Bosy prezydent patrzy na Moskwę

Yoweri Museweni przyjmuje mnie boso. To nie rasistowski żart. To fakt. Rządzący od 30 lat władca Ugandy, tego 32-milionowego państwa, przyjmuje mnie w pawilonie bez szyb i drzwi (sorry, taki mamy klimat). Wokół pawilonu swobodnie spacerują ptaki. Jeden z nich wsadza łeb do środka, jakby chciał podsłuchać, o czym mówimy.

Te ptaki przypominają mi pieska na dworze cesarza Etiopii Hajle Sellasje. Opisywany przez Kapuścińskiego piesek wszedł raczej do historii polskiej literatury niż reportażu. Nie wiadomo, czy istniał realnie. Ale ptaszki Museweni są rzeczywistością. Nikt ich nie przegania. Inaczej się dzieje w stosunku do opozycyjnych demonstrantów. Tych policja przepędza na ulicach stolicy gazem łzawiącym i granatami hukowymi. Może ugandyjski prezydent bardziej lubi zwierzęta niż ludzi?

Prezydent: „Nie jestem politykiem”...

Aby dostać się do prezydenckiej rezydencji, trzeba pokonać cały labirynt fortyfikacji, minąć kilka posterunków policji, dwa transportery opancerzone z żołnierzami, przejść kontrole, pokazać paszport oraz oddać telefony komórkowe i IPady. Władca przyjmuje rozparty na czymś w rodzaju niskiego tronu. Koło fotela zzute, niepotrzebne w czasie półtoragodzinnej audiencji sandały. Na stole nie ma żadnych dokumentów, papierów, książek, ale na taborecie po lewej stronie dostrzegam porzuconą rakietę tenisową. Yoweri Museweni siedzi w białej, głęboko rozpiętej koszuli. Ma 72 lata, ale skutecznie rządzi od trzech dekad. Jest jednym z najdłużej utrzymujących się przy władzy prezydentów na Czarnym Lądzie.

Na początek rzuca: „Nie jestem politykiem”, i obserwuje, jaka będzie reakcja. Trzydzieści lat rządzi narodem niewiele mniejszym niż polski, więzi liderów opozycji, zmonopolizował media, ale politykiem, Boże broń, nie jest! Coś mi to przypomina. Jak to było? „Z daleka od polityki”? I dalej: „Budujmy drogi, budujmy stadiony”. Yoweri Kaguta Museweni wciela to w życie. Także w kontekście religii w państwie wielu wyznań. Oto mówi: „Czy słyszeliście o katolickim prądzie, muzułmańskiej drodze czy anglikańskim wodociągu? Nie. To wszystko jest nasze, wspólne”. Sprytne? Sprytne.

72-letni władca absolutny ma chyba kłopoty z oczami i w czasie naszego spotkania co chwilę sięga po chusteczkę i ociera łzy. Chyba go tak nie wzruszam ani nie rozbawiam... Podkreśla wiele razy pojęcie „gospodarstwa tradycyjne” w kontraście do „firm prywatnych”. Z siedem razy odwołuje się do... Adama Smitha („Znacie go? To przecież Europejczyk”...). Krytycznie, a jednak. Nagle szeroko ziewa. Nie zakrywa ust dłonią, ale przecież nie ma komarów, to nie lotnisko w Entebbe, nic nie wpadnie. Gdy pytam o największe trudności, najistotniejszy problem w ciągu tych trzydziestu lat jego władzy, odpowiada komunałami, „na okrągło”. Chciałby, „żeby każdy Ugandyjczyk...” itp., itd. Sztuczna gadka dyktatora. Nuda. I tylko raz w ciągu blisko 90 minut ten były partyzant, zwycięzca w boju z dyktatorem Idi Aminem, pokazuje ludzką twarz. To moment, kiedy mówi o zmarłym przed dwoma laty ojcu. Zakładam, że ten cynik nie jest aż tak cyniczny, żeby grać nawet i własnym rodzicielem.

Biali niosą lektykę

Gdy w latach 70. dyktator Amin terroryzował własnych obywateli i wyrzucał z kraju dosłownie wszystkich cudzoziemców, Museweni był w opozycji, która doprowadziła go do walki zbrojnej z bohaterem Afryki. Tak, krwawy Idi Amin, mordujący ludzi dla kaprysu, nazywany przez cudzoziemców „czarnym Hitlerem” stał się herosem całego kontynentu wyzwalającego się z kolonialnych zależności dzięki jednej fotografii. Przedstawiała gestykulującego Amina w lektyce niesionej przez... białych! Ta fotka była niczym święty obrazek dla wszystkich, którzy chcieli zniszczyć jakikolwiek ślad białego człowieka od Algierii aż po trzymaną pod kontrolą przez potomków Europejczyków Południową Afrykę. Upokorzony biały kolonizator!

Aminowi wybaczano wszelkie zbrodnie, bo stał się symbolem kolejnej: apartheidu, ale skierowanego tym razem już wobec białych „okupantów”. Idi Amin był jednak zbyt okrutny, nawet jak na afrykańskie standardy. Obecny dyktator Ugandy był jednym z tych wojskowych, którzy wypowiedzieli otwartą wojnę byłemu dyktatorowi. Po jego obaleniu w 1979 r. 35-letni Museweni wytoczył wojnę kolejną: z Miltonem Obote, który stał się następcą Amina. Ją też wygrał – w 1985 r. – a po roku zastąpił na stanowisku głowy państwa Tito Okello. Gdy uroczyście obejmował urząd prezydenta Ugandy, powiedział, że problemem jego kraju jest fakt, iż szefowie państwa rządzą zbyt długo.

Dziś te słowa są mu często wypominane. Jest hipokrytą, owszem, ale cwanym: przed wyborami spotkał się z każdą wspólnotą religijną. Katolicy zapamiętają, że po królewsku przyjął papieża Franciszka i wspólnie z nim zasadził dwa drzewka na terenie przypominającym o męczeństwie pierwszych trzech Ugandyjczyków pod koniec XIX w. Muzułmanie, że tuż przed wyborami wręczył im akt darowizny ziemi, o którą ubiegali się bez skutku od 10 lat. Wreszcie anglikanie muszą pamiętać, że prezydent jest jednym z nich. Dla każdego coś miłego. Spryciarz z Ntungamo (tam się urodził).

Doktor do paki

Scenariusz powtarza się co cztery lata. Gdy nadchodzi kampania, ugandyjski prezydent zamyka swojego najgroźniejszego konkurenta. Doktor Bisyenge, o trzynaście lat młodszy od swojego dawnego współtowarzysza walki i jego dawny lekarz(!), startował właśnie czwarty raz, czwarty raz przegrał i czwarty raz włóczono go po więzieniach. Przed czterema laty oskarżono go o... gwałt. Wyszedł już po wyborach. Zarzut okazał się nieprawdziwy. Osiem lat temu też miał kryminalne zarzuty i też go w końcu wypuszczono. Zawsze dostaje po trzydzieści parę procent – więcej nie dadzą mu zjednoczone siły policji, wojska, mediów, ochotniczych bojówek ubranych na żółto (kolor prezydenckiej partii: Narodowego Ruchu Oporu) oraz wyborczych fałszerzy. Właśnie ktoś opowiada mi, że widział, jak do jednego z lokali wyborczych w stolicy, Kampali, przywieziono karty do głosowania już w połowie wypełnione. Oczywiście na prezydenta.

To chichot historii, ale jeszcze dwadzieścia lat temu to właśnie Museweni był pieszczochem Zachodu. Oto człowiek pokoju, stabilizacji i rozwoju gospodarczego, otwarty na obcych inwestorów zastąpił krwawego Amina i jego pogrążających w chaosie kraj następców. Cóż, przeminęło z subsaharyjskim wiatrem. Yoweri Kaguta goni Roberta Mugabe, gdy chodzi o długość rządzenia. W tym zapewne celu cztery lata temu zawierzył – w obecności telewizyjnych kamer – Ugandę Panu Bogu, a teraz, przed trzema miesiącami, ogrzał się w blasku katolickiego papieża – a jakże, przy jupiterach TV. Stolica i duże miasta mają go dość, ale na wsiach, gdzie policjant czy urzędnik są niemal jak Pan Bóg, i łatwo mogą zastraszyć ludzi, urzędujący prezydent może liczyć na 90 proc. poparcia.

Cóż, moja chata z kraja, niech Ugandyjczycy robią porządki w swoim domu lub ich nie robią, ale zaniepokoił mnie władca z Kampali, gdyż przed dwoma laty wystawił laurkę Moskwie: „Chce pracować z Rosją, bo nie mieszają się oni swoimi własnymi posunięciami do polityki innych krajów”.  

Wybory w... miskach

Flagi są wszędzie, miski też. To nie pomyłka. W każdym punkcie wyborczym, bo nie można tu mówić o lokalu, jest kilka misek. To właśnie w nich obywatele Ugandy skreślają krzyżyki na listach wyborczych, głosując na prezydenta bądź wybierając przedstawicieli parlamentu. Mieszkańcy kucają lub zginają się w pałąk, byle dostrzec odpowiednie nazwisko. Dziwne to. A potem tradycyjne w Afryce i krajach arabskich maczanie palca w tuszu – aby uniemożliwić powtórne głosowanie.

Policja nie stoi przed punktami wyborczymi, jak w większości krajów, ale wewnątrz nich. Widziałem policjantkę, która rewidowała wszystkich, chcących głosować, którzy stali w blisko stuosobowej kolejce. Gigantyczne kolejki od samego rana. Ale takie same widziałem niedawno podczas wyborów w Burkina Faso i w wielu krajach afrykańskich. Jest jedna różnica. W innych krajach setki osób cierpliwie czekają na otwarcie komisji wyborczej w godzinach rannych. A tu monstrualne kolejki widziałem również po południu, także wtedy, gdy dawno głosowanie powinno się już skończyć. Bywało, że niektóre punkty wyborcze otrzymywały karty do głosowania dopiero po południu, niedługo przed oficjalnym zakończeniem wyborów. Tak się składa, że takie sytuacje zdarzały się wyłącznie w Kampali lub w miastach, w których opozycja miała zdecydowaną przewagę. Absencja tam była na rękę obozowi władzy.  

Dobę po zakończeniu wyborów, gdy okazało się, że w kilku miejscach trzeba jeszcze oddać głosy, bo na przykład wściekli wyborcy zniszczyli urny, gdyż dowieziono wyłącznie listy do głosowania do parlamentu, na ulicach Kampali widzę żołnierzy z bronią automatyczną gotową do strzału. Demonstracja siły wobec tych, którzy chcieliby szukać sprawiedliwości na ulicy. Rzeczywiście, doszło do zamieszek, a lider opozycji został zatrzymany i osadzony w areszcie domowym. Policja budzi tu grozę, ale widziałem też policjanta w kaloszach, choć przecież o porze deszczowej nie ma mowy. Młode policjantki patrzą na mnie badawczo; nie wiem czy widzą we mnie potencjalnego przestępcę, czy białego, czy po prostu mężczyznę. I już się tego nie dowiem.

Wyboista droga do demokracji

Karta identyfikacyjna: „Uganda 2016. General Election Observer. Czarnecki Ryszard. European Parlament. Poland”. Miejscowi reagują dobrze lub bardzo dobrze. Są przyjacielscy, często sami pierwsi się odzywają, zapraszają, żeby przyjechać ponownie, ale już na wakacje. Bosco Okello mieszka sześć godzin drogi samochodem od Kampali, jest bezrobotny, ale teraz pomaga unijnemu teamowi. Dopytuje, czy pogoda jest dobra. Co ma odpowiedzieć przybysz z zimnej Polski? A jak jedzenie? Bosco, boskie może nie jest, ale nie dla uczty kulinarnej tu przyjechałem.

Ekstremalnie wyboista droga do lokalu wyborczego, a od niego do szosy. Samochód terenowy, a rzuca nami jeszcze gorzej niż kiedyś w Angoli czy wcześniej w Mauretanii. W punkcie wyborczym, godzinę i kwadrans po teoretycznym rozpoczęciu głosowania tłum około dwustu osób czeka coraz mniej cierpliwie. Dostajemy oklaski na wjazd i jesteśmy adresatem skarg na rząd Ugandy za źle zorganizowane wybory. Skąd ja to znam? Tyle że żadna Unia – ani Afrykańska ani Europejska – nic nie zrobi za samych Ugandyjczyków.

Sporo ludzi, zwłaszcza kobiet z krzyżykami na wierzchu t-shirtów. W kolejkach wyborczych stoją zgodnie z muzułmańskimi kobietami w chustach. Pytam miejscowego księdza o stosunki obu wyznań. Odpowiada, że wyznawcy islamu są nastawieni pokojowo, bo są znaczącą mniejszością (co ósmy Ugandyjczyk to wyznawca Allaha). Gdyby stali się większością – idylla by się skończyła. A mnie się przypomina rozmowa sprzed paru miesięcy z katolickimi kapłanami w nie tak odległej Burkina Faso. Mówili, że ze strony muzułmanów jeszcze wrogości nie ma i że to kraj bez zamachów terrorystycznych. Po paru tygodniach doszło do pierwszego aktu terroryzmu – na hotel z zagranicznymi turystami.

Droga z Kampali do Jinja, piątego co do wielkości miasta Ugandy, wiedzie przez duże miasteczko Mukono, potem Mbalale, Nwamanyo, Lugazi, Najembe, wreszcie Lugalambo i Nyeru. Po drodze przejeżdżamy przez Nil, jakże inny niż ten widziany przeze mnie w Kairze przed 11 dniami. Po prawej ciągnie się wielkie (prawie 69 tys. km kw.) Jezioro Wiktorii, łączące Ugandę z Tanzanią i Kenią. Największe w kraju. Gdybym nie zatrzymał się w Jinja i jechał dalej na wschód, dotarłbym do zachodniej Kenii. Byłoby ciekawie, bo byłem tylko w Nairobi. Nie ma co marzyć, trzeba pilnować wyborów, a na razie nie wjechać w motocykle, które zwinnie przemykają między autami. To powszechny tu środek transportu, wykorzystywany przeważnie nie przez jedną czy dwie, ale przez trzy osoby. Często jest to małżeństwo z dzieckiem, ale równie często trzech mężczyzn.

Ugandy obraz własny

W Jinja wybory odbywają się między innymi w miejscowej bibliotece. Wokół niej truchta nie niepokojone przez nikogo stadko kózek. Słońce dopieka. Ludzie cierpliwie czekają na oddanie głosu. Festiwal koszulek, w wielkiej mierze piłkarskich. Nie wiem, czy to specyfika Ugandy, czy też coś zmieniło się w Afryce, ale jeszcze parę lat temu młodzi chłopcy nosili przede wszystkim t-shirty z nazwami europejskich klubów piłkarskich (przeważnie podróby). Teraz najwięcej jest już koszulek narodowej reprezentacji piłkarskiej Ugandy, potem dopiero Chelsea, Puma, Fly Emirates (sponsor Arsenalu, PSG i Realu), a nawet reprezentacja Hondurasu i, czar wspomnień, „Shevchenko”. Polonika: „Polish Day” oraz parolatek hen, spod buszu, w miniaturowej koszulce reprezentacji Polski z białym orzełkiem na czerwonym tle.

Mężczyźni często chodzą tu, trzymając się za ręce, ale nic to nie oznacza. To zwyczaj, a nie wyraz orientacji seksualnej. Patrzę na moje jeszcze niedawno czarne buty – są już czerwone od wszechobecnego pyłu. Gdy po całym dniu wędrówki wezmę wieczorem długą kąpiel, to nawet po niej na białym ręczniku widać będzie czerwone smugi. Na razie jednak to nie koniec pracy: rozmowa z młodym człowiekiem opowiadającym, jak ludzie prezydenta przekupują – dosłownie, a nie wyborczymi obietnicami – wyborców. „O wszystkim decydują pieniądze” – mówi rozgoryczony. Nie on jeden.

Cóż, jakoś łatwiej mi wybaczać dyktatorom, którzy przeciwstawiają się Kremlowi lub przynajmniej usiłują ocalić swoją niezależność od Moskwy niż tym, którzy nieprzymuszeni przecież geopolityką płyną rosyjską rzeką, choć kiedyś byli ulubieńcami Zachodu. Dlatego tak nie znoszę hipokryty („nie jestem politykiem!”) Yoweri Kaguta Museweniego.
                                                                                                                                                                                                           Ciąg dalszy nastąpi

Udostępnij

Wczytuję komentarze...
Najnowsze opinie

Jak wyjść z kryzysu

Bohater Kaczyński

Rząd pomaga realnie

Tureckie standardy we Francji

Wycinanka z racji stanu

Jak wyjść z kryzysu

Rząd może znacznie ograniczyć obecny kryzys polityczny. Nie musi przy tym wcale rezygnować ze swojego programu. Wystarczy, że zamieni młot pneumatyczny na bardziej wyszukane narzędzia.

Od około półtora roku funkcjonujemy w otoczeniu permanentnego kryzysu politycznego. Oczywiście, gdy do władzy dochodzi środowisko zamierzające rozbić istniejące hierarchie w większości obszarów życia społecznego, musi się liczyć z ogromnym oporem materii. Na zmianie porządku społecznego zawsze tracą jakieś grupy, więc trudno, żeby były z tego faktu zadowolone. Jednak finalnie odium napięć społecznych zawsze spada na ekipę rządzącą. To rządzący odpowiadają za sytuację w kraju i to oni są rozliczani przy urnach przez wyborców. Mają też zdecydowanie więcej narzędzi prowadzenia swojej polityki niż opozycja, tak więc oczekiwania wobec nich powinny być znacznie większe. Niestety tych narzędzi obecna ekipa rządząca w pełni nie wykorzystuje.


Trzy kryzysy


Kryzys polityczny, który wybuchł w reakcji na wprowadzane przez PiS zmiany, można podzielić z grubsza na trzy główne formy. Po pierwsze, przejawia się w napięciach społecznych, najbardziej widocznych na ulicy w postaci demonstracji. Które jak na niechętnych demonstrowaniu Polaków na pewno nie były małe – mowa tu szczególnie o demonstracjach przeciw reformie sądów. Po drugie, przejawia się jako kryzys relacji z instytucjami UE – czego efektem postępowania przeciw Polsce w sprawie praworządności (Trybunał Konstytucyjny, reforma sądownictwa), Puszczy Białowieskiej oraz uchodźców. Po trzecie, ma formę ciągłego kryzysu parlamentarnego – sejmowych awantur, wściekłych słów rzucanych przez wszystkie strony z mównicy oraz obstrukcji parlamentarnej, czego efektem było nawet przeniesienie obrad do innej sali.
Rządzący nie mogą ignorować wyżej zarysowanego kryzysu, kwitując go twierdzeniem, że to „krzyk odrywanych od koryta”. Odpowiedzialna za wewnętrzną i zewnętrzną sytuację w kraju władza powinna tak prowadzić swoje działania, by zminimalizować niepokoje. Pełzający kryzys parlamentarny jest nie do uniknięcia. Po pierwsze, jest na rękę opozycji, po drugie, jego zakończenie wymagałoby większej współpracy z partiami opozycyjnymi, a te są zupełnie beznadziejne. Poza głośno wyrażanym sprzeciwem wobec zmian nie są w stanie wyartykułować żadnych własnych rozwiązań, więc trudno tu znaleźć pole do rozmowy. Jednak kryzysy społeczny i unijny zdecydowanie można jeśli nie zredukować do zera, to przynajmniej znacznie ograniczyć.


Znaleźć sojuszników


Środowiska bliskie PiS-owi często żalą się na strategię opozycji określaną jako „ulica i zagranica”. Opiera się ona na wykorzystaniu swoich kontaktów w społeczeństwie obywatelskim i wśród polityków zagranicznych do wsparcia własnych postulatów. Pytanie tylko, dlaczego ta strategia musi być zarezerwowana tylko dla opozycji? Wygląda to tak, jakby rządzący w ogóle nie brali pod uwagę możliwości znalezienia własnych stronników wśród organizacji społecznych czy unijnych urzędników. Społeczeństwo obywatelskie w strategii obecnej władzy niemal nie istnieje – zrezygnowała ona z konsultacji społecznych przy kluczowych ustawach, nie stara się przekonać do swoich argumentów organizacji pozarządowych, by ją wsparły, tak jak wiele z nich wspiera postulaty opozycji. NGO-sy w narracji PiS-u występują prawie wyłącznie jako finansowane z zagranicy czarne charaktery. Tymczasem wiele z nich mogłoby wesprzeć poszczególne reformy, gdyby tylko zostały potraktowane poważnie i podmiotowo – tzn. gdyby miały jakiś wpływ na kształt tych reform. Mowa tu chociażby o Klubie Jagiellońskim, Fundacji Republikańskiej i wielu innych.


Także wśród brukselskich urzędników PiS może znaleźć sojuszników. Nie jest prawdą, że wszyscy oni są reprezentantami paneuropejskiego liberalizmu. Wielu polskich urzędników KE niższego szczebla wspiera postulaty zwiększenia suwerenności gospodarczej naszego kraju i robiło sobie duże nadzieje po zwycięstwie wyborczym PiS-u. Każdy kraj UE ma swojego komisarza i innych urzędników wyższego szczebla, więc mają je także kraje, z którymi Polsce po drodze w wielu sprawach. Tych naturalnych sojuszników powinien wykorzystać rząd i lobbować swoje interesy i postulaty na forum unijnych instytucji, by z Komisji w naszą stronę nie dobiegała wyłącznie krytyka.


Więcej dyplomacji


Polski rząd w kontaktach z Brukselą i partnerami w UE używa zaskakująco twardego języka. Zupełnie niepotrzebnie – nie tylko nie przybliża go to, ale wręcz mu przeszkadza w osiąganiu celów. W niedalekiej historii znajdujemy wypadki bardzo ostrej retoryki. Najlepszym przykładem jest Grecja, która notorycznie próbowała straszyć grexitem, a rzekomą pomoc UE wprost porównywała do okupacji, agresji i innych złowrogich działań. Generalnie miała rację, tylko że nic jej ta ostra retoryka nie dała – została spektakularnie upokorzona. Są za to kraje w UE, które modelowo wręcz dbają o swoje interesy – to przede wszystkim północna Europa (Skandynawia, Beneluks), Niemcy i w dużej mierze Francja. Wszystkie one uwielbiają przy tym opowiadać o europejskich wartościach, solidarności itd., choć mało kto tak skutecznie walczy o swoje jak one. Nie chodzi o to, żeby od razu powielać europejską nowomowę – wystarczy sprawiać bardziej pojednawcze wrażenie, mówić, że nam zależy itd. Austria nie przyjęła żadnego uchodźcy, jednak wobec niej nie jest prowadzone postępowanie – wystarczyło, że... zapewniła, iż przyjmie. Uchodzenie za eurosceptyka w UE po prostu się nie opłaca – lepiej kiwać głową ze zrozumieniem i robić swoje bez zbędnego trąbienia o tym.


Elementem dyplomacji jest też rozważne wybieranie spraw do załatwienia. Otwieranie wszystkich frontów naraz jest samobójcze. Skoro rząd uważa za fundamentalne kwestie wymiaru sprawiedliwości oraz uchodźców, to kompletnie niezrozumiałe jest pójście na czołowe zderzenie z UE w sprawie Puszczy Białowieskiej. Z całym szacunkiem dla puszczy, ale to sprawa dla naszego kraju trzeciorzędna. Mając w perspektywie ważniejsze bitwy, ociąganie się z wykonaniem zabezpieczenia (wstrzymanie działań w Puszczy), które wydał TSUE, jest taktycznie błędne. Błędem jest również otwieranie sprawy reparacji wojennych w tym momencie. Do tak ważnej i delikatnej sprawy należy oczyścić sobie przedpole. Zajęcie się tą sprawą w tak niespokojnym okresie może spalić na lata temat reparacji, któremu przyklei się łatkę „polskiego szaleństwa” i będzie się tym okładać każdego, kto będzie chciał go podjąć. A przecież chyba nie chodzi o to, żebyśmy o reparacjach mówili, tylko żebyśmy je dostali.


Program na lata


Rząd za wszelką cenę chce wprowadzić wszystkie najważniejsze zmiany jak najszybciej. Czego efektem wprowadzana w ekspresowym tempie i zawetowana ustawa o Sądzie Najwyższym. W tak szaleńczym tempie łatwo o zamknięcie się na krytyczne głosy z wewnątrz środowiska, których chociażby przy reformie sądownictwa nie brakowało. Czy to ze strony koalicjantów PiS-u (Polska Razem Gowina), czy ze strony prawicowych pism i środowisk. Tymczasem aż taka szybkość nie jest potrzebna. By wprowadzane reformy się utrwaliły na lata i nie zostały odkręcone przy pierwszej możliwej okazji, PiS musi rządzić i tak co najmniej dwie kadencje. Niektóre zmiany, szczególnie te personalne, można więc spokojnie rozłożyć na osiem, a nie cztery lata. Już teraz wszyscy prezesi SN, poza pierwszą prezes M. Gersdorf, zostali powołani przez prezydenta Dudę. Nie ma potrzeby więc odwoływania składów reformowanych instytucji – można je wymieniać stopniowo, zgodnie z kadencją. Efekt będzie ten sam, ale bez skutków ubocznych w postaci napięć społecznych.


Władza nie może bagatelizować społecznego i unijnego aspektu obecnego kryzysu politycznego (na parlamentarny może machnąć ręką). Choćby z tego banalnego powodu, że mogą one bardzo utrudnić reelekcję – PiS już się przekonało w 2007 r., iż wyborca w pewnym momencie ma już dosyć awantur i może przerzucić swoje głosy. Tymczasem utrata władzy po pierwszej kadencji będzie oznaczała, że większość wprowadzanych obecnie reform zostanie cofnięta. I rozbudzone w 2015 r. nadzieje prysną.

Udostępnij

Tagi

Bohater Kaczyński

12 sierpnia 2008 r. do Tbilisi przyjechał Lech Kaczyński. Prezydent Polski. Wypowiedział wtedy słowa, które przejdą do historii, słowa, które okazały się tak boleśnie prawdziwe.

„Wiemy świetnie, że dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze państwa bałtyckie, a później może i czas na mój kraj, na Polskę! Byliśmy głęboko przekonani, że przynależność do NATO i Unii zakończy okres rosyjskich apetytów. Okazało się, że nie, że to błąd”. Gdy Kaczyński przyleciał do Gruzji, Rosjanie już zbombardowali Gori i kontrolowali tereny oddalone od Tbilisi zaledwie o 40 km. A mimo to, w tym dniu, do stolicy Gruzji przyleciał nie tylko prezydent Polski, ale i inni przywódcy: Ukrainy, Litwy, Łotwy i Estonii. Przybyli, bo przekonał ich do tego Lech Kaczyński. Nasz prezydent rozumiał, co oznacza odradzająca się machina imperialnej Rosji Putina. I pokazał – co warte zawsze przypomnienia – jak ważne w polityce są nie tylko intrygi, konszachty i cynizm, ale także odwaga i wola, jakże wyrastające ponad ówczesne kunktatorstwo większości decydentów UE. Wtedy, 12 sierpnia, do Tbilisi przyleciał bohater, bez którego zapewne nie udałoby się uratować Gruzji przed pełną inwazją. No jasne, w Polsce nie można było mu tego wybaczyć. Ze zdwojoną więc siłą zaczęła się nagonka na Prezydenta. Albo przemilczano i bagatelizowano to wydarzenie, albo ordynarnie kpiono czy ostrzegano przed politykiem, który chce nas skłócić z jakże miłującym wolność Putinem. A ponurą puentę tego dopisała już sama historia, gdy po 10 kwietnia 2010 r., wypuszczony przez ówczesną władzę Palikot wraz ze swoją bandą zapraszał na „Kaczkę po smoleńsku i krwawą Mary”, a zgromadzony przez niego tłum, ku zachwytowi ówczesnych autorytetów „GW”, wył: „jeszcze jeden”, „zimny Lech”. Tyle, że te erupcje podłości i paranoi prędzej czy później zostaną zapomniane. A bohaterstwo Lecha Kaczyńskiego – nie.

Udostępnij

Tagi

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl