„Smoleńsk” to film o tym, co stało się z polską inteligencją - rozmowa z reżyserem Antonim Krauze

Zbyszek Kaczmarek

  

Film jest przede wszystkim opowieścią o manipulacji. Pokazuje, co stało się z polską inteligencją. Jak przez te lata propagandy w PRL-u zmieniła się świadomość Polaków, czym naprawdę jest dla nas Rosja. Do tej pory mam w pamięci Andrzeja Wajdę zapalającego tuż po katastrofie, 9 maja 2010 roku, znicze na grobach żołnierzy Armii Czerwonej. Co za pomysł?! To była paranoja – mówi „Gazecie Polskiej” reżyser Antoni Krauze, z którym rozmawiała Magdalena Piejko.

Kiedy zobaczymy film „Smoleńsk” w kinach ?
Film, poza efektami specjalnymi, jest praktycznie gotowy. Efektów specjalnych podjęli się, niestety, ludzie mało kompetentni. Dlatego musieliśmy poprosić o pomoc specjalistów ze studia ORKA, którzy pracują intensywnie nad scenami dziejącymi się w kokpicie tupolewa. Jestem bardzo zadowolony z efektów ich pracy, trudno mi jednak powiedzieć, kiedy film pojawi się w repertuarze kin. Zresztą, to nie ja o tym będę decydował, tylko dystrybutor, „Kino Świat”.

Główną bohaterką filmu nie jest, jak początkowo planowałeś, dziennikarka wzorowana na postaciach takich jak Anita Gargas, Ewa Stankiewicz czy Joanna Lichocka, które walczyły o prawdę o katastrofie. Dlaczego?
Scenariusz, który ma kilku autorów, przechodził kolejne przeobrażenia. Zwyciężyła opinia, że ciekawsza będzie bohaterka z przeciwnego obozu, która pod wpływem zdobytych przez siebie informacji i doświadczeń zmienia się, przeistacza. Niejednoznaczność postaci była również dla mnie ważna przy obsadzaniu innych ról. Aktorzy od lat związani z tzw. niezależnym nurtem (np. Jerzy Zelnik czy Redbad Klijnstra) grają w filmie swoje przeciwieństwa. Wydawało mi się ciekawsze, kiedy osoby wzbudzające sympatię widzów zagrają łajdaków. I odwrotnie. Na przykład znana z urody celebrytka wystąpi w roli dziennikarki wzorowanej na tych, które odważnie stanęły po stronie prawdy.

O czym tak naprawdę jest ten film?
Film jest przede wszystkim opowieścią o manipulacji. Pokazuje, co stało się z polską inteligencją. Jak przez te lata propagandy w PRL-u zmieniła się świadomość Polaków, czym naprawdę jest dla nas Rosja. Do tej pory mam w pamięci Andrzeja Wajdę zapalającego tuż po katastrofie, 9 maja 2010 roku, znicze na grobach żołnierzy Armii Czerwonej. Co za pomysł?! To była paranoja. Myślę, że tylko w takiej atmosferze mogliśmy wierzyć w sączone nam od początku kłamstwa: o tym, że samolot z prezydentem cztery razy podchodził we mgle do lądownia. Że winni są piloci, których zmusił do tego dowódca sił lotniczych. Kłamstwa wielokrotnie powtarzane, których nikt do dziś nie odwołał… Stacja chlubiąca się tym, że nadaje dla „wykształconych, z wielkich ośrodków”, twierdziła, że rozszyfrowała stenogram, w którym dowódca tupolewa mówi: „Jak nie wyląduję, to mnie zabije” albo „zabiją”. Co za nonsens…

Dla przemiany głównej bohaterki kluczowa jest rozmowa z pewnym pilotem. Dajesz jej jednak szanse.
Postać pilota, z którym rozmawia w filmie bohaterka, wzorowana jest na osobie realnej, jak zresztą wiele innych ról w „Smoleńsku”. To on rozpoznawał w Moskwie nagrane w kokpicie głosy tragicznie zmarłych kolegów. Uświadamia on bohaterce jedną z najistotniejszych rzeczy, która zginęła w szumie informacyjnym towarzyszącym katastrofie. Pilot mówi, że zejście na wysokość 100 m nie jest jeszcze próbą lądowania. Skoro na nagraniach pada komenda: „Odchodzimy na drugie zajście”, to znaczy, że załoga nie chciała lądować, tylko odlecieć. Dlatego kluczową sprawą jest wyjaśnienie, dlaczego samolot zamiast odlecieć na inne lotnisko, opada z prędkością 8 m na sekundę i rozpada się na tysiące części.

Czy dobrze rozumiem, że od czasu „Czarnego Czwartku” to fakty, a nie sztuka są w Twojej twórczości najważniejsze?
Z biegiem lat nabrałem wielkiego szacunku do rzeczy, które wydarzyły się naprawdę. Rzeczywistość wydaje się tak pomysłowa, że wygrywa z tym wszystkim, co są w stanie wymyślić najbardziej pomysłowi autorzy. Przystępując do prac nad „Czarnym Czwartkiem”, chciałem zrobić film o tragedii, która towarzyszyła mi przez całe moje dorosłe życie. I bardzo mi zależało, żeby w filmie przedstawić fakty, niczego nie dodawać. Bo prawda o tamtej tragedii nigdy nie przedostała się do powszechnej świadomości. Grudzień 1970 roku był chyba najbardziej utajonym epizodem w powojennej polskiej historii.

Zaraz po zakończeniu zdjęć do „Czarnego Czwartku” wydarzyła się tragedia smoleńska. Kończyłem poprzedni film, ale kolejny dramat nie dawał mi spokoju. Liczba kłamstw towarzyszących oficjalnemu śledztwu prowokowała do zabrania głosu. Kiedy w połowie stycznia 2011 r., kilka dni po raporcie MAK, polska prokuratura ujawniła wydaną przez dowódcę tupolewa komendę o odejściu na drugi krąg, ukrytą w raporcie gen. Anodiny, dla wszystkich stało się jasne, że mamy do czynienia z wielką manipulacją. To wtedy podjąłem decyzję, żeby zrealizować „Smoleńsk”. Opierając się na sprawdzonych informacjach, zrekonstruować to, co rzeczywiście wydarzyło się na Siewiernym.

Paradoksalnie to właśnie z tej rzeczywistości musiałeś się tłumaczyć, gdy nie chciano przyznawać dotacji na film choćby z PISF-u. Ale jedna ze scen wydała się specjalistom bardzo nierealna…
To jedyna scena, w której staraliśmy się sobie wyobrazić, co stało się z bohaterami filmu bezpośrednio po śmierci. Kiedy scenariusz złożony do PISF-u dostał się w ręce dziennikarzy nieprzychylnych „Smoleńskowi”, był wyśmiewany szczególnie za tę oniryczną scenę. Ale były również inne powody do żartów. Na przykład w jednej ze scen, która dzieje się na miejskim bazarku, nasza bohaterka dowiaduje się, że coś stało się prezydentowi, który poleciał rano z delegacją do Smoleńska. Pomysł wzięliśmy z reportażu Pawła Smoleńskiego w „Gazecie Wyborczej”, który rano 10 kwietnia 2010 r., jedząc śniadanie w lokalu na prowincji, zobaczył wchodzącego tubylca, który krzyknął od progu: „Ruskie załatwiły Kaczora!”. Smoleński to opisał, naśmiewając się z ciemnoty prostaków, którzy od razu wiedzieli, że to Ruscy zrobili coś złego prezydentowi Rzeczypospolitej Polskiej, co dziennikarz z góry wykluczał. A dla mnie ta opowieść pokazuje, co się stało z nami, tzw. ludźmi wykształconymi. I o ile uczciwsza jest reakcja ludzi, którzy pamiętają o doświadczeniach kilku pokoleń Polaków. Im te wszystkie kłamstwa, którymi karmiono nas całymi tygodniami, do niczego nie są potrzebne. Jeżeli w Rosji roztrzaskał się samolot z prezydentem na pokładzie, z najwybitniejszymi osobistościami życia publicznego, ze sztabem generalnym, i wszyscy zginęli, to na pewno nie jest to zwyczajna katastrofa. W Piśmie Świętym, w Nowym Testamencie, jest taka modlitwa Chrystusa, który dziękuje Ojcu, że objawił Prawdę prostaczkom, a nie ludziom wykształconym. Gdyby uczniami Chrystusa nie byli prości rybacy znad Jeziora Genezaret, tylko uczeni w piśmie i faryzeusze, to nauka Chrystusa być może nigdy nie przedostałaby się do świata. To nie wykształcenie i wiedza decydują, kim naprawdę jesteśmy.

Czy wiesz, że dziś Antoni to jedno z najczęściej nadawanych imion?
Przed wojną było to imię kojarzące się z łobuzami ze Starego Miasta. Nazywano ich „Antkami”. A ja otrzymałem to imię z wdzięczności za pomoc św. Antoniego Padewskiego. Kiedy wybuchła II wojna światowa, moja matka była w zaawansowanej ciąży. Ojciec, który nie był zmobilizowany do wojska w sierpniu, wyruszył na wezwanie władz w kierunku Lublina, gdzie miała powstać II Armia Wojska Polskiego. 17 września dotarła do Warszawy informacja, że granicę od Wschodu przekroczyli Sowieci. Nikt wtedy nie miał wątpliwości, co się stanie z Polakami, którzy wpadną w ich ręce. Moja matka, wtedy młoda kobieta, pobiegła na ulicę Senatorską do kościoła ufundowanego z okazji odzyskania przez Polskę Smoleńska. Ponieważ zdarzyło się to 13 czerwca, patronem kościoła został św. Antoni. Moja matka złożyła przysięgę, że jeżeli jej mąż wróci szczęśliwie do domu, to dziecko, które się narodzi, będzie miało na imię Antoni albo Antonina. I ojciec wrócił. Nikt wtedy w Polsce nie miał wątpliwości, czym grozi wejście zaborców ze Wschodu. To było dziewiętnaście lat od Bitwy Warszawskiej. A teraz, po strasznych czasach PRL-u, jakby ktoś odłączył Polakom dostęp do pamięci o tym, czym naprawdę jest Rosja.

Kiedy ostatnio byłeś w Rosji?
Byłem tam kilka razy. Mam wrażenie, że Rosjanie, mimo cywilizacyjnych zmian, mentalnie pozostali Sowietami. Doświadczyłem tego na własnej skórze podczas kręcenia zdjęć, już w kapitalistycznej Moskwie, do filmu na podstawie książki Wiktora Suworowa „Akwarium”. Chcieliśmy zrobić zdjęcia z hotelu Ukraina, żeby pokazać panoramę miasta z charakterystycznymi „pałacami kultury”. Wjechaliśmy windą na szczyt hotelu. Dopiero wtedy dotarło do naszej świadomości, że hotel Ukraina nie jest już hotelem państwowym, lecz własnością prywatną. Zaczęła nas ścigać ochrona hotelu. Ponieważ Suworow nadal miał w Rosji wyrok śmierci i był uważany za jednego z najgorszych wrogów, staraliśmy się umknąć pogoni. Szczęśliwie był z nami oficer specnazu, który kazał nam uciekać schodami, bo windy były już obstawione. Na jednym z pięter otworzono do nas ogień – na szczęście strzelano z krótkiej broni…

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska

Udostępnij


Wczytuję komentarze...

"Wprost" atakuje Macierewicza. Podobne "rewelacje" już przed laty obaliła "Gazeta Polska"

/ Filip Błażejowski/Gazeta Polska

  

W sieci pokazano okładkę najnowszego numeru "Wprost" - wynika z niej, że dziennikarze tego tygodnika atakują byłego szefa MON Antoniego Macierewicza wykorzystując do tego rzekomo nieznane dokumenty z 1968 roku. Już kiedyś zrobił to samo Andrzej Friszke - jego tezy obaliła "Gazeta Polska".

Tytuł na okładce "Wprost" nie pozostawia wątpliwości, czego będzie dotyczył atak na ministra Macierewicza. Pada też stwierdzenie "obciążał kolegów" i "nieznane dokumenty ze śledztwa 1968 r.".

Tymczasem już osiem lat temu Dorota Kania na łamach "Gazety Polskiej" zdemaskowała podobne "rewelacje" wysnuwane przez Andrzeja Friszke.

Przypominamy tamten tekst.


 

Historyk Andrzej Friszke w swojej najnowszej książce pomówił Antoniego Macierewicza, że w marcu 1968 r. obciążył on w śledztwie swoich kolegów, w tym Wojciecha Onyszkiewicza. W rzeczywistości sytuacja taka nie miała miejsca, o czym Onyszkiewicz napisał w swoim oświadczeniu. PAP, która je dostała, odmówiła jego publikacji.

Książka Andrzeja Fiszke pt. Anatomia buntu ukazała się nakładem wydawnictwa „Znak” i dotyczy wydarzeń marcowych 1968 roku. Jej uroczystą promocję zapowiedziano na 18 marca.

Na stronie 728 Friszke pisze:

(…) Doniesienia na niego (Macierewicza-red.) złożyła 25 marca blisko z nim zaprzyjaźniona kp. (kontakt poufny) „Ewa”. Donos był swego rodzaju dziennikiem zdarzeń, rozpoczętym 6 marca.  Przewijało się w nim również nazwisko Wojciecha Onyszkiewicza, przyjaciela Macierewicza. Na tej podstawie wystawiony został wniosek o przeprowadzenie rewizji domowej. Na tej podstawie wystawiony został wniosek o przeprowadzenie o przeprowadzenie rewizji domowej i zatrzymanie Macierewicza i Onyszkiewicza.
O pierwszym pisano, że „jest bliskim kontaktem A. Michnika. Wyznaje poglądy głoszone przez Kołakowskiego, Modzelewskiego i Kuronia (…) W czasie strajku okupacyjnego na UW kierował masowym przepisywaniem rezolucji. Jest też organizatorem nowej grupy studenckiej”.

Aresztowany 30 marca Macierewicz nie brał udziału w przygotowaniach do wiecu 8 marca, a charakterystyka opisująca go jako zwolennika Michnika, Modzelewskiego i Kuronia była przesadzona.

W złożonych w połowie kwietnia zeznaniach Macierewicz obszernie omówił sytuację na Wydziale Historycznym UW w okresie marcowych wystąpień studenckich. Wymienił zatem osoby nalężące w marcu do „aktywu” na wydziale, wspominał o swoich rozmowach z doc. Samsonowiczem, który „solidaryzował się z postulatami wysuniętymi przez studentów na zebraniu aktywu wydziału historii z Rada Wydziału historii (w dniu 27 marca). Przyznał, że prowadził kronikę wydarzeń na wydziale, którą przepisywał na maszynie, ale tylko w jednym egzemplarzu. Przyznał się do autorstwa ulotki treści „Kraków strajkuje od tygodnia, Politechnika zaczęła dzisiaj… a my?”. Zeznając 1 maja, opowiedział, jak 20 marca wpadł na pomysł wydania tej ulotki i że podzielił się swoim pomysłem z Onyszkiewiczem, który obiecał mu pomóc w kolportażu. Opowiedział szczegółowo, jak sam tę ulotkę przepisywał na maszynie. Onyszkiewicz ciął kartki, po czym obaj je rozkolportowali. Na wiecu 21 marca postanowiono proklamować strajk na Uniwersytecie. Dodał jeszcze, że w połowie marca Onyszkiewicz przyniósł do niego kilkaset ulotek pt. „Robotnicy”. Zeznania Macierewicza obciążały jego samego, ale tez Onyszkiewicza, który nie przyznał się do rozkolportowania ulotek (twierdził, ze je zniszczył). Były też kolejnym elementem obciążającym w oczach SB doc. Samsonowicza. Ostatecznie, w wyniku decyzji odstąpienia od wytaczania procesu działaczom komitetów studenckich obydwaj zostali zwolnieni Macierewicz 3 sierpnia). Opisane tu różne techniki obrony muszą być (i były przez kolegów) oceniane rozmaicie. (…)

Andrzej Friszke dopuścił się manipulacji: nie napisał, ze Wojciech Onyszkiewicz nie był aresztowany, lecz zatrzymany na 48 godzin i zwolniony, nie przytoczył także zeznań Onyszkiewicza.

Wojciech Onyszkiewicz po ukazaniu się książki zdementował „rewelacje” Friszkego w specjalnym oświadczeniu”

„Wojciech Onyszkiewicz, członek b. KSS „KOR, działacz społeczny.

W ostatnich dniach nakładem wydawnictwa „Znak” ukazała się książka Andrzeja Friszke pt. „Anatomia buntu”.
W książce tej w części dotyczącej śledztwa prowadzonego przeciw uczestnikom wydarzeń z marca 1968 przypisano Antoniemu Macierewiczowi zachowania, które nie miały miejsca. Chodzi o fragment stwierdzający, że swoimi zeznaniami obciążył mnie. Przebieg wydarzeń był odwrotny od opisanego w książce.

Najpierw ja potwierdziłem swoimi zeznaniami fakty, które – jak sądziłem – znane były SB, obciążając siebie i Antoniego Macierewicza. Dopiero pod wpływem moich zeznań Antoni Macierewicz po ponad miesiącu przestał zaprzeczać stawianym oskarżeniom. Nie jest więc prawdą, iż jego zeznania mnie obciążyły. To moje zeznania mogły przyczynić się w konsekwencji do wielomiesięcznego aresztu Antoniego Macierewicza.

Prof. Friszke nigdy nie zwrócił się do mnie w celu wyjaśnienia ówczesnych wydarzeń czy choćby skomentowania dokumentacji przechowywanej na ten temat w IPN.”

Powyższe oświadczenie zostało przesłane do Polskiej Agencji Prasowej, jednak do tej pory nie zostało ono opublikowane. Jak stwierdził pracownik PAP, „może być ono opublikowane, gdy zacznie się jakiś proces, a na razie nie ma takiej potrzeby”.

Źródło: niezalezna.pl

Udostępnij

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl