​Przewietrzyć Polskę – praktycznie

W Polsce ludzie się duszą. Jednak wbrew temu, co opowiadają posłowie opozycji, nie jest to wina rzekomego zagrożenia demokracji, a bardzo złej jakości powietrza. Wczoraj w kilku największych miastach Polski (Warszawa, Łódź, Kraków, Katowice, Kielce) wystąpiło tak duże stężenie pyłów, że Główny Inspektorat Ochrony Środowiska zalecał pozostanie w domach. Symbolem Krakowa już od dawna nie jest smok, a smog. Skalę problemu jeszcze bardziej obrazowo pokazuje to, że wczoraj normy zostały przekroczone o 1500 proc. W grudniu na południu naszego kraju odnotowano wyższe stężenie szkodliwych substancji niż w Pekinie. Co więcej, nie dość, że Polska jest krajem z najbardziej zanieczyszczonym powietrzem w Unii Europejskiej, to poziom zanieczyszczenia uchodzący za alarmowy jest w Polsce niemal cztery razy mniej restrykcyjny niż na przykład we Francji. Problem się pogłębia. Co roku z powodu chorób odsmogowych umiera w Polsce blisko 50 tys. osób. Wbrew temu, co mówi minister zdrowia, problem bynajmniej nie jest „teoretyczny”.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Czarneckigate – kulisy 

Dotychczas w kompetencjach Parlamentu Europejskiego nie leżało ocenianie wypowiedzi eurodeputowanych, które miały miejsce poza salą plenarną lub poza posiedzeniami komisji PE. Sprawa Czarneckiego jest swoistym precedensem.

Precedensem o tyle szczególnym, że otwiera drogę do sytuacji, w której parlament z siedzibami w Brukseli, Strasburgu i Luksemburgu (europosłowie pracują w dwóch pierwszych) staje się w praktyce arbitrem, sędzią, ale i prokuratorem (coś o tym wiem!) w sporach, do których dochodzi na terenie krajów członkowskich. To swoista łapczywość kompetencyjna. Wpisuje się ona jednak w pewne zinstrumentalizowanie roli europarlamentu w kierunku politycznej maczugi wobec tych polityków, którzy nie tylko mają poglądy inne niż europejski mainstream, ale też nie boją się ich głosić.

Czarneckigate zamiast Verhofstadtgate

Rzecz określana ironicznie jako Czarneckigate jest o tyle znamienna, że dzieje się w pewnym określonym kontekście polityczno-sytuacyjnym. Oto bowiem przewodniczący Grupy Liberałów i Demokratów w Parlamencie Europejskim, były premier Belgii 13 kwietnia 2017 r. wołał do szefa rządu Węgier Viktora Orbána: „Czy będzie palił pan książki na placu przed parlamentem?”. Wypowiedź ta w skandaliczny sposób kojarzy premiera rządu Węgier z Hitlerem, za którego czasów rzeczywiście palono niewygodne książki przed budynkiem niemieckiego parlamentu – Reichstagu. Były wnioski o ukaranie belgijskiego (flamandzkiego) polityka, ale nie zostały rozpatrzone i żadnej kary nie poniósł. Mogą to potwierdzić ich autorzy – polscy europosłowie z grupy politycznej Europejskich Konserwatystów i Reformatorów prof. Zdzisław Krasnodębski i Marek Jurek. Zażądali ukarania lidera ALDE w lipcu 2017 r., ale ich wniosku dotychczas nie rozpatrzono. Chyba rozzuchwalony tym faktem Guy Verhofstadt wystąpił jako recydywista 15 listopada, gdy cztery dni po Święcie Narodowym Polski i upamiętniającym go Marszu Niepodległości powiedział: „Na ulice Warszawy wyszło kilka tysięcy faszystów, neonazistów, białych suprematystów. […] Marsz ten miał miejsce 300 km od obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau”. Tym razem z żądaniem przeproszenia tysięcy polskich patriotów zwróciła się europoseł Jadwiga Wiśniewska oraz – w osobnym liście – ponownie posłowie Marek Jurek i Zdzisław Krasnodębski. Także skarga tej grupy posłów nie doczekała się żadnego rozpatrzenia, a lider liberałów ‒ nie otrzymał kary czy choćby upomnienia. 

Przesunięcie wajchy federalizmu

Jak widać, europarlamentarne młyny czasem nie mielą wcale, a czasem błyskawicznie. Nawet gdy opierają się na dość pokrętnym tłumaczeniu, a raczej jego omówieniu. Właśnie władze PE określiły termin następnych eurowyborów. Odbędą się one w ostatni weekend maja AD 2019. Dlaczego o tym piszę? I to tak nagle, zmieniając temat? Wbrew pozorom wcale go nie zmieniam. Oto bowiem nowe wybory do europarlamentu, które odbędą się równo w 40. rocznicę pierwszych bezpośrednich wyborów do „Brukseli i Strasburga” (wcześniej europarlament funkcjonował jako zbiór przedstawicieli parlamentów narodowych przez nie właśnie wskazywanych), prawdopodobnie w znaczący sposób zmienią geografię polityczną w Parlamencie Europejskim. Można się spodziewać bardzo znaczącego wzrostu euronegatywistów, eurosceptyków, eurorealistów i konserwatystów oraz tradycjonalistów. Już dzisiaj w europarlamencie liczącym 751 posłów eurosceptycy i eurorealiści zrzeszeni w takich właśnie frakcjach (nie mówię o eurosceptykach i eurorealistach występujących w szeregach socjalistów, chadeków i liberałów, bo i tam się zdarzają) to ok. 180 osób, co stanowi niespełna 25 proc. Trudno przesądzać wyniki wyborów za rok i cztery miesiące, ale wydaje się pewne, że skoro Europa staje się coraz mniej euroentuzjastyczna i niechętna eurokracji – to taki też właśnie będzie Parlament Europejski. A to prawdopodobnie może oznaczać, że dużo trudniej będzie „zdyscyplinować” przedstawicieli 27 już – bo bez Wielkiej Brytanii – krajów członkowskich UE do jedynie słusznej, bezalternatywnej, paneuropejskiej wizji, w której Europa narodów całkowicie wyparta jest przez federalistyczny koncept „Stanów Zjednoczonych Europy”. Zatem być może obecna chadecko-lewicowo-liberalno-zielono-komunistyczna większość usiłuje forsować rezolucje i decyzje personalne, które mogą być już za 1,5 roku swoistym „mission impossible”. Chyba na zasadzie: „po nas choćby potop”. Albo też: „przesuwajmy teraz wahadło federalistyczne tak bardzo w jedną stronę, żeby trudno je było potem przesunąć w drugą w to samo miejsce”. To naprawdę wiele tłumaczy.

Odwilż? Nie, polityczna matematyka

Cóż, nowy rok w Parlamencie Europejskim zaczął się w Strasburgu z przytupem. Jednak sprawa Czarneckiego nieco przyćmiła rzecz dla Polski zapewne znacznie ważniejszą. Oto europarlament zrezygnował z uruchomienia własnej procedury artykułu 7. Traktatu o UE w kontekście Polski. Oficjalna przyczyna? Fakt, że w grudniu uczyniła to już Komisja Europejska, przekazując ów „hot potato” (gorący kartofel), by użyć tego anglosaskiego określenia politycznego (synonim problemu). Nie należy tego jednak interpretować – o dziwo, niektórzy to czynią – jako przejawu chwilowej odwilży w relacjach między Brukselą a Warszawą. Nic bardziej mylnego! To żadne tam złagodzenie kursu ani nowe otwarcie. To po prostu najzwyklejsza w świecie polityczna matematyka. O ile bowiem Rada Europejska może przegłosować wszczęcie tej procedury większością 4/5 głosów (a więc „za” musiałoby być co najmniej 22 na 28 państw), o tyle europarlament musi mieć w tej kwestii poparcie 2/3 głosów. Rzecz w tym, że z ich znalezieniem niechętna Polsce niewątpliwa europarlamentarna większość miałaby spory kłopot. Już bowiem podczas głosowania antypolskiej ‒ dla wielu obserwatorów – rezolucji PE z 15 listopada 2017 r. okazało się, że choć przeszła ona wyraźną większością: 438 głosów „za” przy 152 „przeciw” i 71 wstrzymujących się, to jednak było to poniżej progu dwie trzecie. A przed dwoma miesiącami była to „tylko” rezolucja. Teraz miałoby to być uruchomienie procesu sankcyjnego, a więc rzecz o znacznie poważniejszym ciężarze gatunkowym. I tu tkwi przyczyna „odpuszczenia” przez europarlament autonomicznej procedury uruchomienia artykułu 7. przeciwko Rzeczypospolitej.

Jednak i tak można spodziewać się kolejnej debaty w Strasburgu na temat Polski. Prawdopodobnie w marcu, może w kwietniu (zastanawiano się nad lutym, ale ostatecznie to odrzucono). Ta wiosenna debata o naszym kraju będzie już dziewiątą (sic!) w ciągu ostatnich dwóch lat. I tak właśnie Parlament Europejski podjął próbę znalezienia się w Księdze rekordów Guinnessa...

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl