcie do być może największej wyborczej niewiadomej w Europie A.D. 2017. Dotyczy ona jednego z najbogatszych krajów Unii, o globalnej – z racji swoich dawnych kolonii na paru kontynentach – polityce międzynarodowej. Chodzi o jedno z ośmiu najliczebniejszych państw UE – Królestwo Holandii. Na ile sukces – choć nie wygrana – austriackiej Partii Wolnościowej w wyborach prezydenckich nad Dunajem czy w pewnej mierze wiktoria Trumpa i wzrost wpływów euronegatywistycznych i antyimigracyjnych w całej Europie otworzy bramę do znaczącego rezultatu Gerta Wildersa i jego Partii Wolności? Czy będzie on tylko dyżurnym postrachem dla establishmentu w Hadze? Oto jest niderlandzkie pytanie.

Kluczowe wybory w ONZ-ecie

Skoro zacząłem od instytucji międzynarodowej, to na takowej też kończę. Dla Polski w 2017 r. szczególnie ważne będą wybory w Organizacji Narodów Zjednoczonych. Chodzi o decyzje w sprawie niestałego członka w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Nie byliśmy tam obecni od dwóch dekad. To kwestia prestiżu, choć nie tylko przecież: można to wykorzystać jako instrument poszerzania wpływów Rzeczypospolitej w naszym regionie i poza nim. Naszym głównym konkurentem zapewne będzie Bułgaria – a więc kraj z tej samej części Starego Kontynentu. Sofia jest zdeterminowana, bo niespodziewanie dla wielu przegrała – na skutek zresztą w dużej mierze swoich błędów, a także braku koordynacji tej kampanii w skali regionu – stanowisko sekretarza generalnego ONZ. Według niepisanych, ale dotąd przestrzeganych parytetów funkcja ta miała, pierwszy raz w historii, przypaść Europie Środkowo-Wschodniej. Bułgaria najpierw wystawiła jedną kandydatkę, postkomunistyczną ambasador przy UNESCO w Paryżu Irinę Bokową, by potem, w ostatniej chwili, zmienić ją na wiceprzewodniczącą Komisji Europejskiej, komisarz Kristalinę Georgijewą. W rezultacie Sofia prowadziła w praktyce dwie równolegle kampanie, a inne kraje naszej części Europy, widząc kompletny rozgardiasz u Bułgarów, zaczęły w ramach promocji państw i ludzi masowo zgłaszać... własne kandydatury. Tak uczyniły, między innymi, Słowacja, Słowenia, Chorwacja, Serbia, Czarnogóra, Macedonia i Mołdawia. Gdzie dwie Bułgarki się biją (i niemal tuzin innych kandydatów), tam Portugalczyk Antonio Guterres korzysta. Europa Środkowo-Wschodnia obeszła się smakiem. Rozpisałem się o tym tak szczegółowo, bo warto, aby Polska jako lider naszego regionu wyciągnęła wnioski z żenującej sytuacji i pod kątem głosowania w Nowym Jorku za kilka miesięcy (choć miejsce niestałego członka RB ONZ obejmiemy ewentualnie od 2018 r. – na dwa lata), i generalnie na przyszłość. 

Tak, 2017 r. to będzie fascynujący czas w światowej polityce. Powyżej przedstawiłem tylko subiektywnie wybrane wydarzenia. Oby Polska odcisnęła piętno na polityce międzynarodowej tuż przed setną rocznicą odzyskania niepodległości przez Najjaśniejszą Rzeczpospolitą.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Rewolucja wśród cieni

Poprzedni tydzień obfitował w wiele wydarzeń o szczególnym znaczeniu. Niewątpliwie dwa z nich zasługują na wyjątkową uwagę. Mowa o wstąpieniu w szeregi Platformy Obywatelskiej byłego szefa BOR, generała Mariana Janickiego, oraz zapowiadana przez Grzegorza Schetynę „rekonstrukcja gabinetu cieni”.

Mówiąc (nie)poważnie, gdybym nie wiedział, że oba te fakty są prawdziwe, pomyślałbym, że wyciekł scenariusz do kolejnego odcinka „Ucha prezesa” lub że któryś z młodych reżyserów pozazdrościł fantazji Stanisławowi Barei i zabiera się do kręcenia komedii absurdów.

Jednak nie. Wielokrotnie skompromitowany i skazywany na polityczny niebyt mało lotny gen. Janicki musi być niewątpliwie wielkim wsparciem dla Platformy, bo w Krakowie jego „wstąpienie w szeregi” zapowiadał z poważną miną Tomasz Siemoniak, były minister obrony narodowej. Cóż, chciałoby się powiedzieć, że „wielkie umysły myślą podobnie” ‒ mówiący swego czasu do stołowej lampki Siemoniak wydaje się być doskonałym entourage do wiecznie z siebie zadowolonego Janickiego. Rola tego ostatniego jest jeszcze nieznana, ale można mieć pewność, że w „gabinecie (wiecznych) cieni” może liczyć na stanowisko godne rangi znanego z „taśm prawdy” dwugwiazdkowego generała, szefa BOR, który w momencie katastrofy smoleńskiej błąkał się po straganach wśród przekupek na krakowskim rynku Kleparskim.

A o tym, że w samym gangu tzw. cieniasów trwają roszady, świadczyć może zapowiedź Grzegorza Schetyny. Bywają także rekonstrukcje gabinetu cieni i oczywiście zrobimy to ‒ powiedział przewodniczący Schetyna na antenie Radia RMF FM. I jak się okazuje, jest to rekonstrukcja fundamentalna. Oto Borys Budka będzie kandydował do zarządu krajowego. ‒ Bardzo bym chciał, żeby kontynuował swoją misję wiceprzewodniczącego Platformy ‒ mówił Schetyna. Takie samo stanowisko widzi dla Ewy Kopacz. Cóż, w ramach „gabinetu cieni” Schetyna może zrobić nawet konia senatorem, Janickiego Królem Polinezji, a siebie samego Imperatorem Galaktyki. Szczęśliwie nie ma to najmniejszego znaczenia. I oby jeszcze długo nie miało.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl