Tak o Powstaniu Warszawskim nikt by nie napisał! Mało znany tekst Józefa Mackiewicza

Jarekt; en.wikipedia.org/wiki/Public_domain

  

Przypominamy tekst Józefa Mackiewicza „Powstanie warszawskie z innej strony”, który został opublikowany w 1947 r. w „Wiadomościach”. Warto go przeczytać choćby z jednego tylko powodu – tak zdroworozsądkowej analizy Powstania Warszawskiego trudno doszukać się u współczesnych historyków i publicystów. Bo Mackiewicz nie ocenia, Mackiewicz właśnie analizuje. I wyciąga wnioski. Jakże trafne!

Nasze publicystyczno-literackie pamiętnikarstwo wojenne ma w sobie coś z opowieści Gogola „Wij”. Krąg zarysowany kredą święconą, poza który sami sobie nie pozwalamy wykroczyć. Stąd deptanie na miejscu w otoczeniu licznych „tabu”, zamykających umowne horyzonty. W takim kręgu obraca się m.in. temat powstania warszawskiego, który wciąż nie schodzi ze szpalt i prawdopodobnie przez długi czas nie zejdzie. Żadne jednak z ujęć tego tematu nie będzie całkowite, dopóki nie będzie wolno mówić o pewnych sprawach. Tymczasem wszechstronna ocena ostatniej bitwy o Warszawę jako o stolicę suwerennej Polski musi wyjść z założenia właśnie tej suwerenności, tzn. uznania, że najeźdźca sowiecki (jeżeli nawet przyjmiemy, że nie był gorszy) był równy najeźdźcy niemieckiemu. Od czasu do czasu wyrwie się to komuś, ale zazwyczaj odskakuje się od tego prostego stwierdzenia w pląsach i ukłonach, a koniec końców, Bogiem a prawdą, nikt nie dał dokładnej definicji: czy Sowiety są naszym wrogiem, czy wrogiem nie są? Są najeźdźcą, czy nie? Odebrały nam niepodległość, czy nie odebrały? Czy „Kraj” to jest „Polska”, czy tylko obca okupacja? Czy panowie Mikołajczyk-Bierut-Osóbka-Cyrankiewicz to quislingi, czy też jakieś pośrednie zjawisko: mieszanina „dobrej woli” z agentem NKWD, według fantastycznej recepty rosyjskiego kawału: „smies popa s wiełosipiedom”?

Sytuację tę zrodził sofizmatyczny termin „sojusznik naszych sojuszników”, nadany Związkowi Sowieckiemu jeszcze w r. 1943. Ta nieszczera i dziwaczna definicja mści się na nas do dziś.

Jeżeli natomiast wyjdziemy z założeń prostych, jasnych, ogólnie zrozumiałych i za „dobrych przedwojennych czasów” powszechnie przyjętych, określających mianem wroga każdego, kto najeżdża naszą ojczyznę, to i na powstanie warszawskie będziemy mogli popatrzeć obydwoma oczami, a nie, jak dotychczas, przymrużając jedno dyskretnie.

Na tej fatalnej sytuacji r. 1944 trudno zrozumieć, dlaczego ogół Polaków potępia akcję, której najoczywistszym celem było restytuowanie suwerennej stolicy z suwerennymi władzami i suwerennym wojskiem, wtedy, gdy rzecz ta była łatwa do zrobienia? Jeden wróg odchodził, drugi nadchodził. Pomiędzy tych dwóch wrogów wstawić niepodległy skrawek, ba, centrum Polski! Co w tym było głupiego albo zbrodniczego? Oczywiście, że nic, gdyby sprawę można było jasno postawić. Złożyło się jednak tak, że jeden z wrogów nie tylko odchodził, ale dogorywał. Natomiast tym drugim, który nadchodził, były Sowiety. A zatem ostrze akcji samo przez się skierowane by być musiało przeciwko nim. „Skandal!” „To by nas kompromitowało w oczach demokracji!”… Umówiono się zatem, żeby powstanie przedstawić w innym świetle, i w ten sposób spaczono jego sens od początku do naszych dni.

A jak położenie wyglądało naprawdę?

Odwrót armii niemieckiej był w pełnym toku. W ostatnich dniach lipca osiągał swój punkt szczytowy, a wraz z nim nieuchronny bałagan. O żadnej mobilizacji mężczyzn pod pretekstem robienia fortyfikacji nie było mowy. Głośniki radiowe nadały surowy rozkaz, aby „wszyscy zdolni od lat 16 itd.” zgłosili się z łopatami na wyznaczonym szeregu punktów zbornych, skąd ludzi zabiorą ciężarówki. Byli przekonani, że nie zjawi się nikt. Tymczasem tu i ówdzie poprzychodziło po kilkadziesiąt osób. Sam widziałem, jak na wyznaczonym m.in. pl. Narutowicza zebrało się ok. 70 (!) ludzi z łopatami, którzy daremnie czekali na przyjazd samochodów. Jednego z takich naiwnych spotkałem jeszcze o 11.30 na ulicy Filtrowej, gdy wracał z łopatą zniechęcony i zawiedziony (obiecano przecie wyżywienie i zapłatę).

W piątek i sobotę okna pobrzękiwały od dalekiej kanonady. Radio Londyn nadało wiadomość, że marszałek Rokossowski przeniósł swą kwaterę w orbitę widoczności Warszawy, i że stamtąd spogląda gołym okiem na stolicę Polski. 30 lipca al. Jerozolimskimi wycofywały się ostatnie tabory niemieckie, a później zaczęły iść czołgi za Wisłę. Na ulicach wisiały nie zrywane obwieszczenia delegatury podziemnej. Żałuję, że nie miałem aparatu, gdyż sfotografowałbym następujący dokument historyczny. Na rogu Brackiej i Widok, wokół obwieszczenia Delegatury Rządu, naklejonego na słupie, zebrał się tłum ludzi. W tłumie tym stało czterech „granatowych” policjantów i dwóch żołnierzy Wehrmachtu. Była 10 rano. Żołnierze ci pytali o drogę, a zwabieni zbiegowiskiem, zainteresowali się, co plakat zawiera, i odeszli następnie obojętnie. O 11 byłem na Pradze. Niemcy palili dworce i składy, jak się normalnie pali przed oddaniem terenu w ręce wroga. Powracając, na moście Kierbedzia zauważyłem, że jakiś spotniały kolejarz krzyknął do samochodu, którym jechali z Pragi (widocznie z frontu) kurzem okryci żołnierze:

- Wie weit?!

Żołnierz, pokazując dwa razy po dziesięć palców, odkrzyknął:

- Zwanzig Kilometer!

31 lipca z jednego tylko Dworca Zachodniego usuwano resztki wagonów. Nie było już ani porządku, ani kontroli. Każdy, kto chciał, mógł siadać i jechać bez żadnej przepustki. W takich warunkach powstanie, które wybuchło dopiero 1 sierpnia po południu, mogło liczyć na zupełny sukces i minimalne straty, co najwyżej w potyczkach z cofającymi się strażami tylnymi. Formalnie, przed świtem, Warszawa wyzwolona by była przez wojska polskie, a wkraczającego nowego najeźdźcę powitałyby suwerenny sztandar, zatknięty w suwerennej, wolnej stolicy. Otóż tego bolszewicy chcieli uniknąć za wszelką cenę. Czy można się było spodziewać takiego ich stanowiska? Do pewnego stopnia tak. Na czym więc polegał błąd w rachunku powstańców, który doprowadził do straszliwej katastrofy Warszawy?

Nie wiem, czy w ogóle można tu mówić o błędzie w rachunku logicznym. Bo jeżeli można było się spodziewać, że takie stanowisko zajmą Sowiety, niepodobieństwem było przewidzieć bezmiar zaślepionej, zaciętej tępoty Hitlera. Nawet po wszystkich doświadczeniach okupacji, nawet po zetknięciu się z tymi szaleństwami maniaka, który zatracił wszelkie poczucie rzeczywistości, nawet po tym całym krwawym tańcu epileptycznej polityki na ziemiach naszych i nie naszych. Jakkolwiek sytuacja Niemiec była już wtedy beznadziejna, to choćby dlatego, że czepiały się one rozpaczliwie każdej pozostałej jeszcze możliwości, powinny się były uchwycić oburącz okoliczności, że na drodze marszu Armii Czerwonej stawała suwerenna Polska, nie uznawana i znienawidzona przez Sowiety. Że powstała możliwość nowych incydentów i powikłań w obozie sojuszniczym. W każdym razie z punktu interesu niemieckiego nic nie przemawiało za utrzymaniem ogniska powstania na tyłach swego frontu, a wszystko za pozostawieniem go oko w oko z Armią Czerwoną. Nawet gdyby z tego zetknięcia nie miało być chleba… Manewr Rokossowskiego był tak przejrzysty co do swego celu, iż nie mogli go nie spostrzec Niemcy. Rzecz była oczywista, nie podlegająca dyskusji.

Znam osobiście ludzi o głośnych i patriotycznych nazwiskach, którzy próbowali pośredniczyć w sprawie pozostawienia przez władze niemieckie zbytecznej broni. Pośrednictwo to zostało odrzucone, zarówno przez stronę niemiecką, jak polską. Z jednej strony emocjonalna zaciekłość przeważała nad interesem politycznym, z drugiej obawa przed cieniem nawet „współpracy” przeważała nad obawą i troską o dobro ojczyzny.

Krew, zalewająca oczy Hitlera, pomieszała mu resztę rozsądku. Wiadomo już dziś, że Warszawa to była jego osobista sprawa, jego „Angelegenheit”. W ten sposób, najmniej oczekiwany i nieprawdopodobny, podobnie jak w r. 1939, odnowił się antypolski pakt sowiecko-niemiecki, nie pisany wprawdzie i nie podpisany, ale niemniej namacalny, a bardziej krwawy. Hitler nazwał zupełnie słusznie powstanie „drugim Katyniem”. Gdyż podobnie jak pierwszy, doszedł do skutku wyłącznie w interesach sowieckich, z tą tylko różnicą, że wykonany nie rękami enkawudzistów, ale Niemców. Był to z ich strony obłęd dosłowny i, doprawdy, trudno jest winić kierowników powstania, że go nie przewidzieli.

Charakterystyczne jest to, że dotychczas nie została poddana poważniejszej analizie raptowna zmiana stanowiska niemieckiego przy końcu powstania. A przecież rzecz rzucała się w oczy. Skreśleni zostali przez cenzurę „die polnischen Banditen”; powstańcom przyznano prawa armii regularnej. Wiadomo również, że wymaszerowujące po kapitulacji oddziały Armii Krajowej witano orkiestrą, i że gen. Bora zaproszono na liczne rozmowy, podczas których wysłuchiwać miał nowych propozycji. Oczywiście zrobiono to wszystko niezgrabnie, za późno i wciąż z tym tępym uporem i brutalną „herrenvolkowością”, która charakteryzowała politykę hitlerowską, a która odzierała wszystkich ich sojuszników z postawy suwerennej godności i spychała do roli posłusznych rabów, w rodzaju bałtyckich i ukraińskich oddziałów SS. Z tego punktu widzenia nie jest ważne, czy gen. Bór podczas tych rozmów pił herbatę, jak chce prasa bolszewicka, czy jej nie pił. Propozycje niemieckie odrzucił kategorycznie – i słusznie: gdyż w tym położeniu nie przedstawiały one żadnej rzeczywistej korzyści dla Polski. Ale ta kardynalna wolta w stanowisku niemieckim potwierdza w całej rozciągłości fakt, że gdy minął atak prywatnego szału Hitlera, odsłonił się zarys innej drogi, po której mniej więcej potoczyć by się winny wypadki, gdyby Hitler podobnym atakom szału nie podlegał i był w stanie kalkulować. Niewątpliwie przebieg powstania wyglądałby wtedy inaczej.

Naturalnie słowo „gdyby” nie jest w rozważaniach nad wypadkami minionymi słowem popularnym. Nie znaczy to jednak, ażeby dla zdobycia popularności wyzbywać się rozsądku. Cała sprawa powstania zwekslowana jest dziś na jednotorową propagandę i przedstawiana w ten sposób, jakby chodziło o to, że garstka bezbronnych szaleńców rzuciła się w niepoczytalnym stanie podniecenia i patriotyzmu na opancerzonego kolosa i za straty, jakie wywołała skutkiem swej lekkomyślności, powinna ponieść odpowiedzialność. Tak wcale nie było.

Powstanie warszawskie spowodowało potworne straty materialne. Straty te są do powetowania. Nie do powetowania są straty w zabytkach, dziełach sztuki, pomnikach itd. Co się tyczy strat w ludziach, wyglądają one inaczej, niż to przedstawia powszechnie przyjęta wersja. Himmler, ażeby odstraszyć Polaków od prób nowej akcji zbrojnej, oświadczył, że liczba ofiar wynosi ćwierć miliona. Dla tych samych celów bolszewicy podtrzymali tę cyfrę. Z naszej strony próbowano ją nawet wyśrubować do – trzystu tysięcy! Jeden z najznakomitszych polskich statystów wojennych, który był w powstaniu (nie mogę wymienić nazwiska ze względu na jego obecny pobyt w kraju), utrzymywał, że straty Armii Krajowej łącznie z ludnością cywilną w żadnym wypadku nie przekraczają pięćdziesięciu tysięcy.

W świetle tego wszystkiego trudno mówić o „błędzie” gen. Bora, który dał do niego hasło. Zastrzeżenie mogłoby budzić raczej jego obecne stanowisko. Gen. Bór przebywał w Ameryce i kilku krajach Europy i wszędzie, gdzie mówił albo udzielał wywiadów podkreślał, jak to Polacy wspomagali Armię Czerwoną w akcji, a jej dowódców podejmowali w Polsce śniadaniami i bankietami. Trudno zaprzeczyć, że w tradycji przywykliśmy do innych zwyczajów, które zresztą utrzymywane są w większości krajów. Nie zwykło się wrogów podejmować śniadaniami, gdy wkraczają, by odebrać terytorium i niepodległość. Toteż wydaje się, że niejeden cudzoziemiec, mniej zorientowany w subtelnościach politycznych labiryntów Polski, może wyrazić zdziwienie w taki np. sposób: „Skoroście im tak pomagali w opanowaniu własnego kraju i podejmowali śniadaniami na powitanie, dlaczego się skarżycie, że u was pozostali?!”.
Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: ngopole.pl,niezalezna.pl


Wczytuję komentarze...

Debata dyskusyjna o ulgach podatkowych dla inwestorów podczas Kongresu 590

/ Filip Błażejowski/Gazeta Polska

  

Formuła Specjalnych Stref Ekonomicznych (SSE) powołanych przed ponad dwiema dekadami nie pasuje do obecnej rzeczywistości gospodarczej.

Na temat wprowadzonej niedawno Polskiej Strefy Inwestycji(dopuszcza przydzielanie ulg podatkowych inwestorom w całym kraju, niezależnie od miejsca ograniczonego dotąd terytorialnie obszarem działania danej SSE) dyskutowano podczas debaty „Polska specjalną strefą ekonomiczną” w trakcie Kongresu 590 w Jasionce k. Rzeszowa.
Dariusz Śliwowski, wiceprezes Agencji Rozwoju Przemysłu S.A. (ARP S.A.)przypomniał, że ARP  od ponad 20 lat zarządza dwiema SSE w Mielcu i Tarnobrzegu (woj. podkarpackie, lubelskie i południowo-wschodnia część mazowieckiego).


– Wydaliśmy w nich łącznie niemal 850 zezwoleń na działalność gospodarczą, w tym ok. 3/4 dla polskich firm. Przełożyło się to na ponad 20 mld zł zobowiązań inwestycyjnych i utworzenie ok. 65 tys. miejsc pracy.

– Nowa ustawa promuje zwłaszcza polskie MŚP – mówił dalej Śliwowski. – To przede wszystkim nasze małe i średnie firmy będą jej beneficjentami. Już w ubiegłym roku, jeszcze w trakcie obowiązywania starej ustawy o SSE ok. 80 proc. zezwoleń na inwestowanie na ich terenie dotyczyło polskich przedsiębiorców. W nowej – pomoc publiczną poprzez zwolnienia podatkowe można otrzymać praktycznie wszędzie – niezależnie gdzie się prowadzi działalność gospodarczą. Obowiązują dodatkowo kryteria ilościowe (odpowiedniej wysokości nakładów inwestycyjnych), ale także jakościowe podejmowanych przedsięwzięć. Preferowane będą inwestycje w sektor hi-tech czy w technologie z największym potencjałem rozwojowym z punktu widzenia państwa. Ustawodawca uważa bowiem, że premiowanie jakościowego charakteru inwestycji jest bardziej korzystne niż premiowanie inwestycji w mniej atrakcyjnych obszarach. Te bowiem obarczone są ryzykiem „wyjścia” inwestora po przekroczeniu daty obowiązującej zgodnie ze starą ustawą o SSE.


Według wiceprezesa ARP za czasów wcześniejszej ustawy inwestor był traktowany jak petent.
– Uzyskanie zezwolenia na działalność było wówczas dobrem rzadkim. W jej obecnej wersji na zarządzających strefami spoczywają dużo większe obowiązki – dodał Śliwowski.

– Nowa ustawa o jednej, specjalnej strefie ekonomicznej w całym kraju, obowiązująca od połowy br., nie przekreśla osiągnięć dotychczas działających Specjalnych Stref Ekonomicznych. Nasza strefa została uznana jako czwarta wśród dziesięciu najlepszych stref ekonomicznych na świecie. A także, jako jedyna – zakwalifikowana z naszego kraju i sklasyfikowana jako najlepsza w Europie dla sektora MŚP – przypomniał Marek Michalik, prezes łódzkiej SSE.


W jego przekonaniu obecna ustawa, która wydłuża czas zwolnień podatkowych inwestorów w dotychczasowych SSE do 2026 r., jednocześnie zrównuje w prawach do podobnych zwolnień firmy publiczne i prywatne, które chciałyby podejmować inwestycje na jej nowych zasadach.

– Tymczasem stara ustawa oznaczała dla przedsiębiorców chcących inwestować w SSE często wielomiesięczne procedury, co prowadziło do rezygnacji przez dużą część z nich do inwestowania. Nowa ustawa została skonstruowana m.in. po to, by wzmocnić firmy MŚP, dopuszcza do inwestowania także najmniejsze mikrofirmy. Z zapisów nowej ustawy powinny skorzystać przede wszystkim firmy polskie – uważa Michalik.


Chodzi o ich odpowiedzialność za przyciąganie do inwestowania nowych przedsiębiorców.
Zdaniem Pawła Tynela z E&Y dotychczasowe SSE nie tylko wydawały decyzje o możliwości inwestowania na ich terenach. – Były także pośrednikiem między administracją, a biznesem. Tynel zgodził się z wiceprezesem Śliwowskim, że w nowych realiach ciężar odpowiedzialności zarządzających strefami jest większy niż do tej pory.

– Powinni pomagać inwestorom w informowaniu, na jakich terenach nowe przedsięwzięcia gospodarcze mogą otrzymać wsparcie, o ile w danym miejscu okaże się to niemożliwe.

Krzysztof Niemiec, wiceprezes spółki Track Tec, dowodził, że musimy lepiej wykorzystywać środki unijne na drodze doganiania światowej czołówki gospodarczej, także dzięki działalności w Polskiej Strefie Inwestycji. – W latach powojennych kraje korzystające z Planu Marshalla otrzymały łącznie 13 mld dol (odpowiadające 89 mld obecnych euro). Pozwoliło to im na ogromny rozwój gospodarczy w kolejnych dekadach. W perspektywie finansowej UE w l. 2014–2020 Polska otrzyma zaś 106 mld euro. Oznacza to więc dla nas nadarzającą się szansę, by zaistnieć w czołówce europejskiej i światowej. Jeśli chcemy wykreować polskich czempionów, nasze firmy powinny być obecne na rynkach światowych i skutecznie podejmować na nich rywalizację z największymi koncernami. Do tego potrzebne są jednak nie tylko pieniądze na inwestowanie, ale i wytworzenie odpowiedniego otoczenia prawnego, ułatwiającego podejmowanie działalności gospodarczej: stabilnego prawa i systemu podatkowego, przewidywalnych procedur itd. Tymczasem, jak dotąd, nie wykorzystujemy wszystkich szans. Największe środki unijne poszły w ostatnich latach na modernizacje i rozbudowę infrastruktury: drogowej i kolejowej. Zaś polscy czempioni mogliby, przynajmniej w niektórych branżach, tworzyć polskie standardy i technologie, wykorzystywane na całym świecie, a nie – jak często dotąd – kupować je od innych.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl