​Igrzyska w cieniu polityki

Kiedy polityka wdziera się w sferę sportu, zazwyczaj nie wychodzi mu to na dobre. Wykorzystywanie igrzysk do doraźnych celów, bojkoty, a nawet akty terrorystyczne odcisnęły piętno na olimpijskiej rywalizacji w czasach nowożytnych.

Idea przywrócenia igrzysk olimpijskich narodziła się podczas przemówienia barona Pierre’a de Coubertina w Paryżu w piątą rocznicę powstania Unii Francuskich Towarzystw Sportów Atletycznych. Wskrzeszenie idei nastąpiło dwa lata później na obradach międzynarodowego kongresu atletycznego w Sorbonie w 1894 r. Początkowo Coubertin nie był zachwycony oddaniem Grecji praw do organizacji I Igrzysk Olimpijskich, gdyż sądził, że ten kraj nie podoła takiemu wyzwaniu. Ostatecznie uznał historyczne prawo Greków do odnowienia idei olimpijskiej. Zresztą jego obawy okazały się uzasadnione, gdyż przyszłość igrzysk stanęła pod dużym znakiem zapytania. Kraj był pogrążony w biedzie, a trzeba było jeszcze wyłożyć gigantyczne pieniądze na ich organizację. Dopiero grecki milioner uratował sportowe święto w Atenach, przeznaczając niebagatelne fundusze na budowę olimpijskiego stadionu z marmuru. Nie tylko dzięki greckiej gościnności, żywiołowości i entuzjazmowi igrzyska w Atenach w 1896 r. okazały się dużym sukcesem. Idea zyskała duże wsparcie nawet wśród bandytów. Rzecznik przestępczego półświatka zapewnił szefa policji o powstrzymaniu się od przestępstw. I rzeczywiście w czasie igrzysk nie odnotowano żadnego wypadku nawet kradzieży. Smutnym „epilogiem” olimpiady stał się konflikt polityczny między Grecją a Turcją, który przerodził się w wojnę.

W cieniu Wystawy Światowej i dyskryminacji

Cztery lata później odbyły się jedne z najbardziej osobliwych igrzysk. W 1900 r. otwarto w Paryżu Wystawę Światową, jej celem było ukazanie postępu cywilizacyjnego, który stał się udziałem ludzkości. Część sportowców w ogóle nie wiedziała, że uczestniczy w igrzyskach. Ci zwiedzający wystawę, którzy też interesowali się sportem, nie mogli znaleźć miejsc zawodów, nie było oficjalnego otwarcia imprezy ani żadnych plakatów o niej informujących. Pomysł wtopienia igrzysk w wielką Wystawę Światową okazał się chybiony, straciła na tym głównie sportowa rywalizacja, która została zepchnięta na margines.

Na kolejnych igrzyskach nie pojawił się baron de Coubertin. Powtórzyła się historia sprzed czterech lat, gdy igrzyska zgubiły się w ferworze Wystawy Światowej. Bardziej bolesna była też sprawa dyskryminacji rasowej. Na igrzyskach amerykańskich organizowano bowiem osobne zawody dla mniejszości etnicznych, np. plemion indiańskich, Pigmejów, a nawet Turków. Tę rywalizację nazwano nieolimpijską i włączono do programu „Dni Antropologicznych”, które miały charakter imprezy folklorystycznej, a nie olimpijskich zmagań. Protest wystosowany przez MKOl okazał się mocno spóźniony.

Olimpiady czasów wojny

W 1916 r. igrzyska miały się odbyć w Berlinie, ale zostały odwołane. Wiadomo było, że nie będzie ucieczki przed krzyżowaniem się sportu i polityki w czasie igrzysk, które miały się odbyć zaraz po zakończeniu I wojny światowej. Samo przyznanie Antwerpii prawa do organizacji Igrzysk VII Olimpiady w 1920 r. miało symboliczny wymiar. Chodziło o uhonorowanie kraju, który wbrew międzynarodowemu prawu został napadnięty przez Niemcy. Belgia ze zrozumiałych powodów nie zaprosiła do udziału w igrzyskach reprezentacji Niemiec, Austrii i Węgier. Zaproszono Polskę i Czechosłowację, ale Polska i tak w zawodach nie wzięła udziału ze względu na wojnę z Rosją.

Kolejny mocny wpływ polityki na igrzyska olimpijskie przypadł na te organizowane w Berlinie w 1936 r. Ambasador Francji w Niemczech napisał o nich: „stanowiły w dziejach reżimu nazistowskiego swego rodzaju punkt szczytowy, kulminacyjny dla Adolfa Hitlera i Trzeciej Rzeszy, aby nie powiedzieć, że były ich apoteozą”. Już ceremonia inauguracyjna była propagandowym popisem Adolfa Hitlera. Kiedy ekipy części krajów zamiast pozdrowienia olimpijskiego wybrały nazistowskie, spotkało się to z burzliwymi oklaskami widowni. Sportowcy z tego kraju zwyciężyli w klasyfikacji medalowej, bijąc na głowę Stany Zjednoczone. Na nosie niemieckiej propagandzie zagrał amerykański czarnoskóry sprinter Jesse Owens, który nie dał szans rywalom w sprintach i sztafecie. Krążyły pogłoski, że Hitler wzbraniał się przed podaniem mu ręki.

W cieniu ataku terrorystycznego

Jeden z najbardziej dramatycznych momentów w dziejach nowożytnych olimpiad miał miejsce podczas igrzysk w Monachium w 1972 r. Tuż przed godz. 5 rano pięciu mężczyzn weszło za ogrodzenie wioski olimpijskiej. Nikt nie podejrzewał, że mogą to być terroryści. Potem wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Zamachowcy wzięli zakładników, trwały pertraktacje. Ostatecznie terroryści uciekli z zakładnikami na lotnisko, gdzie rozpętała się strzelanina. W końcu udało się opanować sytuację, ale bilans wydarzeń był tragiczny. Życie straciło dziewięciu zakładników, trzech terrorystów zostało obezwładnionych, pięciu zginęło.

Władze olimpijskie stanęły przed nie lada rozterką – nie wiadomo, czy igrzyska wznowić, czy odwołać. Ostatecznie zapadła decyzja o nieprzerywaniu zmagań sportowych. Jednak od tej pory sportowa rywalizacja już nie będzie taka sama. Polityka, która wtargnęła w sferę sportu, ujawniła swoje najgorsze oblicze.

Bojkoty

Groźby bojkotu igrzysk stały się niebezpiecznym orężem nacisku na MKOl i wymuszania na tej organizacji własnych celów. Tak było w 1972 r., gdy Międzynarodowy Komitet Olimpijski rozpatrywał sprawę uczestniczenia w igrzyskach sportowców z Rodezji (dawna kolonia brytyjska, która odpadła od Wspólnoty Brytyjskiej). Jej zawodnicy mieli prawo uczestniczenia w imprezie sportowej pod warunkiem, że Rodezja wystawi reprezentację o mieszanym składzie rasowym, która wystąpi pod brytyjską flagą kolonialną. Protest przeciw występowi sportowców z Rodezji wniosła Najwyższa Afrykańska Rada Sportowa, która zażądała jej wykluczenia i zagroziła bojkotem ze strony wszystkich państw afrykańskich. Ostatecznie do bojkotu nie doszło, bo władze MKOl ugięły się pod presją żądań i wykluczyły Rodezję z udziału w monachijskich igrzyskach. To zdarzenie stało się niebezpiecznym precedensem. W kolejnych igrzyskach znalazł on naśladowców, gdyż inne kraje także próbowały bojkotem wymusić na władzach olimpijskich wykluczenie innych ekip z tego sportowego święta.

Pierwszy raz igrzyska zostały masowo zbojkotowane w 1976 r. w Montrealu przez kraje afrykańskie. Powodem był konflikt wokół Nowej Zelandii, której reprezentanci utrzymywali kontakty sportowe z RPA. Ten afrykański kraj został wykluczony w latach 60. z ruchu olimpijskiego z powodu stosowania polityki apartheidu. Ostatecznie w Montrealu MKOl nie ugiął się pod szantażem państw afrykańskich i nie pozbawił Nowej Zelandii uczestnictwa w igrzyskach. Afrykańczycy sami zrezygnowali z udziału w sportowym święcie.

Jeszcze bardziej spektakularny bojkot miał miejsce w Moskwie w 1980 r. Powodem stała się sowiecka interwencja wojskowa w Afganistanie. W Moskwie zabrakło przede wszystkim sportowców z USA, RFN, wielu krajów azjatyckich i innych z całego świata. Tylko 81, spośród 145, narodowych komitetów olimpijskich wzięło udział w igrzyskach. W rewanżu, 4 lata później, na olimpiadzie w Los Angeles zabrakło z podobnych powodów krajów bloku wschodniego.

Gest Kozakiewicza

Moskwa 1980. Rywalizacja w skoku o tyczce powoli dobiegała końca. W walce o złoto liczyli się tylko dwaj nasi zawodnicy: Władysław Kozakiewicz i Tadeusz Ślusarski oraz Rosjanin Konstantin Wołkow. Gdy pierwszy z Polaków przygotowywał się do kolejnych skoków, publiczność gwizdała na naszego zawodnika, który nic sobie z tego nie robił i skokiem na wysokość 5,78 m pobił rekord świata, po czym wymownym gestem ręki ugiętej w łokciu pokazał widzom, co o nich myśli. Dla nas gest złotego medalisty olimpijskiego był nie tylko zwykłym wyładowaniem emocji, ale w czasach solidarnościowych strajków stał się symbolem polskiego oporu wobec ZSRS.

Mariaż polityki i sportu zazwyczaj nie zwiastuje niczego dobrego, nierzadko wręcz prowadzi do konfliktów. Gdy dochodzi do masowego bojkotu sportowego święta, wykluczenia krajów z igrzysk czy nawet aktów terroru, bolesną stratę ponosi nie tylko piękno sportowej rywalizacji, ale cierpią na tym ludzie. Im mniej politycznych zawirowań będzie towarzyszyło igrzyskom w Rio, tym lepiej dla sportowców, kibiców i samego ducha sportu.

Autor korzystał m.in. z „Kroniki sportu” pod red. Mariana B. Michalika

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Turcja to partner, nie wróg

Liberalny i europejski Macron niemal zaraz po zaprzysiężeniu przyjął Władimira Putina. Nie ma więc powodu, by Polska wstydziła się wizyty Recepa Erdoğana. Tym bardziej że Turcja to wciąż nasz sojusznik z NATO.

W związku z przyjazdem do Polski prezydenta Turcji Recepa Erdoğana część środowisk lewicowych zechciała wyrazić swoją, delikatnie mówiąc, głęboką dezaprobatę dla rządów lidera Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) oraz jego przyjazdu do Polski. Wydarzenie okraszono wymowną nazwą „Korepetycje z dyktatury”, a tekst na temat przyjazdu tureckiego prezydenta pełny był stwierdzeń takich jak „haniebna wizyta” czy „międzynarodówka zamordystów”. Pod wydarzeniem podpisały się czołowe ugrupowania lewicowe: Partia Razem, Inicjatywa Polska Barbary Nowackiej i Zieloni. To zresztą nie pierwsza tego typu inicjatywa polskiej lewicy. Przed przyjazdem Donalda Trumpa środowiska lewicowe zorganizowały pikietę „Podręczne witają Trumpa”, nawiązującą do dosyć absurdalnego, choć głośnego serialu „Opowieść podręcznej”, w którym Amerykanie zrobili z nielicznych już płodnych Amerykanek niewolnice do rodzenia dzieci. I właśnie za te niewolnice przebrane były lewicowe aktywistki podczas wizyty prezydenta USA, chcąc wyrazić swój sprzeciw wobec lekceważenia kobiet przez Donalda Trumpa podczas kampanii wyborczej. Jak na razie nie doczekaliśmy się czasów, w których polskie władze wybierają sobie prezydentów USA czy Turcji, z którymi będą współpracowały, więc trudno w ogóle poważnie traktować tego typu inicjatywy. „Podręczne witające Trumpa” były przynajmniej w jakiś sposób pomysłowe i zabawne, „Korepetycje z dyktatury” były już tylko beznadziejne.

Lewicowy mesjanizm

Polski mesjanizm do tej pory był kojarzony raczej z prawicą. „Polska Chrystusem narodów” czy „przedmurze chrześcijaństwa” to hasła średnio atrakcyjne dla lewicy, której umieranie za religię raczej po głowie nie chodzi. Tymczasem w przewrotny sposób obecnie to właśnie lewica wchodzi w buty mesjanistów, chcących zbawiać świat. A przynajmniej go naprawiać nawet w najodleglejszych zakątkach. Według środowisk lewicowych polskie władze powinny więc dbać o demokrację w Chinach, prawa człowieka w Turcji, prawa kobiet w USA oraz być w awangardzie walki z globalnym ociepleniem. Troska o wszystkie światowe bolączki to dosyć ekstrawagancka postawa w kraju, w którym jest tyle do zrobienia na miejscu i tylu potrzebujących należących do tej samej wspólnoty. Ale to byłoby jeszcze nic. Problem w tym, że świat sam nie za bardzo ma ochotę na zbawienie.
Za pięknymi słowami o wzniosłych wartościach kryje się twarda walka o interesy. I walkę tę bez mrugnięcia okiem uprawiają nawet najbardziej zapatrzeni w prawa człowieka demokraci. Robią interesy z przywódcami brutalniejszymi niż Erdoğan, w krajach mniej przyjaznych niż Turcja. Spotykają się z nimi bez cienia zażenowania, rzucając przy okazji jakimś banałem o prawach człowieka, choć każdy dobrze wie, że to tylko takie niezobowiązujące odklepanie formułki, żeby opinia publiczna się nie przyczepiła.

Niemcy na potęgę robią interesy w Rosji, choć ta zdemolowała prawo międzynarodowe, atakując Gruzję, anektując Krym i najeżdżając wschodnią Ukrainę. Nasi zachodni sąsiedzi, którym prawa człowieka tak leżą na sercu, właśnie próbują przeforsować wspólnie z Rosjanami drugą nitkę Nord Streamu, która jest realnym zagrożeniem dla krajów Europy Środkowo-Wschodniej. W budowie NS2 wspiera ich zresztą wielu zachodnich sojuszników. Z Rosjanami układają się tak naprawdę wszyscy, czasem po cichu, a czasem zupełnie oficjalnie. Świeżo upieczony prezydent Francji i rzekomo „nadzieja demokracji liberalnej” Emmanuel Macron przyjął przecież z honorami samego Władimira Putina, niemal zaraz po swoim zaprzysiężeniu. Niemieckie interesy kwitną też chociażby na Białorusi, w której jest bez porównania mniej wolności niż w Turcji.

Ważny sojusznik

Turcja to bardzo ważny partner krajów Zachodu. To trzeci największy kraj NATO, po USA i Niemczech. Co więcej, to kraj dysponujący armią, na którą przeznacza 1,7 proc. PKB, co jest jednym z wyższych wyników wśród krajów Sojuszu (choć i tak niższym niż wymogi NATO). To także bardzo duży, niemal 80-milionowy rynek, dodatkowo rozwijający się znacznie szybciej niż zdecydowana większość krajów UE. Istnieje więc wiele pól, na których moglibyśmy z Turcją współpracować. Mowa chociażby o kooperacji sektorów zbrojeniowych czy ekspansji polskich firm nad Bosforem. Skoro relacje między Turcją a niektórymi czołowymi krajami UE (Niemcy, Holandia) są napięte, tym bardziej powinniśmy to wykorzystać. Gdybyśmy stali się najbliższym sojusznikiem Turcji w UE, przyniosłoby to nam ogromne korzyści. Jeśli Erdoğan jest obecnie niechętnie widziany na europejskich salonach, tym bardziej powinien być przyjmowany w Polsce. W końcu rysuje się szansa, żeby szerzej zaistnieć w ważnym kraju i nie obudzić się z drzemki dopiero wtedy, gdy już wszyscy wykorzystali swoje szanse, tylko nie my.

Turcja jest często oskarżana w Europie o szantażowanie UE uchodźcami. Zupełnie lekceważy się jednak fakt, że to właśnie ten kraj wziął na siebie największą część fali uchodźców z Syrii (obecnie około trzech milionów). Oczywiście Erdoğan bez skrupułów gra tym w relacjach z UE. Nie zmienia to jednak faktu, że gdyby nie Turcja, problem z uchodźcami w Europie byłby dużo większy. Krytykując więc politykę Erdoğana wobec UE, warto jednak też czasem docenić ogromny wysiłek Turków w utrzymywaniu na swoim terytorium tak ogromnej liczby uciekinierów z Syrii. Gdyby nie obozy w Turcji, dużo więcej uchodźców zechciałoby przedostać się do Europy.

Sojusz to nie małżeństwo

Innym zarzutem wobec Turcji są ciepłe ostatnio relacje Erdoğana z Putinem. Jednak niemal wszyscy eksperci od Turcji zgadzają się, że to sojusz tylko taktyczny i na krótką metę. Interesy Turcji i Rosji się krzyżują, co musi doprowadzić przynajmniej do ochłodzenia relacji. W perspektywie więc Turcja może być ważnym partnerem przy pacyfikowaniu agresywnych zamierzeń Kremla. Zresztą skoro nawet Ukraińcy nie robią z tego powodu Turkom problemów, to dlaczego my mielibyśmy je robić? Przecież dopiero co Erdoğana przyjął prezydent Ukrainy Petro Poroszenko, a obaj panowie zapewniali o planach bliskiej współpracy. Lider AKP oświadczył również, że Turcja nigdy nie zaakceptuje aneksji Krymu (tak jak zresztą nigdy nie zaakceptowała rozbiorów Polski). Nic zresztą dziwnego, na Krymie żyje duża społeczność Tatarów krymskich, czyli grupy etnicznej pochodzenia tureckiego, której sytuacja wyraźnie się pogorszyła po aneksji.

Oczywiście Erdoğan nie jest przesadnym demokratą, mówiąc oględnie. Jednak nie zdemolował prawa międzynarodowego i nie zaatakował suwerennego kraju, tak jak zrobiła to Rosja, której przywódca jest przyjmowany z honorami w niektórych stolicach Europy. Nie ma więc żadnego powodu, żebyśmy mieli robić Turkom edukacyjne pogadanki. Wręcz przeciwnie, skoro Turcji jest obecnie nie po drodze z wieloma krajami UE, tym bardziej powinniśmy zacieśnić nasze relacje. Oczywiście Turcy nie dlatego nie zaakceptowali rozbiorów naszego kraju, że pałają wielką miłością do Polaków. Po prostu było to niezgodne z ich interesami. Ale to właśnie najlepszy dowód na to, że w interesie Turcji jest silna Polska i odwrotnie. Sojusz to nie małżeństwo, więc nie musi być w nim miłości. Sojusz to wspólnota interesów, która między Polską i Turcją bez wątpienia istnieje.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nadal wspieramy obce media!

Od dwóch lat czekamy na zapowiadaną repolonizację mediów. To sytuacja bez precedensu w Unii Europejskiej, żeby 90 proc. lokalnej prasy należała do niemieckich właścicieli.

Jeżeli wszyscy z obozu władzy zgadzają się, że w końcu należy podjąć zdecydowane działania i przywrócić Polakom dostęp do informacji, za które będą odpowiedzialni dziennikarze niebędący na garnuszku niemieckich potentatów prasowych, to chcę zadać pytanie: Jak to jest, że Ministerstwo Rozwoju pod pozorem „Konkursu dotacji na działania informacyjne dotyczące Funduszy Europejskich w mediach” przyznało ogromne dotacje mediom szkalującym Polaków i bezpardonowo zwalczającym rząd PiS‑ u? Dlaczego jest tak, że spośród 11  projektów, które otrzymały dofinansowanie na kwotę prawie 3 mln zł, najwięcej, bo aż 722  940 zł, otrzymał niemiecki Springer, właściciel np. portalu Onet.pl, RMF i setek innych mediów? Dlaczego 600  442 zł otrzymała firma Bauer, właściciel Interia.pl i czasopism takich jak np.: „Twój Styl”, „Pani”? Dlaczego Hajdarowicz dla „Rzeczpospolitej” dostał 398  273 zł, a Angora załapała się na 111  000 zł? W jakim celu finansujemy media, które mamy podobno zrepolonizować?

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl